Już ich nazwy brzmią groźnie! Polibromowane etery difenylowe, dichlorodifenylotrichloroetan, a do tego kwasy perfluorowane, rtęć, ołów... Są wszędzie, teraz również w Twoim ciele.

Mój dziennikarski eksperyment ze mną w roli królika doświadczalnego przybiera niepokojący obrót.

Rozmawiam przez telefon ze szwedzkim chemikiem, który opowiada o środkach opóźniających palność, substancjach chemicznych dodawanych do niemal każdego palnego produktu dla poprawy bezpieczeństwa. Antypireny, bo tak też się je nazywa, są obecne w materacach, dywanach, plastikowych obudowach telewizorów, podzespołach elektronicznych i samochodach, i co roku ratują życie setkom ludzi w samych Stanach Zjednoczonych. Te, o których mówimy, są jednak tam, gdzie nie powinno ich być: w moim ciele.
 

Åke Bergman z Uniwersytetu w Sztokholmie informuje mnie, że otrzymał wyniki analizy chemicznej mojej krwi, w której zmierzono poziom substancji opóźniających palność zwanych polibromowanymi eterami difenylowymi, w skrócie PBDE. Wysokie ich dawki u myszy i szczurów zakłócają funkcjonowanie tarczycy, są przyczyną problemów reprodukcyjnych i neurologicznych oraz utrudniają rozwój neurologiczny. Niewiele wiadomo na temat ich wpływu na zdrowie ludzkie.
 

– Mam nadzieję, że to cię nie zdenerwuje, ale to stężenie jest bardzo wysokie – mówi Bergman z lekkim szwedzkim akcentem. Stężenie w mojej krwi pewnego szczególnie toksycznego związku PBDE, występującego głównie w produktach pochodzących ze Stanów Zjednoczonych, wynosi 10 razy tyle co średnia określona w małym badaniu wśród obywateli USA i przeszło 200 razy więcej niż średnia dla Szwedów. Informacje o innym wariancie PBDE - również toksycznym dla zwierząt - są równie złe. Według Bergmana, mój poziom byłby uważany za wysoki, nawet gdybym był pracownikiem zakładu chemicznego produkującego wspomnianą substancję.
 

W rzeczywistości jestem pisarzem odbywającym podróż chemicznego samopoznania. Jesienią ubiegłego roku przebadałem się pod kątem obecności w moim ciele 320 substancji chemicznych, które mogły przeniknąć do mojego organizmu z jedzeniem, piciem, powietrzem, którym oddycham i z produktów, które dotykają mojej skóry. Są jak mój własny, sekretny zapas związków chemicznych, które zebrałem po prostu żyjąc. Zawiera starsze chemikalia, na kontakt z którymi mogłem być narażony dziesiątki lat temu, takie jak DDT (dichlorodifenylotrichloroetan) i PCB (polichlorowane bifenyle); zanieczyszczenia takie jak ołów, rtęć i dioksyny; nowsze pestycydy i składniki tworzyw sztucznych; oraz cudowne, jak by się mogło wydawać związki, które czają się tuż pod powierzchnią naszej codzienności, sprawiając, że szampony pachną, jedzenie nie przywiera do patelni, a tkaniny są wodoodporne i niepalne.
 

Dla większości osób testy te byłyby zbyt drogie - magazyn National Geographic zapłacił za moje, za które standardowo rachunek opiewałby na około 15 000 dolarów. Ponadto, tylko kilka laboratoriów posiada wiedzę techniczną niezbędną do wykrywania śladowych ilości wspomnianych związków. Badania zrobiłem, aby dowiedzieć się, jakie substancje odkładają się w ciele typowego Amerykanina przez całe jego życie i skąd mogą pochodzić. Zastanawiałem się też, w jaki sposób powinniśmy traktować zagrożenia, korzyści i niepewność - skomplikowany kompromis chemicznego „obciążenia ciała”, które krąży w każdym z nas.