Bez herbaty świat byłby uboższy. Bursztynowy napój gasi pragnienie, ożywia umysł, a nawet ma moc… obalania rządów (w końcu „bostońska herbatka” zapoczątkowała walkę o niepodległość Stanów Zjednoczonych). Skąd się bierze magia naparu ze sfermentowanych (bo takie stosujemy najczęściej) liści?

Poranne mgły osnuwają łagodnie wzgórza Norwood na Cejlonie. Herbaciane krzewy tworzą na nich wielkie, soczyście zielone połacie, gdzieniegdzie poprzecinane ścieżkami z rudawej ziemi. Czasami wąską asfaltową serpentyną przetoczy się stary samochód. Powietrze jeszcze jest rześkie, ale dzień będzie upalny. Schronienie przed słońcem dają tylko pojedyncze drzewa, zasadzone specjalnie po to, by ocieniać delikatne krzewy.

O 7.30, gdy opadną mgły, do pracy grupkami ruszają zbieraczki. Ubrane w kolorowe lungis, niektóre boso, inne w znoszonych sandałach. U każdej w uchu lub w nosie błyska mały złoty kolczyk. Ruszam za nimi. Po drodze zatrzymują się na skrzyżowaniu, przy dwóch kapliczkach. Jedne kłaniają się bogom hinduskim, drugie buddyjskim. Wszystkie proszą o ochronę przed wężami i złymi mocami. Potem plotkując, wspinają się wąskimi ścieżkami, by zająć przypisane im obszary herbacianego pola.

Przyglądam się pracującej obok mnie kobiecie: łapie łodyżkę kciukiem i palcem wskazującym jak w szczypce, lekko odgina i zrywa wierzchołek krótkim szarpnięciem nadgarstka do góry. Kolejny pęd obrywa palcem wskazującym i środkowym, następny – środkowym i serdecznym, i jeszcze jeden – serdecznym i małym. Obiema rękami jednocześnie. Po 10 sekundach, gdy liście nie mieszczą się już w dłoni, szybkim ruchem wrzuca je do umieszczonej na plecach torby podtrzymywanej przez pasek na czole. Próbuję zrobić to samo, ale waham się. Którą łodyżkę zerwać? Na jakiej wysokości? Jakiego koloru powinny być liście – chyba te jaśniejsze są lepsze? Kobieta pokazując mi w uśmiechu czerwone od żucia betelu zęby, kręci głową. Najwyraźniej stwierdziła, że pożytku ze mnie nie będzie. Ona sama w ciągu dnia zbiera w ten sposób 16–20 kg liści, za które dostaje ok. 320 rupii (3 dolary). – To nie jest fortuna, ale gdy pracuje kilka osób w rodzinie, można się utrzymać. Dajemy ludziom dobrą, stałą robotę – mówi Channa Ikiriwatte, zastępca szefa plantacji Great Western Estate. – Poza tym nasze zbieraczki mają opiekę medyczną, przedszkola dla dzieci i pół kilo herbaty miesięcznie, gdy przejdą na emeryturę.

W zamian pracownice dostarczają przetwórni towar najwyższej jakości. Bo w wyniku niestarannego zbioru herbata traci na wartości. Tak dzieje się na równinnych uprawach w Indiach i Kenii, gdzie liście zwykle ścinane są maszynowo. Z kolei mężczyźni nie mają serca do tak precyzyjnej roboty – łapią pędy garściami, nie dbając o zasadę „dwóch liści i pączka”. A później ślęczą w upale na płachcie nad liśćmi usypanymi w stertę i przebierają gałązki.

– Mężczyźni lepiej sprawdzają się w pielęgnacyjnym podcinaniu krzewów. Do zbierania zatrudniani są w ostateczności, gdy jest duży urodzaj i brak kobiet do pracy – mówi Channa Ikiriwatte. Zresztą to zdarza się coraz częściej, bo młodzi na Sri Lance zamiast harówki na plantacjach wolą się uczyć, szukają lepszych perspektyw. – Ale oni się wykształcą i tu wrócą – zapewnia Dilhan Fernando, dyrektor marketingu firmy Dilmah. Cóż – według autorów raportu Economic Globalisation, youth expectations and social class: The case of Sri Lanka więzy rodzinne w lankijskim społeczeństwie, choć nadal silne, coraz bardziej się rozluźniają.

Robotnicy w przemyśle herbacianym rekrutują się na ogół spośród Tamilów (ok. 20 proc. ludności kraju). Nie mają nic wspólnego z separatystycznym ruchem Tamilskich Tygrysów, który do niedawna terroryzował północną część wyspy, licząc na utworzenie tam niezależnego państwa. Tak jak Syngalezi, stanowiący większość lankijskiego społeczeństwa, Tamilowie wywodzą się z Indii, ale obie nacje zachowują odrębność. Mieszkańcy Sri Lanki dbający o czystość kastową potrafią po rysach twarzy rozpoznać, kto jest kim. Gdy Syngalez nie może się dogadać z Tamilem, zwykle przechodzą na angielski, choć od 1956 r. nie jest on już językiem urzędowym (Sri Lanka uzyskała niepodległość w 1948 r. – po czterech wiekach kolonizacji).

Czy wiesz, że robicie najlepszą herbatę na świecie? – pytam 19-letniego Thusharę, który dźwiga worki w fabryce, podczas gdy jego mama i siostra pracują na plantacji. Jest wyraźnie zaskoczony. Na Cejlonie, w herbacianym raju, herbatę najłatwiej kupić w sklepie na lotnisku. Nie ma tu ani tradycji picia, ani ceremonii przygotowywania tego napoju. Nikt też nie chodzi do herbaciarni. Wprawdzie na zatłoczonej ulicy w Kolombo można za kilka rupii kupić szklankę nalewanej z dystrybutora ciemnej cieczy i wypić ją, przysiadłszy na chodniku, ale gdy ma być elegancko, w domach i restauracjach herbatę podaje się po brytyjsku, z mlekiem.

Historia herbaty na Cejlonie jest krótka. Pierwsze sadzonki Camellia sinensis sprowadzili tu z Assamu Brytyjczycy w drugiej połowie XIX w., by powetować sobie straty, jakie ponieśli, próbując założyć plantacje… kawy. Wycięto pod nie setki hektarów lasu deszczowego, zbudowano całą infrastrukturę i wtedy, w 1869 r., wszystkie krzewy kawowca na wyspie unicestwił grzyb Hemileia vastatrix. Na miejscu kawy posadzono wówczas herbatę i rozkręcono biznes, który przynosi zyski do dziś. Ale to nie Brytyjczycy jako pierwsi sprowadzili do Europy liście herbacianego krzewu. Zachód kontynentu poznał je w XVII w. dzięki Duńczykom, a do Europy Wschodniej przywieźli go Mongołowie, w podarku dla cara Michaiła I Fiodorowicza. Przedtem bardzo długo herbata była wyłącznie chińskim sekretem: choć odkryto ją prawie 5 tys. lat temu, przez 3 tys. lat z okładem nie wychodziła poza granice ich ziem. I tak do Japonii trafiła dopiero pod koniec pierwszego tysiąclecia, a znaną dziś na całym świecie ceremonię parzenia herbaty spisano tam w XVI w. Niewielu Europejczyków docenia jednak walory mętnej, zielonkawej zawiesiny tak admirowanej przez mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni. Nam herbata kojarzy się z bursztynowym naparem, którego prawdziwy smak można docenić dopiero, gdy zostanie on przyrządzony przez eksperta. Takiego jak Andrew Taylor, który jest plantatorem i kiperem w Norwood.