Choć opanowali rozległe przestrzenie wschodniej Europy, ich ekspansja pełna jest zagadek.



My sami, bywa, nie zdajemy sobie sprawy z tego, że uczestniczymy w pogańskich kultach. Ze świąt kościelnych powszechnie przyjęły się tylko te, które niejako „nadbudowano” na pogańskich tradycjach. Świętowanie wiosennego i jesiennego przesilenia, kult zmarłych, wiosenna radość zmartwychwstania Natury, zimowa najdłuższa noc – święta i straszna zarazem, podczas której gadają zwierzęta – to wszystko nie było obce naszym pogańskim przodkom. Byli oni świadkami i uczestnikami „narodzin nowej tradycji” – trochę pogańskiej, trochę chrześcijańskiej. Świętość Natury na ich oczach, a może i w ich umysłach zamieniała się w chrześcijańską kulturę.

Tak poczęstunek przynoszony zmarłym zaczęto z czasem oddawać cmentarnym żebrakom, bo modlitwa żebraka miała moc największą, a dziś dajemy „na wypominki” księżom. Kto z nas nie cierpi co roku na niestrawność po wigilijnej wieczerzy? Obżarstwo jest przecież jednym z grzechów głównych, ale i echem pogańskiej uczty obrzędowej. Nie ucztuje tylko ten, komu stawia się pusty talerz. Wędrowiec? Jaki tam wędrowiec, dodatkowe nakrycie na wigilijnym stole czeka na tych, którzy kiedyś siedzieli tu z nami – na zmarłych. A przedziwna wigilijna tradycja jedzenia grzybów w środku zimy? Być może to dalekie echo halucynogennych biesiad podczas głównych świąt religijnych i świąt przejścia. Może baśnie o krasnoludkach i olbrzymach to wpływ grzybów właśnie, powodujących makroi mikropsję. Może nawet odwaga i wściekłość z jaką rzucali się do boju Słowianie i ich awarscy przywódcy, wywołana była grzybami, tym razem muchomorami? Halucynogennymi dodatkami, takimi jak zawierające skopolaminę, hioscyaminę i atropinę wyciągi z lulka czy bielunia, powszechnie wzbogacano przecież piwo, a samo słowo biesiada najpewniej wzięło się od zażywania biesu – narkotyku dającego profetyczne wizje i ekstazę. Czasem aż trudno uwierzyć, co naprawdę kryje się za z pozoru niewinnymi podaniami. Każde dziecko wie, że bociany przynoszą dzieci. Ale dlaczego właściwie bociany? Otóż – jak się okazuje – ma to związek z kwiatem paproci, a właściwie z jego w noc świętojańską (zwaną drzewiej Kupalnocką) szukaniem, które to słowo po czesku oznacza, mówiąc oględnie, uprawianie seksu. Kwiatu jak wiadomo należy szukać nocą, w lesie. Bezwstydne, lubieżne przyśpiewki i ruchy, klaskanie w dłonie i podnietliwe zginanie się oraz inne miłosne pienia – tak obrzędy słowiańskiej Kupalnocki opisywał Długosz, wprawdzie 500 lat po wprowadzeniu chrześcijaństwa, ale ciągle dziwnie żywo i nad wyraz plastycznie. Zamiana przez Kościół Kupalnocki w noc świętojańską na nic się zdała. Ten jeden jedyny raz w roku można było robić właściwie wszystko, łącznie z kazirodztwem. Seksualne zachowania miały zachęcić Matkę Ziemię do wydawania plonów, a plony Kupalnocki pojawiały się właśnie wtedy, gdy następnego roku przylatywały pierwsze bociany. Wiosna to czas budzenia się do życia, rozbuchanej witalności, a Wielkanoc – wyznaczana według księżycowej pełni – jest też czczeniem samej wiosny. Jak inaczej rozumieć święcenie symboli płodności, życia i pokarmów? Czy nie jest to nawiązanie do pogaństwa? Czy woda święcona nie ma przypadkiem nic wspólnego z demonami wody? A świece na Matki Bożej Gromnicznej, czy nie mają nic wspólnego z bogiem ognia Perunem?