Choć opanowali rozległe przestrzenie wschodniej Europy, ich ekspansja pełna jest zagadek.

Zdaniem profesora Przemysława Urbańczyka, który ślady najprawdopodobniej słowiańskie odkrył aż na Islandii, w rozważaniach na temat Słowian należy porzucić wątpliwą teorię wędrówki ludów, a za owe ludy uznać raczej wędrujące elity – przywódców wraz z armią i tejże armii rodzinami. To właśnie ich losy mieli śledzić historycy, których zupełnie nie zajmowało nudne życie osiadłej, rolniczej większości, niemającej ani ambicji, ani możliwości jakiejkolwiek ekspansji. Zdaniem Urbańczyka, w sukcesie słowiańszczyzny decydującą rolę mieli odegrać przywódcy awarscy, przybyli ze stepów Azji. Koczownicy szybko podporządkowali sobie wielkie tereny zamieszkane przez rozmaite osiadłe rolnicze ludy, które jak głosi tradycja traktowali z należnym okrucieństwem. Jeśli Obrzyn (Awar) miał jechać, nie zaprzęgał do telegi ani konia, ani wołu, jeno kazał zaprządz 3, 4 albo 5 niewiast, aby wiozły Obrzyna. Awarowie, dzicy i bezwzględni jeźdźcy o zniekształconych czaszkach, twarzach pooranych skaryfikacjami, ze skalpami wrogów przytroczonymi do buńczuków, wyruszali wiosną na wojenne wyprawy i zabierali na nie swoich Słowian – pieszych, odzianych nawet nie w koszule, ale w portki tylko. Tak to Słowianie w łapciach doszli pod awarskim dowództwem do Salonik, oblegali Konstantynopol, brali udział w wyprawie bizantyńskiej przeciw Arabom (na których stronę ochoczo przeszli) i osiedli aż w Syrii. Na pewno nie zaludnili tym sposobem Europy, ale Awarowie zapewniając Słowianom i tym wszystkim, którzy dochodzili do wniosku, że opłaca się być Słowianinem, stabilizację, mogli być też swoistymi promotorami słowiańszczyzny. Hunowie co roku przychodzili zimować u Sklawów, brali do łoża żony ich i córki, a na wyprawy wojenne brali słowiańskie mięso armatnie. Mogli też posługiwać się językiem Słowian w kontaktach zagranicznych (jak dziś angielskim), a słowiańskie egalitarne społeczeństwo szybko akceptowało obcych i niejako wcielało ich w swoje szeregi, co – jak twierdzą antropolodzy kultury – jest najważniejszym warunkiem sukcesu demograficznego. Inaczej, z punktu widzenia czystej biologii, taki „słowiański skok demograficzny” (z ok. 300 tys. w VI w. do niemal 8 mln w XI w. n.e.) był mało prawdopodobny, choć nie niemożliwy.

O otwartości Słowian nawet wobec jeńców wojennych tak pisał w VI w. Pseudo Maurycy: Znajdujących się u nich w niewoli nie trzymają w niewolnictwie jak inne plemiona przez czas nieograniczony, lecz ograniczają czas terminem, dają im wybór, albo za umowny wykup wrócą do swoich lub pozostaną jako wolni i przyjaciele [...] Słowianie zaludniali więc, lub raczej zarażali swoją słowiańskością nowo zdobyte tereny. Być może język słowiański przeszedł podobną drogę co suahili, który początkowo służył jedynie w kontaktach handlowych Arabów z mieszkańcami Afryki, a teraz porozumiewają się nim całe narody. Dziś którymś z języków słowiańskich mówią ludzie od stepów Ukrainy i śniegów Kamczatki po góry Macedonii i lasy wschodnich Niemiec. A po Awarach, choć wzrostem wielcy i hardzi umem i Bóg zniszczył ich i ani jeden Obrzyn nie został, zostało tylko polskie słowo „olbrzym” i odnajdywane do dziś na polach kamienne płaskorzeźby – tzw. baby, uznawane najczęściej za zabytki Słowian, choć w rzeczywistości nie dość, że nie są słowiańskie, tylko azjatyckie, to jeszcze nie są babami, a wąsatymi dziadami uzbrojonymi w miecze.