Choć opanowali rozległe przestrzenie wschodniej Europy, ich ekspansja pełna jest zagadek.


Skoro nie w genach, to gdzie powinniśmy szukać esencji słowiańskości? Florin Curta, amerykański mediewista, jest zdania, że należy poszukiwać nie garnków, a znaków emblemicznych, czyli wyróżniających Słowian spośród innych ludów, takich jak dziś tarcza szkolna na rękawie ucznia czy stojące włosy na głowie punka. Dla Curty takim znakiem jest fibula kabłąkowa, czyli zapinka do sukni noszona przez kobiety manifestujące swą przynależność do słowiańskich elit (które powstają właśnie w momencie, gdy formuje się etniczność). Czy włożenie stroju z fibulą wystarczało do zamanifestowania słowiańskości? – Być może – odpowiada Curta, którego inni archeolodzy krytykują zresztą za przypisywanie zwykłym zapinkom zbyt wielkiego znaczenia. Jednak jego rozważania idą dalej i są ciekawym głosem w słowiańskiej sprawie. Florin Curta uważa bowiem, że Słowian „stworzyli” autorzy bizantyńscy, nazywający Sclavenes wszystkie ludy barbarzyńskie, które od północy atakowały Cesarstwo podczas grabieżczych wypraw. Nazwa ta powstała dla uproszczenia zbyt skomplikowanej rzeczywistości. Przecież my sami nazywamy wszystkich przedstawicieli rasy żółtej Chińczykami, a większość muzułmanów, niezależnie od tego, czy są Persami, czy Pakistańczykami, po prostu Arabami. Ale wróćmy do Cesarstwa, które na Bałkanach postawiło sieć warowni mających chronić północną granicę przed napadami barbarzyńców żądnych złota i broni, a także oliwy, wina i sosu rybnego zwanego garum. Odcięcie od prestiżowych produktów zmusiło słowiańskich przywódców – jeśli dalej chcieli nimi pozostać i wyróżniać się z masy zajadającej się bryją – do politycznej i militarnej mobilizacji. Zaczęła się formować nowa, silniejsza, lepiej zorganizowana grupa Słowian, zauważona właśnie przez autorów bizantyńskich. Tak głosi teoria Curty, jak wszystkie inne niepozbawiona luk, które umożliwiają jej obalenie, ale – przyznajmy – o ileż ciekawsza niż na przykład słynna „wędrówka ludów”.

Godne zastanowienia jest, jak niby miały owe ludy wędrować. Trudno przypuszczać, by nagle matki brały na barana dzieci, ojcowie rodzin uwiązywali dzikie świnie na konopne sznury (jedna z teorii dotyczących pochodzenia nazwy Słowian mówi, że Suobenoi znaczy tyle, co chodzący ze świniami), praski, nic nie warty, garnek zostawiali na żer archeologom i szli na przełaj przez las, gdzie oczy poniosą. Kiedy decydowali: „No, dziś już dalej nie idziemy, tutaj zostajemy; bierzmy się do orania ziemi i lepienia nowych garnków”? Co zmuszałoby ich do dramatycznej decyzji o pozostawieniu całego dobytku i wyruszeniu na tułaczkę? Przecież nie byli nomadami, tylko rolnikami, których żadna siła nie oderwie od własnej ziemi, tak jak wikinga od statku, a beduina od wielbłąda. Niektórzy historycy wyznają teorię, że motorem wędrówki był nieprzyjazny klimat północy. Trudno sobie jednak wyobrazić chłopa, który orze, sieje, zbiera, a któregoś ranka wstaje ze swojego leża wyściełanego suchą trawą i mchem, wychodzi z ziemianki, rozgląda się i mówi: „O, znowu siąpi, straszna tu jednak wilgoć. Dość mam tych poleskich bagien, nogi ciągle mam przemoczone, cały ten klimat i ta szara beznadzieja działają na mnie depresyjnie. Jutro idę szukać słońca, ruszam na południe”.