Choć opanowali rozległe przestrzenie wschodniej Europy, ich ekspansja pełna jest zagadek.

Ojciec historii, Herodot, pisał wprawdzie o Neurach (często uważanych za Słowian), że raz do roku zamieniają się w wilki, ale co robili, kiedy nie byli wilkami? W dziełach historyków starożytnych Słowianie pojawili się dopiero w połowie VI w. Co było wcześniej – skąd przyszli, dlaczego do tego czasu nie byli zauważani – nie wiadomo. A przecież nie mogli w ogóle nie istnieć! Dziś uważamy, że byli Sklawinami i Antami, którzy mówili jednym językiem, niesłychanie barbarzyńskim i te same mieli, krótko mówiąc, urządzenie i obyczaje jedni i drudzy ci północni barbarzyńcy, co uznajemy za niezbity dowód na to, że jedni i drudzy byli Słowianami właśnie, choć żaden z autorów tego explicite nie napisał. Już w XIX w. historycy doszli zresztą do wniosku, że nie bardzo mogą ufać swoim starożytnym poprzednikom, bo ci nie dość, że posługiwali się mapami podróżnymi, które niewiele miały wspólnego z rzeczywistą geografią, to jeszcze bezgranicznie ufali swoim informatorom, a (skąpą) wiedzę śmiało uzupełniali wyobraźnią. Jeden z głównych, żeby nie powiedzieć kultowych, autorów tekstów na temat Słowian, niejaki Jordanes, sądził, że Wisła płynie z zachodu na wschód, a jego „relacja słowiańska” jest kompilacją źródeł, jakie udało mu się przeczytać przy biurku, gdzie opracowywał historię Gotów, o Słowianach jedynie wspominając. Inny antyczny „znawca” – historyk, który z równą pasją oddawał się pisaniu panegiryków co i paszkwili na tego samego władcę – o Słowianach wiedział jedynie, że czczą boga twórcę błyskawic... Wszelkie informacje przekazywane przez autorów starożytnych o obszarach położonych poza rzymskim imperium wydają się mocno podejrzane. Trudno się dziwić, klasyczne dzieła obejmowały obszary znacznie rozleglejsze niż tereny ich własnych podróży, a często wykraczały też poza granice ich wiedzy. Tymczasem nazwy, ludy i plemiona często mylili i podbijający w XIX w. Afrykę Brytyjczycy, którzy informacje czerpali przecież z pierwszej ręki. Zresztą i dziś, w dobie obserwacji satelitarnej, wytrawni komentatorzy polityczni popełniają – bywa – brzemienne w skutkach merytoryczne błędy.

Odwołajmy się zatem do wykopalisk. Tu przedmiotem badań nie są dwuznaczne zapiski, ale konkretna materia – cegła, brosza i nagrobek. Archeolodzy zwykli uważać, że tam gdzie wykopano garnek „w typie praskim”, czyli ręcznie lepione, nieozdobione naczynie, tam gdzie doszukano się śladów po kwadratowej półziemiance z paleniskiem w jednym z kątów – tam na pewno mieszkali Słowianie. Dla tych badaczy kolejne obszary zasięgu słowiańszczyzny wyznaczają owe garnki i półziemianki, ale przecież ludzie mówiący tym samym językiem mogli żyć w skrajnie różnych kulturach materialnych. Weźmy chociażby arabskich beduinów ze stadem kóz, kilkoma wielbłądami, plastikowymi bidonami, jednym kotłem i namiotem i porównajmy ich z sybarytycznymi mieszkańcami miast pełnych orientalnego przepychu, pachnących tysiącem i jedną przyprawą. Styl ich życia jest skrajnie różny, a jednak zarówno marokański beduin, jak i mieszkaniec Damaszku czy egipskiej oazy powie o sobie „jestem Arabem”, i do tego powie to po arabsku. Skąd zatem pewność, że pochylony nad prymitywnym paleniskiem mieszkaniec nędznej półziemianki był Słowianinem? Skąd wiemy, że sam się za takiego uważał? Materialnych śladów jest zbyt mało i zbyt są one mizerne, żeby można było wysnuwać z nich kategoryczne wnioski dotyczące etniczności. Przecież garnek po prostu służył do noszenia wody, a jama zasobowa – do przechowywania ziarna, z którego po dniu pracy w polu człowiek przygotował sobie bryję, ulubiony ponoć przysmak Słowian. Po epoce starożytnej pozostało wiele ciekawych śladów kulturowych: biżuteria, zapinki, monety… Początek ery nowożytnej, kiedy do dziejów wkraczają Słowianie, jakby w ziemi zaginął. To, co zostało, to najczęściej po prostu inny kolor, albo nawet inny odcień koloru ziemi tam, gdzie kiedyś była jama zasobowa – tak wyglądają słowiańskie stanowiska archeologiczne – mówi jeden z badaczy, od lat fotografujący relikty słowiańszczyzny. Kolebki „słowiaństwa” poszukują nie tylko archeolodzy i lingwiści, ale także antropolodzy i genetycy. Zdaniem tych ostatnich charakterystycznym genem dla Słowian jest R1a1 (M17) – haplogrupa występująca w męskim chromosomie Y, czyli przenoszona niemal bez zmian z ojca na syna. Na kontynencie europejskim występuje on u 63 proc. Serbów łużyckich (z Niemiec), 56,4%– –60 proc. Polaków, 44–54 proc. Ukraińców i 50 proc. Rosjan. Najstarszą „genetyczną kolebką” Słowian byłoby w myśl tych badań południe Europy. Sęk w tym, że choć falsyfikacja danych genetycznych jest praktycznie niemożliwa, to ich fałszywa interpretacja – prawdopodobna. Wszystko dlatego, że słowiańskość to pojęcie przede wszystkim lingwistyczne, nie antropologiczne. Podobnie wysoki jak w Polsce odsetek nosicieli R1a1 spotyka się w Europie wśród… Węgrów (którzy pod względem językowym nie mają nic wspólnego nie tylko ze Słowianami, ale w ogóle z całą indoeuropejską grupą języków) i u 80 proc. Celtów (Rosser, 2000).