Narodowcy maszerują przez Belgrad pod sztandarem Radovana Karadžicia, oskarżonego o zbrodnie wojenne. Serbowie są rozdarci między pragnieniem zjednoczenia rozproszonego narodu a chęcią powrotu do Europy, co oznacza zaakceptowanie pomniejszonej Serbii.

W zapadłej wiosce Velika Hoca w południowo- -zachodnim Kosowie (nowym państwie albo zbuntowanej prowincji Serbii, zależnie od tego, kogo zapytasz) ludzie wciąż mówią o awanturze, która miała miejsce kilka lat temu. To było po wojnie o Kosowo toczonej pomiędzy separatystycznymi partyzantami albańskimi i siłami serbskimi, zakończonej przez naloty NATO. W czerwcu 1999 r. zmusiły one do kapitulacji Serbię i jej dyktatorskiego prezydenta Slobodana Miloševicia. Zachód wkroczył, aby położyć kres wojennym okrucieństwom i zapobiec wzbieraniu fali uchodźców. Zakładano, że po rozgromieniu dyktatora i jego wojowników zapanuje pokój. Ale powojennej rzeczywistości daleko było do pokoju. Teraz górą była albańska większość, która jęła się odgrywać na serbskiej mniejszości. Zabijanie cywilów trwało. Z gór Kosowa, regionu nękanego lokalnym konfliktem etnicznym i stagnacją gospodarczą, mniejszym od obszaru województwa świętokrzyskiego, popłynął nowy strumień uchodźców, tym razem serbskich.

Podczas tej rozróby w Velikiej Hocy, gdzie kilkuset Serbów ukryło się w dolinie między skalistymi wzgórzami, ich dumę i honor obronił niespełna 30-letni Bojan Nakalamić, dobrze zbudowany lokalny polityk i były żołnierz. W wiosce pojawiło się wówczas kilku albańskich młodzieńców nazbyt zainteresowanych miejscowymi dziewczętami. Skończyło się na tym, że Albańczycy zostali odpowiednio poniżeni, a następnie wyrzuceni z serbskiej reduty. To właśnie Bojan Nakalamić wiódł prym w tej bijatyce. Dla mieszkańców Velikiej Hocy stało się to dowodem, że Serbowie nadal potrafią wyłonić spośród siebie wodza, kogoś budzącego strach. Mnie, ilekroć na nowo słyszałem tę historię, Nakalamić coraz bardziej przypominał nacjonalistycznego oprycha. Dlatego byłem mocno zaskoczony, gdy go w końcu poznałem i dowiedziałem się o typowym dla Bałkanów oszałamiającym zwrocie akcji: że ten twardziel, który dał Albańczykom łupnia za przekroczenie granic kulturowych, sprzymierzył się z nimi politycznie, przystępując do ich nowego rządu, a tym samym przeciwstawił się Serbii. Celem Nakalamicia nie jest wspieranie albańskiego nacjonalizmu. Jednak będąc przedstawicielem pokonanego narodu we wrogim kraju, doszedł do wniosku, że wycofywanie się do serbskiego getta to samobójstwo. – Jeśli chcemy przeżyć w Kosowie, musimy współuczestniczyć w polityce – powiedział mi, starannie dobierając angielskie słowa.

Na sztandarze serbskiego Kościoła prawosławnego, który przez wieki zmagań był strażnikiem serbskiej tożsamości, widnieją słowa: Tylko jedność ocali Serbów. Ten sztandar powiewa nad narodem rozproszonym przez wojny i kaprysy mocarstw. Serbowie, których jest dziś ponad 10 mln, oprócz Serbii żyją także w Kosowie (gdzie pozostaje ich 125 tys.) i Czarnogórze, na Węgrzech, w Chorwacji oraz Bośni i Hercegowinie. (Wielu wyemigrowało też do zachodniej Europy i Ameryki Północnej). Przez wieki Serbowie heroicznie walczyli o to, by zjednoczyć rozproszony naród, określić granice swych ziem i zachować tożsamość. Ale dążenie do jedności wywołało ostre konflikty z sąsiadami współtworzącymi bałkańską mozaikę etniczną. Dziś często są uważani za głównych agresorów w wojnach z lat 90. XX w., które poćwiartowały Jugosławię. Choć wielu z nich jest zamieszanych w zbrodnie wojenne (łącznie z czystkami etnicznymi i ludobójstwem w Bośni), Serbowie się oburzają i twierdzą, że Zachód szkaluje ich, nie dostrzegając zbrodni, których oni są ofiarami.

Co serbska jedność może oznaczać w Europie XXI w.? To pytanie jest równie kłopotliwe dla Serbów, jak i niepokojące dla ich sąsiadów. Dla Nakalamicia odpowiedź zaczyna się od troski o własną miejscowość i właśnie dlatego zgodził się, jako jedyny Serb, zasiadać w Rahovecu (Orahovacu) w samorządowej radzie zarządzającej lokalnymi wioskami. Rada podlega Republice Kosowa, państwa w dziewięciu dziesiątych albańskiego, które przy silnym poparciu USA i większości krajów Europy ogłosiło niezależność od Serbii w lutym 2008 r. Dla wielu Serbów czyni to z Nakalamicia zdrajcę.

Po uzyskaniu niepodległości przez Kosowo telewidzowie na całym świecie patrzyli, jak radykalni nacjonaliści maszerują przez Belgrad, stolicę Serbii. Dali wówczas upust swej frustracji, wybijając okna i podpalając ambasadę USA – symbol aroganckiego mieszania się w ich sprawy zagranicy. Serbski rząd uważa uznanie niepodległości Kosowa za nielegalny podział suwerennego terytorium Serbii, dlatego nakazał Serbom z Kosowa zbojkotowanie tamtejszych wyborów. Większość temu nakazowi się podporządkowała. Wobec braku wymaganego mandatu od wyborców Nakalamić nie ma prawa głosu w radzie i nie może w pełni uczestniczyć w przygotowywaniu budżetów i rozporządzeń. A jednak można odnieść wrażenie, że wielu Serbów pogodziło się z nowymi granicami i perspektywą mniejszej, łagodniejszej Serbii, pozostającej w zgodzie z sąsiadami.

Ludzie wprawdzie demonstrują, ale nikt tak naprawdę nie wierzy, że odzyskamy Kosowo – powiedziała Marina Alavanja. Tę młodą kobietę poznałem w Belgradzie, kiedy wraz z narzeczonym, karaibskim Amerykaninem, popijała nocą drinka w gronie przyjaciół na jednej ze stylowych belgradzkich ulic. Studiująca we Florencji Alavanja należy do tych liberalnych Serbów, w których zachodnie rządy pokładają swe nadzieje. Po ogłoszeniu niepodległości Kosowa i wywołanych przez to wydarzenie zamieszkach wiosną 2008 r. serbscy wyborcy zaskoczyli świat, powierzając władzę prounijnemu rządowi, który obiecał, że wytropi zbrodniarzy wojennych. Świadczy to o powszechnym przekonaniu, że rozwój kraju oznacza kurs na Zachód. Jednak zdaniem Alavanji ludzie z zewnątrz nie powinni brać rezygnacji za akceptację: – To sprawa serbskiej dumy. Nie możemy powiedzieć: „Jasne, bierzcie Kosowo. Róbcie z nami co chcecie.” Co by z nas byli za ludzie?



Srdja Popović, prawnik ścigający poszukiwanych serbskich zbrodniarzy wojennych, twierdzi, że przepaść między niereformowalnymi nacjonalistami a prozachodnimi demokratami, łącznie z Borisem Tadiciem, prezydentem Serbii, nie jest tak ogromna, jak mogliby sądzić postronni obserwatorzy. Jego zdaniem wszystkie główne partie do jakiegoś stopnia trzymają się idei zjednoczenia ziem zamieszkanych przez Serbów, katalizatora wojny w latach 90. XX w. – Mówienie, że ten kraj jest podzielony między demokratów i nacjonalistów, świadczy o wyrozumiałości – twierdzi Popović. – Tak naprawdę wszystkimi kierują ideały nacjonalistyczne. No i obsesja na punkcie przeszłości, opowieść o narodowym cierpieniu i męstwie. – Małe narody są często ofiarami niesprawiedliwości – mówi Dragoljub Micunović, jeden z czołowych demokratów. Przywołuje on aneksję Bośni (zamieszkanej przez wielu Serbów) dokonaną w 1908 r. przez Austro-Węgry. Mimo oburzenia Serbia musiała na nią przystać, lecz w 1914 r. bośniacki Serb Gawriło Princip zemścił się, dokonując w Sarajewie zamachu na austriackiego następcę tronu, co stało się pretekstem wybuchu I wojny światowej. Zginęła w niej być może połowa męskiej populacji Serbii w wieku poborowym, ale złe mocarstwo przestało istnieć. Dziś Princip jest dla Serbów bohaterem.

Obecnie punktem centralnym serbskiego męczeństwa jest Kosowo. Dla prawicowych Serbów politycy tacy jak Demokraci, którzy nie chcą za nie walczyć na śmierć i życie, są judaszami. Religijny wydźwięk tego oszczerstwa jest celowy, bowiem wielu Serbów uważa Kosowo za swój duchowy bastion. Slobodan Milošević wykorzystał te nastroje w latach 80. XX w. Doszedł do władzy po części dzięki hasłom zmiażdżenia Albańczyków w Kosowie, a zmarł w 2006 r. podczas swojego długotrwałego procesu za zbrodnie wojenne. Trudno ocenić, czy to uporczywa atmosfera jego kampanii propagandowej, czy też autentyczna cześć każe niektórym Serbom nazywać Kosowo ich Jerozolimą, a bywa, że nawet i Golgotą.

Na wzgórzu położonym na zachód od Velikiej Hocy, poniżej posterunku obserwacyjnego obsadzonego od prawie 10 lat przez siły pokojowe NATO, leży cmentarz. Rozciąga się zeń panoramiczny widok na grupki starych domów i winnice, które zaopatrują miejscową wytwórnię win należącą do serbskiego klasztoru prawosławnego. A między nimi, w dolinie, rozrzuconych jest ponad tuzin cerkiewek ozdobionych freskami ilustrującymi życie Chrystusa, ikonami świętych, Ostatnią Wieczerzą. Nikt nie potrafi wyjaśnić, dlaczego w tym niepozornym zakątku nagromadziła się przez wieki taka masa świętości.

Niektóre z kościółków, jak mówi Bojan Nakalamić, zbudowano za panowania króla Stefana Duszana, w XIV w. Ten największy z władców, jakich mieli Serbowie, uczynił serbskie imperium większym, niż było kiedykolwiek wcześniej lub potem. Kosowo leżało w jego środku, kiedy Duszan przyjął tytuł „cesarza i samowładcy Serbów, Greków, Bułgarów i Albańczyków”. Chichocząc, ale z ręką na sercu, Nakalamić mówi: – Na zewnątrz jestem małym politykiem z Kosowa. Ale w środku jestem Duszanem.

Zaledwie kilkadziesiąt lat po śmierci Duszana, w 1389 r., 25 tys. serbskich rycerzy starło się z przeważającymi siłami osmańskimi na Kosowym Polu i poniosło klęskę, uważaną przez wielu za chwalebną. Serbia gasła w obliczu rosnącego w siłę imperium osmańskiego, które w ciągu niewiele ponad stulecia wymazało ją z mapy, ale bitwa na Kosowym Polu żyła w serbskiej literaturze i pieśniach jako symbol walki przeciwko obcej dominacji.

Serbia odzyskała niepodległość w XIX w., zaś w XX, podczas upadku imperium osmańskiego, ponownie zajęła Kosowo. Kilka wieków tureckiej dominacji nie tylko napełniło Serbów poczuciem, iż są prześladowani, ale też rozproszyło po zachodnich Bałkanach. U schyłku XX w. fale historii znowu zmieniły bieg wraz z upadkiem Jugosławii. Wielu potomków tych, którzy uciekli przed Osmanami, powróciło, dopisując nowy rozdział do historii serbskich cierpień.

Jednak to cierpienia zadawane przez Serbów zostały najdokładniej zapamiętane przez świat. W dawnej tureckiej części targu w Sarajewie, bośniackiej stolicy, niejaki Dragan Tanić złapał mnie za ramię i odwrócił twarzą ku wzgórzom wznoszącym się na południu. – Gdybyś postał tu przez 10 sekund podczas wojny, wtedy puf! – Stuknął mnie w środek piersi, by pokazać, że właśnie zostałem trafiony przez snajpera. – Serbowie ze wzgórz zabiliby cię. Zaskakujące jest to, że Tanić sam jest Serbem. Podobnie jak kilka tysięcy bośniackich Serbów z rejonu Sarajewa, chwycił za broń przeciw siłom serbskim, które obległy miasto wkrótce po ogłoszeniu przez Bośnię niezależności od Jugosławii w 1992 r. – Atakowali mój dom, a gdy ktoś napada na mój dom, to się bronię.

Ale Tanić należał do mniejszości. Inni jego ziomkowie nie chcieli żyć w kraju, który mieli zdominować muzułmanie, czyli Bośniacy, dlatego postanowili walczyć z niepodległością Bośni. A że kontrolowali arsenały Jugosłowiańskiej Armii Ludowej, w pierwszych miesiącach wojny opanowali 70 proc. Bośni, wypierając nieserbską ludność ze zdobytych ziem. Na porządku dnia było wówczas oczyszczanie terytorium z dużych, kłopotliwych populacji mniejszościowych, które nie nadawały się do włączenia w skład zjednoczonej Serbii.

Pod koniec wojny czystki etniczne przerodziły się w rzeź wokół Srebrenicy. Siły bośniackich Serbów zgładziły tam blisko 8 tys. Bośniaków, mężczyzn i chłopców – jednych rozstrzeliwując, innych zabijając podczas prób ucieczki. Był to najkrwawszy epizod w Europie od zakończenia II wojny światowej – pierwszy przypadek ludobójstwa na kontynencie po Holokauście, jak orzekł Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości.

Srebrenica była przełomowym wydarzeniem w najnowszej historii Serbów. Choć sąd stwierdził później, że Serbia nie była w to bezpośrednio zamieszana, bośniaccy Serbowie, który dokonali masakry, przyczynili się do tego, że wszystkich Serbów zaczęto postrzegać jako krwiożerczych zabójców, co przypuszczalnie zaszkodziło narodowym interesom bardziej, niż mógłby to zrobić którykolwiek z wrogów.


Kiedy w 1995 r. zakończyła się wojna, a wkrótce potem dobiegło końca czteroletnie oblężenie Sarajewa, Bośnia była wyraźnie podzielona między grupy etniczne. Dzisiaj, choć większość ludzi pozostaje w poprawnych stosunkach, przywódcy grup etnicznych nie przestają się spierać. Bośniaccy politycy wypominają Serbom separatyzm i zbrodniarzy wojennych, którzy wciąż pozostają na wolności, a przywódcy Serbów (stanowiących 37 proc. ludności Bośni) irytują Bośniaków mówieniem o secesji. W stolicy większość Serbów odpłynęła do kontrolowanych przez swoich ziomków części Bośni, zaś Bośniacy udali się w przeciwnym kierunku. Sarajewo zachowuje pozory wielonarodowości – Tanić i jego żona Sanja, muzułmańska Chorwatka, są tego przykładem. Lecz tak naprawdę jest to w większości jednolicie muzułmańskie miasto, niepodobne do tego, które Dragan Tanić pamięta z dzieciństwa.

W kawiarence na ruchliwej ulicy Ferhadija, kilka kroków od miejsc, w których tak wielu cywilów zginęło z powodu serbskiego ostrzału w czasie wojny, Tanić powiedział: – Wychowałem się za rogiem, gdzie moja matka mieszka do dziś. Ale teraz mogę tu przesiedzieć dwie godziny i nie zobaczyć nikogo znajomego.

Wysoko ponad miejscem, gdzie Sawa wpada do Dunaju, w Belgradzie, potężna twierdza Kalemegdan strzeże wzgórza, na którym obozowali rzymscy żołnierze. Później zamek był placówką graniczną innych mocarstw, które rządziły tą krainą. W dole leżą niegdyś eleganckie, a dziś podniszczone ulice belgradzkiej starówki, pełne budynków wciąż zrujnowanych po atakach samolotów NATO podczas wojny o Kosowo sprzed 10 lat. Na zachodzie, za Sawą, rozciąga się Nowy Belgrad, rozległa, pozbawiona charakteru część miasta wzniesiona po II wojnie światowej. A na jej obrzeżach leży zielony obóz – dawny ośrodek dla komunistycznej młodzieży, w którym mieszkają serbscy uchodźcy zbiegli z krajów powstałych w wyniku rozpadu Jugosławii.

Jest wśród nich Maritsa Stula – drobna, pogodna kobieta po pięćdziesiątce. Jej domem był Osijek, chorwackie miasto położone 160 km na północny zachód od Belgradu. To region, gdzie przed wiekami austriaccy władcy dawali ziemię i wolność religijną Serbom uciekającym przed osmańskimi rządami – w zamian za obronę granicy przed Turkami. W latach 70. XX w., kiedy Stula zakładała rodzinę w Osijeku, oba mocarstwa od dawna nie istniały, ale w katolickiej Chorwacji żyło ponad 600 tys. prawosławnych Serbów, stanowiących ok. 14 proc. ludności.

W tamtych czasach, jak mówi Stula, nikogo nie obchodziło, kto jest Chorwatem, a kto Serbem. Jugosławia była silna i dostatnia, dożywotni prezydent-marszałek Tito wciąż dzierżył władzę, a wszyscy Jugosłowianie byli równi. Dla Stuli niezrozumiałe było więc to, że jej sąsiedzi chcą słuchać nacjonalistów, którzy pod koniec rządów Tity zaczęli dochodzić do głosu w Belgradzie i chorwackiej stolicy, Zagrzebiu. Serbowie mówili o tym, jak sprzymierzeni z nazistami Chorwaci zsyłali ich przed 50 laty do obozów śmierci i mordowali dziesiątkami tysięcy. Zastanawiali się, czy czekają ich nowe masakry. Chorwaci mówili o prześladowaniach w Jugosławii dokonywanych przez serbskich komunistów, którzy teraz zamierzali zagarnąć tysiące kilometrów kwadratowych w sercu Chorwacji i włączyć je do Wielkiej Serbii. W 1990 r. Serbowie w innej części Chorwacji ogłosili niepodległość, wypędzając Chorwatów z domów nieomal w jednej trzeciej republiki. Potem, w czerwcu 1991 r., Chorwacja głosowała za odłączeniem się od Jugosławii.

Po miesiącu w drzwiach Stuli pojawił się udręczony sąsiad, Chorwat. Jacyś bojówkarze kazali mu zastrzelić ją i jej rodzinę, jeśli natychmiast się nie wyniesie. To nie byli dobrzy ludzie z Osijeku, tylko rozjuszeni wieśniacy, którzy być może sami utracili domy, mówi Stula. Kobieta wsiadła z trójką dzieci do autobusu jadącego na wschód (mąż pojechał później jej śladem) i od tamtej pory nie widziała swojego domu.

Stula należała do pierwszej fali uchodźców; kolejne setki tysięcy zaczęły uciekać pod koniec chorwackiej wojny o niepodległość, kiedy wojska Chorwacji zajęły oderwane regiony serbskie przy logistycznym i powietrznym wsparciu państw NATO. Tych, którzy pozostali, w większości osoby starsze, wymordowano.

Według danych na rok 2008 Serbia udzieliła schronienia prawie 320 tys. ludzi wysiedlonych z odległych zakątków byłej Jugosławii. Około 200 tys. przybyło z Kosowa, gdzie odpowiedzią Miloševicia na bombardowania NATO był dziwaczny plan „uwolnienia” dużych fragmentów prowincji od Albańczyków. Kiedy Milošević dał za wygraną i ponad 850 tys. albańskich uchodźców powróciło z obozów za granicą, wielu Serbów uciekło, wiedząc, że staną się celem napaści. Kolejnych przepędzono później pomimo obecności międzynarodowych sił pokojowych, które czasami nie reagowały, gdy rozwścieczony motłoch napadał na nieuzbrojonych cywilów.


Reszta przybyła z Chorwacji, tak jak Stula, oraz z Bośni. Stula opowiada z tęsknotą o swoim chorwackim domu, ale przyznaje, że mogłoby być gorzej. Znalazła posadę kucharki w restauracji w Delta City, luksusowym pasażu handlowym otwartym w 2007 r. przez najbogatszego człowieka w Serbii. Dzięki reformom gospodarczym rządów pomiloševićowskich Serbia mocno odbiła się od dna, osiągając w ostatnich latach średni wzrost na poziomie 7 proc. Osobiste dochody szybko rosną, więc w pasażu panuje ruch. To z pewnością najlepiej płatna praca, jaką Stula kiedykolwiek miała. Lecz jeśli zdoła zaoszczędzić pieniądze na załatwienie dokumentów uprawniających do wjazdu na teren Unii Europejskiej, zamierza wyjechać z Serbii na dobre – może pojedzie do Anglii, gdzie jej najstarszemu synowi udało się zostać studentem college’u. Gdy Stula dowiedziała się, jakiej jestem narodowości, poklepała mnie pocieszająco po ręce, jakby przykro jej było to mówić. – Ameryka. Ne dobra. Ne dobra – powiedziała. Niedobra. Zapytała, dlaczego Ameryka wyrzuca biednych ludzi z ich domów w Kosowie. – Bill Clinton, ne dobra. Albright, Rice, ne dobra. Bush…

Pewnego wieczoru, podczas przyjęcia na łodzi mieszkalnej zacumowanej na Sawie w Belgradzie, przygany nie były tak delikatne. Dwóch młodych ludzi poprosiło mnie, abym odgadł, ile ton amunicji ze zubożonym uranem USA zrzuciły na ich kraj w 1999 r. i ile przypadków raka to wywołało. Czy wiem o serbskich cywilach, którzy zginęli w wyniku amerykańskich bombardowań podczas wojny o Kosowo? – dopytywał się jeden. Doszli do wniosku, że raczej nie, bo amerykańskie media cenzurowały materiały, w których Serbowie nie robili wrażenia współczesnych nazistów. Sięgnęli dalej w przeszłość, analizując tragedie obu wojen światowych. Wyglądało na to, że jeden z nich, mówiący po angielsku dwudziestoparolatek, jest bliski łez. Czy ja mam jakiekolwiek pojęcie o tym, co Serbowie przecierpieli?

Jest w zachodniej Serbii wioska o nazwie Sljivovica, co po serbsku oznacza śliwowicę. Śliwowica należy do całej gamy owocowych trunków zwanych rakiją, stanowiących podstawę życia towarzyskiego Serbów i innych Jugosłowian. Tym alkoholem wznosi się toasty za przyjaciół i wita gości. Jak któregoś ranka powiedział mi pewien pop, kiedy już jego żona nalała kieliszek wódki mocnej tak, jakby miała znacznie powyżej 100 proc., dobra rakija to ogień w brzuchu, a nie w gardle. Z załzawionymi oczyma próbowałem udawać, że piecze mnie tylko brzuch.

Jednak wobec tego, że Serbia dąży do członkostwa w Unii Europejskiej i jest w trakcie dostosowywania swojego prawa do europejskich standardów, czy prawdziwa serbska rakija może przetrwać? Produkcja alkoholu podlega w Unii ścisłym regulacjom, faworyzującym duże firmy gorzelniane, natomiast najwyżej ceniona jest rakija domowej roboty, taka jak u tego kapłana.

Sljivovica wydawała się więc odpowiednim miejscem do szukania domowych producentów rakiji, którzy mogą obawiać się przystąpienia do UE. Przy dróżce biegnącej w stronę wzgórza dwaj mężczyźni, jeden młody, drugi stary, uwijali się przy poczerniałej destylarni, z której buchał dym i słodko-kwaśny, podwórkowy zapach. 80-letni Ostoja Stanić podkładał do paleniska, a Milan Stanić, lat 32, wlewał do zbiornika wiadra przefermentowanych śliwek. Pół godziny później mikstura zaczęła wrzeć i pojawiła się strużka alkoholu. To była tzw. miękka rakija, słodka i słaba. Druga destylacja miała dodać jej siły. Zapytałem Milana Stanicia, czy biurokracja UE nie zamknie jego małej gorzelni.

Przeszedł na angielski, aby dobitnie wyrazić swój pogląd: – My chcemy Unii Europejskiej. Pochwalił się kilkoma nowymi tysiąclitrowymi beczkami z dębu i na wpół wykończonym budynkiem z betonu. Powiedział, że rodzina Stanićów ma zamiar powiększyć swoje przedsiębiorstwo. Zamówiono większą aparaturę destylacyjną. Milan radził się ekspertów w sprawach rodzinnej plantacji śliw. Powiedział, że kiedy kraj zbliży się do reszty Europy, otworzą się nowe rynki. W piwnicy swego domu Milan zassał dojrzałą rakiję przez plastikową rurkę i przelał ją do dwulitrowej butli. Mrugnął do mnie. – Musiałem się tego nauczyć podczas NATO-wskich bombardowań. To był jedyny sposób zdobycia benzyny. Cóż, ten temat nigdy nie znika na długo. Potem Milan uścisnął mi rękę i pobiegł na ślub pracownika rodzinnego biznesu.

Ostoja Stanić został, aby pilnować gorzelni. Opowiedział mi o wojnie z czasów swojej młodości i bratobójczych wyczynach dwóch rywalizujących odłamów ruchu oporu walczącego z nazizmem: czetników, wiernych serbskiej monarchii, i komunistycznych bojowników Tity, który w końcu został przywódcą Jugosławii. Powiedział, że czetnicy podrzynali tu kiedyś ludziom gardła. Dla nastoletniego Ostoi prawdziwymi bohaterami byli partyzanci Tity, którzy stoczyli heroiczny, skazany na klęskę bój z Niemcami w pobliskim mieście Užice. Ale ja wiedziałem, że o kilka godzin jazdy stąd żyją inni starcy, którzy mogliby opowiedzieć o tym, jak bojownicy Tity mordowali niewinne ofiary w ich okolicach. To był typowy kawałek serbskiej historii – unurzanej w krwi i męstwie, ubogiej w szczęśliwe zakończenia i bezsporne prawdy.

Lecz Ostoja Stanić prowadził tylko niezobowiązującą pogawędkę. Tak naprawdę obchodziła go produkcja rakiji. Wręczył mi butlę śliwowicy, poklepał po plecach, gdy chciałem zapłacić, i poszedł dołożyć drewna do destylarni.