W XXI w. wśród gór, na pustyniach i w najodleglejszych zakątkach przetrzebionych puszcz rdzenne ludy żyją jeszcze zgodnie z tradycjami liczącymi tysiące lat. Jimmy Nelson opowiada o swoim nietypowym projekcie

Brytyjczyk Jimmy Nelson spędził niemal trzy lata na ich fotografowaniu. Efektem jego pracy i pasji jest 500 portretów zebranych w albumie Before They Pass Away (Zanim odejdą). To unikalna dokumentacja życia 31 plemion i etnograficzne świadectwo światów ginących pod naporem procesów globalizacji. Z Jimmym Nelsonem rozmawia Wiktoria Michałkiewicz.

Skąd wziął się pomysł na „plemienny” projekt?
Żeby odpowiedzieć na to pytanie, muszę się cofnąć aż do dzieciństwa. Podróżowałem z rodzicami od małego. Ojciec pracował dla spółki naftowej, więc często zmienialiśmy adresy, kraje i kontynenty. Drugą ważną przyczyną była moja nagła transformacja. Gdy w wieku 16 lat zachorowałem na malarię, podano mi niewłaściwe lekarstwo, wskutek czego w ciągu jednego dnia wypadły mi wszystkie włosy. Spojrzałem w lustro i zobaczyłem innego człowieka. Tak rozpoczęła się moja podróż w poszukiwaniu tożsamości – własnej, ale nie tylko.

Co pana zafascynowało w rdzennych kulturach?
Podróżując przez całe życie, mogłem obserwować szybkie zmiany, jakie zachodzą w ich świecie. Ten temat wciąż wracał do mnie, aż pewnego dnia żona powiedziała: „Jimmy, czas, żebyś zaczął od początku. A dla ciebie początkiem są ci ludzie. Musisz po prostu to zrobić”. I tak się stało – porzuciłem większość komercyjnych zleceń i postanowiłem odszukać kilkadziesiąt archaicznych, najpiękniejszych rdzennych kultur i uwiecznić ich przedstawicieli jako ikony.

Dlaczego wybrał pan właśnie taki sposób?
Bo uważam, że ci ludzie są absolutnie wyjątkowi. I musimy to zrozumieć, szczególnie w momencie, gdy mogą utracić coś bardzo cennego: autentyczność swojej kultury. W kulturze zachodniej uważamy, że jeśli ktoś jest ważną osobą – politykiem albo zwycięzcą The Voice of Holland – zasługuje, by być przedstawianym jako celebryta. Tacy ludzie na zdjęciach wyglądają perfekcyjnie i pracuje na to cała ekipa: styliści, fryzjerzy. Ten obraz mówi: jesteś kimś istotnym. Oczywiście w połowie przypadków to nieprawda. Uważam, że to właśnie ludzie, których fotografowałem, są naprawdę ważni i pora przedstawić ich jak gwiazdy.

Osiągnął pan swój cel. Pańskie zdjęcia nie przypominają stylu dokumentalnego, do jakiego przywykliśmy w tym kontekście. To raczej romantyczna wizja archaicznych kultur.  
I taka właśnie miała być. Pokazuję ludzi w idealistyczny sposób, żeby zwrócić na nich uwagę. Nie dokumentuję „prawdziwego życia”, co czasami jest zarzutem. Nie pokazuję brudu, codzienności. Proszę, żeby zakładali do zdjęć swoje odświętne stroje. Ale to nie znaczy, że zdjęcia nie są autentyczne. W końcu 99 proc. zdjęć, które przedstawiają nasze życie, jest idealistyczne, romantyczne. W większości przypadków Kate Moss wygląda jak ikona. Dlaczego? Bo uważamy, że ma w sobie coś istotnego. Sami nie portretujemy siebie w sposób „autentyczny”, jakie więc mamy prawo oczekiwać, by taka wizja dotyczyła innych kultur? Moim zdaniem to protekcjonalne podejście. Fotografuję ich w dokładnie ten sam sposób, w jaki dokumentujemy siebie nawzajem. Przeczytaj cały wywiad, tekst o ginących plemionach i zobacz niesamowite zdjęcia Jimmy'ego Nelsona w najnowszym numerze National Geographic Polska. Jest już w sprzedaży!