Ponad milion uchodźców, uciekających przed wojnami w Syrii, Afganistanie i Iraku przybyło do Europy w 2015 roku. W 2016 – setki tysięcy kolejnych. Ta fala migracji zmienia politykę kontynentu i testuje jego tolerancję, stając się dla Europejczyków prawdziwym wyzwaniem.

2016

Jeśli jesteś Europejczykiem, a zwłaszcza Niemcem, to jest duża szansa, że od roku żyjesz w środku debaty publicznej na temat tego, co wyznacza twoją tożsamość – i jak pasują do niej ludzie urodzeni gdzie indziej.
 

Pod koniec sierpnia 2015 r. napięcie związane z napływem imigrantów z Bliskiego Wschodu osiągnęło apogeum. W zamkniętej ciężarówce w Austrii znaleziono 71 martwych ludzi porzuconych przez przemytników.
 

Neonazistowscy chuligani zaatakowali policję pod schroniskiem w Heidenau w pobliżu Drezna. Kiedy niemiecka kanclerz Angela Merkel odwiedziła to miejsce, aby okazać swe poparcie uchodźcom, rozgniewani demonstranci powitali ją okrzykami „My jesteśmy narodem!”. Została nazwana „dziwką”, „głupią zdzirą” i Volksverräter (epitet z czasów nazizmu oznaczający „zdrajcę ludu”).
 

Przeczytaj historie przybyszy do Europy
 

Pięć dni później, 31 sierpnia, Merkel odbywała swą doroczną konferencję prasową w Berlinie. Właśnie wtedy syryjscy uchodźcy szturmowali w Budapeszcie pociągi zmierzające do Niemiec. Merkel jak zwykle była niewzruszona. Powiedziała, że jej rząd przewiduje przybycie 800 tys.uchodźców w 2015 r. (Ostatecznie było ich ponad milion). Przypomniała dziennikarzom, że niemiecka konstytucja gwarantuje prawo do politycznego azylu, a jej pierwszy artykuł brzmi: „Ludzka godność jest nienaruszalna”. I rzeczywiście, znacznie więcej Niemców dotrzymywało tych obietnic, pomagając uchodźcom, niż obrzucało ich kamieniami i obelgami.
 

– Niemcy są silnym krajem – powiedziała Merkel. – Dokonaliśmy tak wiele. Damy radę! 
 

Któregoś dnia te słowa: Wir schaffen das! – mogą się znaleźć na jej nagrobku. Na razie pomogły uczynić z Niemiec najważniejszą scenę światowego dramatu. Od dziesięcioleci globalna migracja rośnie szybciej niż populacja. Według ONZ w 2015 r. na świecie żyło 244 mln imigrantów – ludzi mieszkających w kraju, w którym się nie urodzili. Liczba uchodźców zmuszonych do opuszczenia swojej ojczyzny – 21 mln – była wyższa niż kiedykolwiek od zakończenia II wojny światowej. Naukowcy spodziewają się, że zmiany klimatyczne zwiększą tę liczbę, powodując częstsze susze i wzrost poziomu mórz. Zdaniem niektórych to właśnie one przyczyniły się do wojny domowej w Syrii, która zapoczątkowała obecny exodus do Europy.
 

Uchodźcy przybywają na kontynent, który od II wojny światowej był domem jednej trzeciej światowych imigrantów. Główne kraje europejskie, które kiedyś wysyłały masy swych obywateli do USA, mają dziś zagraniczne populacje porównywalne z amerykańskimi. Ale tylko niewielka część europejskich umysłów i jeszcze mniej europejskich serc godzi się z tą rzeczywistością. Nawet w USA, które John F. Kennedy nazwał „narodem imigrantów”, jest to kwestia budząca spory. W latach 50. XVIII w. Benjamin Franklin martwił się, że zbyt wielu Niemców przybywa do Pensylwanii. Twierdził, że mają „śniadą cerę”.
 

Niemcy mają określenie na to, czego obawiał się Franklin – Überfremdung, czyli „zalanie obcym żywiołem”. To lęk przed tym, że ojczyzna zmieni się nie do poznania, bo zbyt wiele jest w niej obcych, mówiących dziwnymi językami i zachowujących się w dziwny sposób. Większość z nas, zaglądając w głąb siebie, potrafi sobie co najmniej wyobrazić to odczucie.
 

W Niemczech w ciągu minionego roku znalazło ono płomienny wyraz. W Dreźnie i Erfurcie odbywały się nocne wiece z ognistymi oracjami prawicowych mówców. Odnotowano setki ataków na schroniska dla uchodźców, w większości nadal puste – choć na kilka dni przed konferencją prasową Merkel pijane zbiry wrzuciły koktajl Mołotowa do sypialni dziecka w schronisku w Salzhemmendorf pod Hanowerem.
 

A mimo to, biorąc pod uwagę historię Niemiec, słychać też było cichszy, ale nie mniej ważny trzepot skrzydeł lepszych aniołów. Trzy czwarte wieku temu Niemcy wysyłali pociągi pełne Żydów do obozów koncentracyjnych na wschodzie, teraz na dworcu w Monachium witali pociągi z muzułmańskimi uchodźcami jedzeniem, wodą, pluszakami i uśmiechami. Na jednym z niemieckich podcastów, którego zacząłem słuchać ubiegłej jesieni, usłyszałem, jak dziennikarka Die Zeit mówi swoim słuchaczom, że można czuć się „pijanym” z radości, widząc tę transformację. Co inny dziennikarz skomentował słowami: „Kac nadchodzi”.
 

– Unia Europejska jest bardzo, bardzo kruchym tworem – powiedział mi w kwietniu Michael Roth, niemiecki minister stanu ds. Europy. – Mam nadzieję, że ludzie są tego świadomi.
 

Główną przyczyną tej kruchości stała się spiętrzona fala uchodźców połączona z niezdolnością Niemiec do przekonania reszty kontynentu, aby przyjęła równie otwarte nastawienie. 23 czerwca, kiedy Brytyjczycy w ogólnokrajowym referendum opowiedzieli się za wyjściem z UE, cały świat uświadomił sobie, jak wątły jest to twór. Uchodźcy nie stanowili bezpośredniego problemu.
 

– Wielka Brytania nie przyjęła prawie żadnych – ale głosowanie wykazało, że ograniczenie imigracji, zarówno z UE, jak i spoza niej, było głównym motywem Brexitu.
 

To, co się stało w Brytanii, a także rosnąca populistyczna opozycja wobec imigracji w innych krajach, nasila niemieckie problemy. Czy Niemcy naprawdę potrafią wyrosnąć ponad swą trudną przeszłość, stając się Willkommenskultur – kulturą, która wita innych z otwartymi ramionami? Jeżeli tak, to w świecie coraz bardziej pełnym zarówno imigrantów, jak i ksenofobów może istnieć dla nas promyk nadziei.
 

W połowie lat 70. ubiegłego wieku, kiedy chodziłem do niemieckiej szkoły średniej w Brukseli, stolicy Belgii, moim nauczycielem wiedzy o społeczeństwie był niejaki Volker Damm. Jeden z najfajniejszych w tej szkole. To od niego dowiedziałem się o Holokauście – pewną pamiętną lekcję poświęcił na odczytywanie na głos sugestywnych relacji naocznych świadków na temat obozów koncentracyjnych. Urodzony w 1939 r. Damm miał zaledwie sześć lat, kiedy wojna dobiegła końca. Jego ojciec, również nauczyciel, był przywódcą partii nazistowskiej w małej wiosce w Hesji, niemieckim kraju związkowym, lecz wówczas o tym nie wiedziałem. Nie mieliśmy z Dammem kontaktu przez 40 lat, ale jego odnalezienie nie było trudne, bo lokalna gazeta pisała o jego społecznej pracy na rzecz ofiar przestępstw. Zaczęliśmy korespondować i dowiedziałem się, że choć jest na emeryturze, uczy nastoletnich uchodźców, których dziesiątki tysięcy pojawiło się w samych tylko Niemczech. Damm zaprosił mnie do odwiedzenia miejscowości Rotenburg an der Fulda, miasteczka heskiego w środkowej części kraju, gdzie spędził większość swojej pedagogicznej kariery. Twierdził, że jak dotąd tamtejsze władze radzą sobie z uchodźcami dość dobrze.
 

Wraz z Dammem udałem się do burmistrza Rotenburga Christiana Grunwalda. Ładnego miasteczka z domami z muru pruskiego.
 

Na południowy wschód od miasta, w bazie wojskowej Alheimer Kaserne, wysoko ponad cichą doliną, 719 Syryjczyków, Afgańczyków, Irakijczyków i innych uchodźców rozpoczynało kolejny dzień.
 

Grunwald, smukły, życzliwy 39-latek, odkąd został wybrany przed pięciu laty, starał się tchnąć energię i przedsiębiorczość w puste witryny swego miasteczka. Ale uchodźcy, jak zaraz przyznał, nie byli tym, co miał na myśli. Kiedy władze Hesji poinformowały go na początku lipca 2015 r., że 1 sierpnia przybędą ich całe setki, „ta wiadomość była niczym bomba”.
 

Około 700 osób wypełniło aulę szkoły podczas miejskiego zebrania. Przedstawiciele władz Hesji powiedzieli im, że baza Alheimer Kaserne, na renowację której armia wydała 40 mln euro, a potem postanowiła ją zamknąć, zostanie placówką, w której uchodźcy będą mieszkać przez kilka pierwszych miesięcy, czekając na przyznanie prawa azylu i przydzielenie stałego lokalu. Urzędnicy tłumaczyli, że główna taka placówka Hesji, w Giessen, pęka w szwach. Ludzie sypiają tam w namiotach. – W powietrzu wyczuwało się obawę – powiedział Grunwald – ale nikt nie ośmielił się wstać i powiedzieć: „Boję się. Nie chcę tego!”. – Dodał też, używając pospolitego niemieckiego wyrażenia, że nikt „nie chciał zostać odesłany do nazistowskiego narożnika”.
 

Thomas Baader, krajowy szef opieki pielęgniarskiej, pod koniec lipca odebrał telefon z Ministerstwa Spraw Społecznych Hesji z prośbą, żeby pokierował nowym obiektem dla uchodźców. Przyjechał w piątek, 29 lipca, i zamiast biura otrzymał telefon komórkowy. Pierwsi uchodźcy mieli przybyć w poniedziałek. Baader zadzwonił do Grunwalda, który wysłał dwóch pracowników, a potem zjawił się sam. Wraz z Baaderem ustawili i umyli stoły oraz krzesła w stołówce. – Dwa dni później przed bramą stało 600 osób – wspominał Baader.
 

To było szaleństwo. Ale wszystko nadzwyczajnie się udało. Gdzie indziej bywało trudniej. – Nikt nie był na to gotowy. Nikt w całych Niemczech – powiedział mi Anselm Sprandel, koordynator ds. uchodźców w Hamburgu.
 

W zeszłym roku miasto musiało zakwaterować 35 tys. uchodźców. – Nie mieliśmy takiej sytuacji, żeby masy ludzi musiały spać pod gołym niebem. Ale było blisko.
 

Personel Sprandla umieszczał uchodźców w magazynach zbankrutowanych sklepów budowlanych, w zestawianych modułach kontenerowych i w ogrzewanych namiotach. W Berlinie wielu z nich trafiło do szkolnych sal gimnastycznych i do hangaru na lotnisku Tempelhof. Poszczególne rodziny były tam oddzielone jedynie plastikowymi przepierzeniami.
 

W Rotenburgu Baader prowadził mnie długimi korytarzami w koszarach, w których kiedyś mieszkali żołnierze. Dziś zajmowane są przez rodziny. Choć uchodźcy są przydzielani i przewożeni do określonych placówek – zgodnie z federalnym wzorem na dzielenie obciążeń (Hesja przyjmuje 7,3589 proc. z nich) – na dzień przed moją wycieczką pewna sześcioosobowa rodzina z Iraku znalazła własny sposób, by dostać się do bazy w Rotenburgu. – Rozchodzą się plotki o tym, gdzie jest miło – wyjaśnił Baader.
 

Uchodźcy stali się nieodłącznym elementem uliczek Rotenburga. Można ich zobaczyć, jak wspinają się mozolnie ku bazie, pchając wózki spacerowe i stare rowery, objuczeni plastikowymi torbami. Oprócz dachu nad głową, wyżywienia, ofiarowanej odzieży oraz innych pożytków w naturze otrzymują miesięczne kieszonkowe w wysokości do 112 euro na dorosłego i 63 euro na dziecko. – Pieniądze, które dostają, wydają tutaj, w mieście – powiedział Frank Ziegenbein, właściciel hotelu Landhaus Silbertanne. – Bez tego w Rotenburgu można by po prostu zgasić światło. To przesada, ale Grunwald przyznał, że uchodźcy przynoszą korzyści miejscowej gospodarce.
 

Co nie przeszkadza niektórym rotenburczykom narzekać, zwłaszcza na Facebooku. Grunwald podał mi szybko przykłady naruszania przez uchodźców niemieckiego poczucia porządku. Zostawiają śmieci w parku, jeżdżą rowerami po chodnikach. No i jest jeszcze drażliwa kwestia higieny w toaletach. Wielu uchodźców, przyzwyczajonych do azjatyckich dziur w podłodze, nie lubi siadać na muszli. Grunwald wspiął się na swój fotel i przykucnął, aby unaocznić mi problem. W hamburskim ośrodku dla uchodźców spotkałem kilku konserwatorów taszczących deski klozetowe. Narzekali, że ten element wyposażenia jest ciągle łamany. W bazie w Rotenburgu, gdzie zobaczyłem znudzonego uchodźcę, który dla zabicia czasu zamiatał chodnik, wszystkie łazienki są sprzątane przez niemieckich pracowników – żeby to było zrobione, jak należy, jak powiedział Baader. Widziałem ekipę, która zakładała jednorazowe kombinezony z kapturami i maskami, aby posprzątać przedszkole. W łazienkach i nie tylko Niemcy oraz uchodźcy stają nad kulturową przepaścią, której, przynajmniej na razie, nie spina most wspólnego języka.
 

– Jeżeli chodzi o zrozumienie emocji i sposobu myślenia innych, jesteśmy na samym początku – powiedział Grunwald. – Gdybyśmy potrafili lepiej porozumieć się w tej kwestii, jestem przekonany, że dokonalibyśmy czegoś historycznego. Przyznał, że wcześniej nie był wielkim fanem Merkel i nie wybrał sobie tego problemu sam. Teraz jest całym sercem za nią.
 

Poza kilkoma rażącymi wyjątkami niemiecka administracja zareagowała na kryzys tak, jak można było oczekiwać, to znaczy dobrze. Wielu Niemców postanowiło osobiście zaangażować się w pomoc uchodźcom.
 

W dolnosaksońskim miasteczku Duderstadt poznałem grafika i byłego didżeja Olafa Knaufta, który w ubiegłym roku przyjął pod swój dach dwóch nastoletnich chłopców z Erytrei. Wyjaśnił mi, że pewnego dnia spotkał kobietę z lokalnej agencji młodzieżowej, która opowiedziała mu o ogromnym zapotrzebowaniu na sponsorów i domy dla małoletnich uchodźców bez rodzin. Knauft ma 51 lat, a dwójka jego własnych dzieci, które wychowywał samotnie, wyfrunęła już z gniazda. Bał się życia z cudzoziemcem – i tego, jak to będzie wyglądać, że samotny mężczyzna bierze do siebie chłopca – ale postanowił dać szansę 18-letniemu Erytrejczykowi o imieniu Desbele, koptyjskiemu chrześcijaninowi.
 

Dogadywali się ze sobą tak dobrze, że trzy tygodnie po swoim przybyciu w maju Desbele wyznał Knauftowi, że ma 16-letniego brata Yoisefa, który utknął w Libii. Desbele miał kontakt z przemytnikami. Dostarczenie Yoisefa do Niemiec kosztowało 2,5 tys. euro. Knauft wyłożył te pieniądze. W lipcu on i Desbele zdołali odnaleźć Yoisefa na autostradzie pod Monachium, gdzie przemytnicy go zostawili.
 

Teraz Knauft ma w domu dwóch nastolatków. A choć czasami musi robić awantury o gaszenie światła, zmywanie naczyń i o to, kto tu jest szefem, nie żałuje. Nazywa Desbelego i Yoisefa swoimi „dziećmi”. Kilka dni przed naszym spotkaniem wyszło na jaw, że Yoisef ma bliźniaka w erytrejskim więzieniu. Knauft musiał zapłacić 1,5 tys. euro za wydobycie go stamtąd i przetransportowanie do Sudanu, gdzie chłopak czekał na przeprowadzenie przez Saharę. Knauft zapewnił mnie, że to z pewnością ostatni z braci.
 

Siedzieliśmy obaj z Karin Schulte, emerytowaną nauczycielką, która trzy razy w tygodniu uczy Desbelego i Yoisefa niemieckiego, za darmo. Chłopcy chodzą do szkoły zawodowej, do specjalnej klasy dla imigrantów, a po lekcjach zjawiają się w jej kuchni. Pani Schulte częstuje ich kawą i ciasteczkami – bo popołudniowa kawa też stanowi element bycia Niemcem. Któregoś dnia powiedziała im, że głośne siorbanie kawy nie jest mile widziane w Niemczech. Yoisef przyznał, że według jego babci w Erytrei też nie jest.
 

W rotenburgu grupa emerytowanych nauczycieli z Jakob-Grimm-Schule, szkoły, w której Damm uczył przez kilkadziesiąt lat, zorganizowała kursy niemieckiego. Któregoś ranka spędziłem tam kilka godzin z Gottfriedem Wackerbarthem. Ponieważ mieszkańcy bazy zmieniają się co miesiąc lub dwa, Wackerbarth nie miał pojęcia, kogo będzie uczyć tego dnia.
 

Z całej rzeszy zaaferowanych twarzy wyłoniło się i podążyło za nim pięciu Afgańczyków w wieku od 12 do 35 lat. Wackerbarth miał ich uczyć alfabetu za pomocą piktogramów.
 

Obok mnie usiadł Sariel, lat 35, drobny mężczyzna w czarnej puchowej kurtce, bo w sali było chłodno. Szybko stało się jasne, że Sariel nie potrafi czytać ani pisać nawet w języku dari. Chłopcy obecni w klasie wykonywali ćwiczenia bez porównania szybciej niż on. Kiedy patrzyłem, jak kopiuje litery, pociągnięcie za pociągnięciem, niczym obrazki, kiedy pomagałem mu literować słowa „mama” i „papa”, gdy wyobraziłem sobie, że miałbym się nauczyć dziwacznych zawijasów dari, które jeden z chłopców napisał na tablicy pod słowami Auf Wiedersehen, poczułem, jak bardzo zmęczony musi być Sariel – nie tyle z powodu drogi, którą przebył z Afganistanu, ale tej dłuższej, która go czeka. W tej klasie uczniowie po raz pierwszy stykali się z językiem niemieckim – i z życzliwym Niemcem.
 

– Kiedy spotkasz ich w mieście, mówią „Witaj, nauczycielu!”, i są uszczęśliwieni, że ich rozpoznajesz – powiedział Wackerbarth.
 

Któregoś popołudnia spotkałem w Rotenburgu 43-letniego Syryjczyka, który przebywał w Niemczech od dwóch lat i ukończył sześciomiesięczny kurs języka. Siedząc w jego salonie, jedząc ciasto upieczone przez jego żonę, musieliśmy jednak korzystać z arabskiego tłumacza. Przyznał, że w jego wieku niewiele się można nauczyć.
 

Adnan, jak będę go nazywał, podobnie jak wielu uchodźców obawiał się, że jeśli zostanie rozpoznany, jego krewni w kraju mogą mieć kłopoty. W Egipcie, dokąd jego rodzina uciekła najpierw, czuł się niemile widziany. Niemcy dały im azyl, zasiłek i to mieszkanie w centrum Rotenburga. Adnan był za to wdzięczny. Ale po dwóch latach nadal nie miał pracy (w Damaszku był elektrykiem) i to było prawie nie do zniesienia. – Chodzę do supermarketu, odprowadzam syna do szkoły i poza tym nie wychodzę – powiedział. – Bo wstydziłbym się, gdyby ktoś mnie zapytał, co robię. Często zamiatam chodnik przed naszymi drzwiami, żeby robić cokolwiek.
 

Zapytał, czy moim zdaniem w pobliskim domu starców pozwolono by mu sprzątać za darmo. Pokazał mi kilka ćwiczeń z niemieckiego, które ściągnął z internetu.
 

Trzej synowie Adnana, 16-, 14- i 8-letni, słuchali nas w milczeniu. Od półtora roku uczęszczali do niemieckich szkół, dwaj starsi chodzili do Jakob-Grimm-Schule. Po niemiecku mówili dobrze. Najstarszy liczy, że zostanie fryzjerem. Czternastolatek stwierdził, że może zostanie w szkole nieco dłużej; nauczyciel powiedział mu, że pisze lepiej niż wielu Niemców. Jest środkowym napastnikiem w drużynie piłki nożnej.
 

Od II wojny światowej Niemcy przyjęły około 50 mln imigrantów. Jedna na osiem osób żyjących tam obecnie urodziła się gdzie indziej. A mimo to kiedy Angela Merkel 1 czerwca 2015 r. oświadczyła publicznie, że Niemcy są Einwanderungslandem – „krajem imigracji” – Frankfurter Allgemeine Zeitung uznał to stwierdzenie za „historyczne”. Przez wiele lat Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna (CDU), partia Merkel, odrzucała ten opis.
 

– Jesteśmy krajem imigracyjnym, który nie przyjmuje tego do wiadomości – powiedział Martin Lauterbach kierujący programem integracyjnym w Federalnym Biurze Migracji i Uchodźców BAMF.
 

Pierwsi imigranci, jakieś 12 mln, byli rodowitymi Niemcami. Wypędzeni ze wschodniej Europy po zakończeniu wojny przybyli do zbombardowanego, zubożałego kraju. Bez względu na swoje pochodzenie często byli niepożądanymi gośćmi. Erika Steinbach, frankfurcka reprezentantka CDU w niemieckim parlamencie, opowiada o tym, jak uciekała z terenów obecnej Polski z matką i maleńką siostrą. Gdy przybyły na farmę w Szlezwiku-Holsztynie: – Matka poprosiła o mleko dla mojej siostry, a gospodarz powiedział: „Jesteście gorsze od karaluchów”. Nie było w tym wiele ciepła.
 

Jeszcze mniej było go dla Turków. W latach 50. i 60., kiedy gospodarka rozkwitała, zachodnie Niemcy potrzebowały pracowników. Początkowo rekrutowały ich z południowej Europy, ale więcej przybywało ich z Turcji. Przyjeżdżali głównie mężczyźni. Mieszkali w koszarach i akademikach. Początkowo żadna ze stron nie spodziewała się, że zostaną – byli gastarbeiterami, „pracownikami-gośćmi”, a nie imigrantami. Mieli wracać do Turcji po roku lub dwóch, zabierając pieniądze, które udało im się zaoszczędzić, a ich miejsce mieli zajmować inni „goście”.
 

Taka była pierwotna idea, ale rzeczywistość szybko przestała do niej przystawać. Pracodawcy nie chcieli tracić robotników, których wyszkolili. Samotni pracownicy ściągali rodziny. Ojciec Fatiha Evrena sprowadził żonę i trójkę dzieci.
 

– Po jakimś czasie osiedlił się – powiedział Evren. – Fajnie było zarabiać w Niemczech niezłe pieniądze.
 

W robotniczym miasteczku Bebra, 8 km od Rotenburga, Evren jest dziś sekretarzem ośrodka turecko-islamskiej społeczności i meczetu, który jego ojciec pomógł ufundować w 1983 r.
 

Program sprowadzania gastarbeiterów dobiegł końca w roku 1973, gdy arabskie embargo na ropę doprowadziło do recesji. Ale dziś w Niemczech żyje prawie 3 mln osób pochodzenia tureckiego. Tylko połowa z nich ma niemieckie obywatelstwo. Niektórzy zyskali wysoką pozycję – na przykład Cem Özdemir, współprzewodniczący Partii Zielonych. Jednak w rozmowach, które odbyłem ze zwykłymi Turkami, uderzyła mnie stała nutka ambiwalencji w stosunku do Niemiec.
 

– Być „gościem” w jakimś kraju przez dziesiątki lat to obłęd – powiedziała Ayşe Köse Küçük, pracownica opieki społecznej w Kreuzbergu, dzielnicy Berlina, w której osiedliło się wielu Turków. Przybyła tu jako 11-latka i mieszka od 36 lat, ale nadal nie czuje się akceptowana. I jej potomstwo też nie.
 

– Moje dzieci, którym nigdy nie mówiłam „jesteście Turkami”, po czwartej klasie same zaczęły mówić „jesteśmy Turkami”. Bo są wykluczane. To mnie boli.
 

– Przyjechaliśmy jako pracownicy i jako pracownicy jesteśmy zintegrowani. Ale nie jako sąsiedzi i współobywatele – stwierdził Ahmet Sözen, który urodził się w Berlinie. Wyjaśnił, że nie może w pełni wtopić się w społeczeństwo, do którego nie należy jego ojciec. Natomiast w Bebrze, jak powiedział Fatih Evren, wszyscy się znają i Turcy urządzają doroczne święto na rynku. Tu doszło do integracji. Mimo to, choć Evren urodził się w Niemczech, ma nadzieję, że zostanie pochowany w Turcji.
 

W tym kraju nigdy nie było łatwo zostać w pełni zaakceptowanym, nawet dla niektórych Niemców. Dziadkowie Christiana Grunwalda ze strony matki byli uchodźcami – rdzennymi Niemcami z północnej Serbii, którzy po wojnie wylądowali w Rotenburgu. Niemcy wyciągnęły wnioski ze swych doświadczeń z Turkami i innymi imigrantami.

W ciągu ostatnich 16 lat rozluźniły prawa decydujące o przyznawaniu obywatelstwa. Do roku 2000 żeby zostać obywatelem niemieckim, trzeba było mieć niemieckie pochodzenie, przynajmniej ze strony jednego z rodziców. Teraz wystarczy, że przez osiem lat było się legalnym rezydentem albo ma się rodzica, który nim był, żeby dostać obywatelstwo – a w niektórych przypadkach zachować także to dawne.
 

Co więcej, zgodnie z prawem uchwalonym w 2005 r. niemiecki rząd finansuje dziś kursy integracyjne – co najmniej 600 godzin nauki języka i 60 godzin instruktażu na temat życia w Niemczech – osobom, które otrzymały lub prawdopodobnie otrzymają prawo azylu. BAMF zatrudnia tysiące nowych pracowników, aby nadrobić opóźnienia mierzone w setkach tysięcy podań o azyl, a jednocześnie inwestuje w tym roku ponad pół miliarda euro w programy integracyjne. Agencja szacuje, że w 2016 r.
 

W kursach weźmie udział 546 tys. Osób. W centrum niemieckiej polityki panuje dziś zgodne przekonanie, że kraj potrzebuje imigrantów. Liczba zgonów przewyższa w Niemczech liczbę urodzeń o prawie 200 tys. rocznie i ten wskaźnik rośnie. Bez imigracji populacja będzie maleć. Berliński Instytut Populacji i Rozwoju szacuje, że do utrzymania stałej liczby rąk do pracy – osób finansujących emerytury coraz większej grupy ludzi w wieku poprodukcyjnym – Niemcy będą potrzebować imigracji na poziomie około pół miliona rocznie do roku 2050.
 

Jednak wielu uchodźców nie jest wyszkolonymi pracownikami, których potrzebuje kraj – nie są nawet przygotowani do tego, by brać udział w tutejszych słynnych programach praktyk zawodowych. Szacuje się, że co najmniej 15 proc. z nich to analfabeci. Znaczna część pozostałych nie ma wykształcenia odpowiadającego niemieckim standardom.
 

W szkole zawodowej w Bad Hersfeld nieopodal Rotenburga odwiedziłem cztery grupy imigrantów, którym dano dwa lata na opanowanie języka i zdobycie wiedzy potrzebnej do uzyskania świadectwa 10. klasy, uprawniającego do podjęcia praktyk. Większość uczestników była za stara na 10. klasę. W jednej z sal rozpoznałem Mustafę, 17-letniego Afgańczyka, który powiedział mi, że bardzo się cieszy, mogąc być w Niemczech, nie tylko dlatego, że jest bezpieczny, ale także dlatego, że może chodzić do szkoły, bo w swojej wiosce w Afganistanie, gdzie pasał owce i osły, uczyłby się tylko Koranu.
 

Jednak nawet największa gotowość do pracy ma swoje ograniczenia. Tamtejsza pracownica opieki społecznej, Joanna Metz, domyśla się, że prawie połowa uczestników programu może nie uzyskać dyplomu.
– Problem w tym – powiedziała – że oni mają okropnie dużo do nadrobienia. W zasadzie potrzebowaliby 48-godzinnych dni.
 

Uchodźcy na tyle młodzi, by szybko się przystosować, tacy jak dzieci Adnana, będą zapewne ekonomicznym plusem dla Niemiec. Jeśli chodzi o populację uchodźców jako całość, jest jeszcze za wcześnie, by to orzec. Federalna Agencja Pracy szacuje, że po pięciu latach połowa przybyszów wciąż nie będzie miała zatrudnienia, a jedna czwarta po 12.
 

Jednak argumenty za ich przyjmowaniem miały charakter humanitarny, a nie ekonomiczny. Znaczna część społeczeństwa pozostaje do nich nieprzekonana. Ci nieliczni, którzy są gotowi rzucać koktajlami Mołotowa w schroniska dla uchodźców czy wulgaryzmami w panią kanclerz, stanowią jedynie czubek góry lodowej spokojnych i na ogół milczących Niemców, którzy w głębi ducha nie chcą tak wielu imigrantów w swoim kraju, zwłaszcza muzułmanów.
 

Według politolożki Naiki Foroutan z Berlińskiego Instytutu Badań nad Integracją i Migracją ogromna większość Niemców akceptuje imigrację oraz islam intelektualnie – ale emocjonalnie już nie tak wielu. Zespół pani Foroutan przebadał 8270 mieszkańców Niemiec w 2014 r., przed atakami w Paryżu i Brukseli oraz wezbraną falą uchodźców. Prawie 40 proc. uważało, że nie można być Niemką, jeśli nosi się muzułmańską chustę. 40 proc. chciałoby ograniczyć budowę w ich kraju meczetów. Ponad 60 proc. zakazałoby obrzezania – podstawowego rytuału zarówno w religii muzułmańskiej, jak i żydowskiej. I wreszcie około 40 proc. sądziło, że aby być Niemcem, trzeba mówić po niemiecku bez akcentu.
 

Nawet przed terrorystycznymi atakami, przed dziwaczną serią sylwestrowych incydentów w pobliżu dworca kolejowego w Kolonii, gdzie imigranci, w większości z północnej Afryki, napastowali i molestowali setki kobiet, wielu Niemców odbierało muzułmanów jako zagrożenie. Te odczucia podsyciły odrodzenie politycznej prawicy.
 

– Nie wierzę, żeby taką masę ludzi dało się zintegrować – powiedział Björn Höcke z Alternatywy dla Niemiec (Alternative für Deutschland – AfD), populistycznej partii, która po marcowych wyborach ma reprezentantów w połowie krajowych zgromadzeń ustawodawczych. Höcke uważa, że imigracja podkopała „wspólnotę zaufania”, która kiedyś tu istniała. AfD, jak stwierdził z nutką groźby, jest „ostatnią pokojową szansą dla naszego kraju”. Höcke przeraża i napawa odrazą wielu Niemców.
 

– Dobry Boże! – zawołał Damm, kiedy wspomniałem, że zamierzam się z nim spotkać.
 

W bezpośrednim kontakcie Höcke sprawia wrażenie nieomal umiarkowanego intelektualisty. Kilka lat temu był nauczycielem historii. Lecz kiedy uderza w mistyczne tony nacjonalizmu na wiecach AfD w Erfurcie, kiedy przewodzi tłumom na placu katedralnym, skandując Wir sind das Volk – „My jesteśmy narodem” (to znaczy niemieckim narodem, który Merkel chce rzekomo zlikwidować poprzez imigrację), przypomina wielu niemieckich nazistów.
 

A jednak wielu Niemców podziela, przynajmniej częściowo, niepokoje Höckego – a seria ataków dokonanych przez uchodźców minionego lata tylko to podsyciła. Podczas wyborów w Hesji, w marcu tego roku, jeden na ośmiu rotenburczyków głosował na AfD. Tydzień później, w wyborach do władz Saksonii-Anhalt, zagłosowała tak jedna czwarta uprawnionych. Trudno byłoby zepchnąć tak wielu ludzi do nazistowskiego narożnika. Czego się obawiają?
Mówiąc najkrócej, Parallelgesellschaften, czyli „równoległych społeczeństw”.
 

– Tych dzielnic, w których nie masz pojęcia, że jesteś w Niemczech – jak to ujmuje Höcke. Ten termin jest postrachem nawet wśród umiarkowanych Niemców.
 

Erika Steinbach, która sama była kiedyś uchodźcą, teraz krytykuje politykę Merkel z prawego skrzydła CDU.
 

– Nie chcę tego – powiedziała po prostu. – Powinniśmy dbać o naszą tożsamość.
 

Steinbach odmalowała zagrożenie za pomocą anegdot. Jej sekretarkę w Berlinie obmacywał na dworcu mężczyzna, po którym „było widać”, że jest uchodźcą. Syn jej fryzjerki z Frankfurtu był jednym z dwóch rodowitych Niemców w swojej klasie szkoły podstawowej. Tamtejsza pracownica CDU opowiadała, że gangi imigrantów chodzą główną ulicą handlową miasta, bekając ludziom w twarze.
 

Zanim udało mi się z nią porozmawiać, poznałem kilka nowych niemieckich twarzy. Był Adnan, zamiatający chodnik przed swoim domem w Rotenburgu. Byli dwaj syryjscy chłopcy ze schroniska w Berlinie, którzy płaczą przed snem, bo nie udaje się skontaktować z ich matką w Damaszku. Był Sharif, właściciel restauracji z Aleppo, który uważał Niemcy za swoją ostatnią szansę. Jego dzieci nie chodziły do szkoły od wybuchu walk w 2011 r. No i była Nesreem, lat 20, o gładkiej, owalnej twarzy owiniętej w białą chustę, w widocznej ciąży. Ledwie zaczęła mówić, zalała się łzami. Opowiadała o tym, jak bardzo tęskni za rodziną w Syrii, jak mili są dla niej Niemcy. I jak bardzo się bała, kiedy na ulicy przed ośrodkiem zebrał się rozgniewany tłum. Powiedziała, że gdyby mogła, wyjaśniłaby tym Niemcom, że nie jest tutaj po to, by cokolwiek im zabrać.
 

– Niemcy mają rację, obawiając się o swój kraj – powiedział mi Adnan. – Są przyzwyczajeni do bezpieczeństwa i porządku. I boją się, że to ulegnie zmianie.
 

Wrogość wobec imigrantów w Niemczech jest najsilniejsza tam, gdzie mieszka ich najmniej – w dawnych landach wschodnioniemieckich, które wciąż są biedniejsze od tych na zachodzie. Poszerzająca się w całym kraju przepaść między bogatymi i biednymi może również sprzyjać antyimigranckim nastrojom. Mimo to, jak twierdzi Naika Foroutan, strach przed uchodźcami nie ma materialnych podstaw. Niemiecka gospodarka jest silna, bezrobocie niskie, a rząd odnotował w ubiegłym roku 19,4 mld euro nadwyżki. Państwo mogłoby sobie pozwolić na integrowanie uchodźców, nie przestając inwestować w infrastrukturę przynoszącą pożytki wszystkim Niemcom.
 

– To nie jest prawdziwa panika – stwierdziła Foroutan. – To panika kulturalna.
 

Foroutan, której matka jest Niemką, a ojciec uchodźcą z Iranu, pokłada nadzieje w edukacji.
 

– Ludzi można nauczyć uważać integrację za coś oczywistego – mówi. W ten sam sposób Niemcy wypleniali antysemityzm. Od II wojny światowej pokolenie zatwardziałych antysemitów wymarło, a nowe generacje dowiadywały się, co zrobili naziści. Badania Foroutan sugerują, że podobna przemiana zachodzi teraz w stosunku do imigrantów. Młodzi Niemcy znacznie chętniej akceptują obrzezanie i meczety.
 

Ale uchodźcy przybywają do kraju, który wciąż poszukuje nowej tożsamości, nowego niemieckiego „my”, jak to nazwał prezydent Joachim Gauck w przemówieniu z 2014 r. Foroutan twierdzi, że to szerzej pojęte „my” składa się na nowoczesność Niemiec, ich otwartość na świat i przemiany. Wszelako takiej wizji są przeciwni nie tylko niemieccy konserwatyści. Liczni muzułmańscy imigranci też nie do końca są otwarci i nowocześni. Jakieś 30 proc. z nich, sądząc po badaniu z 2013 r., to fundamentaliści – uważają, że islam powinien wrócić do swych korzeni z VII w., a jego prawa są ważniejsze od praw świeckich. W meczecie Mevlana w Kreuzbergu spotkałem młodego brodatego nauczyciela Serkana Özalpaya, który podobnie jak inni muzułmanie mówił o wrogości doświadczanej od Niemców. Czasami, kiedy ich mija w swoim turbanie i szacie do kostek, plują. A potem Özalpay zaskoczył mnie, wypowiadając się jak członek AfD.
 

– Uchodźcy nie powinni tu być – powiedział. – Dla muzułmanów nie ma miejsca w tym kraju.
 

Swoim współwyznawcom zaleca powrót do Turcji, jeśli tylko mogą, bo w Niemczech życie według Koranu jest po prostu zbyt trudne.
 

Jedną z norm prowadzących do konfliktu tradycyjnych muzułmanów z Niemcami jest wyznawany zakaz podawania ręki kobietom. Inną – nietolerancja wobec homoseksualistów.
 

W pewnej kawalerce w Neukölln, dzień po spotkaniu z Özalpayem, uścisnąłem dłoń bardzo odmiennej muzułmance – didżejce İpek İpekçioğlu, która bezustannie pali i nie kryje, że jest lesbijką. Wychowała się w Berlinie, który uważa za miasto bezbożne i który kocha.
 

Nie zawsze tak było. Kiedy skończyła szkołę średnią, słabo mówiła po niemiecku i nie odczuwała emocjonalnej więzi z krajem. Przyjęła posadę pomocy domowej w Londynie, nie wiedząc, czy stamtąd wróci. A potem, któregoś dnia, wzięła z półki książkę z wierszami Goethego.
 

To był Dywan Zachodu i Wschodu, w którym poeta – słynny także ze swojej Weltoffenheit, otwartości na świat – opiewa islam. Te wiersze przemówiły do İpekçioğlu. Pamięta, że pomyślała sobie: „O rany, to naprawdę piękny język”. Teraz, oprócz występów w klubach na całym świecie, przemawia czasem za granicą w imieniu Instytutu Goethego – reprezentanta nowych Niemiec.
 

Dawne Niemcy, zdaniem İpekçioğlu, mają wiele na swoją obronę – chociażby Goethego – ale „nie potrafią się zdobyć na to, by powiedzieć: otworzymy naszą kulturę i pozwolimy jej się zmienić”. Nie tak dawno temu İpekçioğlu puszczała w Lipsku anatolijską muzykę, na parkiecie panował tłok. Podszedł do niej jakiś gość i zażądał, żeby grała „niemiecką” muzykę. Więc zaczęła puszczać tureckie kawałki jeszcze głośniej.
 

Chciała przekazać jemu i wszystkim Niemcom: „Jesteśmy tutaj. Nie zamierzamy wracać. Będziemy kształtować to miasto tak, żeby pasowało do naszego życia”.
 

– Lęk przed odmiennością to coś, co drzemie we wszystkich – powiedziała İpekçioğlu. – Nie tylko w Niemcach.
 

Ale Niemcy nie tak dawno temu posunęli ten lęk do najbardziej złowieszczego ekstremum. W rezultacie wielu z nich wciąż odczuwa jego odbicie – lękają się sami siebie.
 

– Gdybym był wtedy w odpowiednim wieku, to jestem przekonany, że trafiłbym do SS – przyznał Damm, kiedy któregoś dnia jechaliśmy samochodem. – Mam tylko nadzieję, że nie zostałbym strażnikiem obozowym.
 

Lód jest cienki – stwierdził Gerd Rosenkranz, analityk polityczny z Berlina, odnosząc się do zwrotu w prawo niemieckiej polityki.
 

– Możemy go przebić. A pod nim są dawne czasy.
 

9 listopada 1938 r., kiedy w pozostałej części Niemiec szalała Kristallnacht, czyli noc kryształowa, Rotenburg i Bebra mały to już za sobą. Tamtejszy motłoch powybijał szyby i zdemolował żydowskie domy dwa dni wcześniej. Heinrich Nuhn, były nauczyciel historii, kolega Damma, powiedział mi, że Goebbels osobiście pochwalił za to region. Nuhn prowadzi małe muzeum poświęcone rotenburskim Żydom w budynku nad Fuldą będącym niegdyś kobiecą mykwą, czyli rytualną łaźnią. Pewnego popołudnia pojechałem z Dammem do Bebry, aby w tamtejszym ratuszu spotkać się z Ulim Rathmannem. Ten muskularny 56-letni mężczyzna o krótko przyciętych włosach kieruje miejscowymi programami dla dzieci i młodzieży. Wychował się w pobliskiej wiosce, gdzie nigdy nie widział żadnego imigranta – „równoległego społeczeństwa”, jak ich obecnie nazywa. Odkąd został pracownikiem opieki społecznej w Bebrze, pracuje z imigrantami przez cały czas. Uważa, że gdyby nawet Bebra stała się w 90 proc. cudzoziemska, nic by się nie stało.
 

Pod koniec naszej rozmowy Rathmann podprowadził mnie do okna i pokazał półkolisty ceglany mur przecinający rynek. Wskazał mi tablicę z brązu wymieniającą nazwiska 82 Żydów z Bebry, którzy zginęli w obozach. Druga, mniejsza tablica upamiętnia zburzoną synagogę.
 

– To ekscytujący okres w Niemczech – powiedział Rathmann, kiedy wróciliśmy do tematu uchodźców. – Muszę stwierdzić, że byłem mocno poruszony ogromną gotowością do pomocy, którą wykazali moi rodacy. I ta gotowość nadal nie maleje. Damm, który słuchał nas w milczeniu, włączył się do rozmowy.
 

– Po raz pierwszy w życiu… – przerwał i przeprosił. Kiedy spojrzałem na mojego dawnego nauczyciela, zobaczyłem, że ma w oczach łzy. – Po raz pierwszy w życiu – podjął przerwaną myśl – jestem dumny z Niemiec.
 

Zerknąłem na Rathmanna. Jego oczy też się szkliły. Rozmawialiśmy o tym, jak przez bardzo długi czas Niemcom trudno było odczuwać zdrową dumę narodową wykraczającą poza mistrzostwo świata w piłce nożnej, która nie wydawałaby się arogancka i niebezpieczna. Rathmann powiedział, że być może Niemcy mogą być dumni z tego, że przyjęli uchodźców. Może duma bierze się z „żywej demokracji”, z poczucia, że „to mój kraj, więc ruszę tyłek i coś dla niego zrobię”. Włączył komputer, aby odszukać numer kogoś, z kim jego zdaniem powinienem porozmawiać, gościa, który pomógł mu ułożyć podłogę w nowym ośrodku dla młodzieży. To był Fatih Evren, ten z meczetu.
 

Tekst: Robert Kunzig