W Kruszynianach na Podlasiu wielkie grudniowe święta obchodzi się trzy razy, bo w tej maleńkiej wiosce nieopodal granicy z Białorusią żyją obok siebie wyznawcy prawosławia, katolicy oraz muzułmanie.

Do do stołu w tym roku pierwsi zasiądą wyznawcy Allacha. Zgodnie z kalendarzem muzułmańskim w 10. dzień miesiąca Dhul-Hijjah roku 1428, czyli 20 grudnia, rozpocznie się Kurban Bajram, czterodniowe święto ofiary. Dla wyznawców prawosławia, którzy do celów religijnych posługują się kalendarzem juliańskim, będzie dopiero 13 grudnia. Skomplikowane? Skądże.
Mieszkające tu od pokoleń rodziny Murawskich, Chaleckich czy Popławskich uważają to za normalne. Zawsze szanowali odmienność sąsiadów. – Jak muzułmanie zaczynali świętować w piątek, katolik ani prawosławny nigdy nie brał się za obornik – opowiada mi Roman Murawski, muzułmanin. Z kolei w ich święta Tatarzy też okupowali przydomowe ławeczki i prażyli się w słońcu, zamiast pracować. Zresztą, sąsiadów Murawscy zawsze mieli prawosławnych – na ich Wielkanoc siadali z nimi do stołu, z kolei na swój bajram zapraszali ich do siebie.
Teraz wszystko stało się dużo prostsze, społeczności się asymilują. Katolicy żenią się z muzułmanami i prawosławnymi. Czasem trudno dociec, jakiej krwi jest więcej. Marek, menedżer z Warszawy, jest katolikiem, ale muzułmańska rodzina jego matki pochodzi z Kruszynian. Ma do wsi sentyment. Kupił tu siedlisko i spędza wolne chwile. Wśród miejscowych, prostych, uczciwych i pracowitych ludzi, czuje się jak u siebie. – Mój pradziadek zawsze powtarzał, że Kruszyniany są najszczęśliwszym miejscem na świecie.
Tatarzy pojawili się tu w XVII w., gdy na mocy przywileju grodzieńskiego z 1679 r. król Jan III Sobieski nadał żołnierzom chorągwi tatarskiej wsie jako wynagrodzenie za zaległy żołd. Pułkownik Samuel Murza Krzeczowski i jego jazda otrzymali Kruszyniany, Łużany oraz Nietupę. Inni dostali grunty wsi Podlipki, Kamionka, Malawicze, Bohoniki i Drahle. Wielkość nadziału ziemi była odpowiednia do stanowiska i zasług. W kolejnych latach skośnoocy wojownicy zaczęli osiedlać się także w innych wsiach.
Do II wojny światowej Tatarzy spod Sokółki, Grodna czy Nowogródka żyli w jednym państwie – II Rzeczypospolitej. Zmiana granic po wojnie podzieliła tatarską społeczność. Po polskiej stronie zostały tylko dwa meczety, w Bohonikach i Kruszynianach. Po stronie wschodniej – 17. Część Tatarów, jako polskich repatriantów, przesiedlono z Kresów na Ziemie Odzyskane.
Dziś w Polsce, według różnych szacunków, żyje 20–25 tys. muzułmanów, jednak z reguły są to wyznawcy pochodzenia arabskiego lub neofici. Potomków polskich Tatarów jest około 4,5 tys. Większość z nich mieszka na Podlasiu. Jeszcze inaczej jest z poczuciem przynależności narodowej. W ostatnim spisie powszechnym narodowość tatarską zadeklarowało jedynie około 500 osób. Młody Tatar tak to tłumaczy: – To nie jest proste. Ja nigdy nie mówię o sobie Tatar, tylko polski Tatar albo Polak pochodzenia tatarskiego. To jest subtelna różnica – my nie czujemy się Polakami. My nimi jesteśmy!



Mufti Tomasz Miśkiewicz, przewodniczący Najwyższego Kolegium Muzułmańskiego Związku Religijnego w RP, ma nie lada problem: jak rozwijać w Polsce islam, ale jednocześnie nie dopuścić do zalania potomków polskich Tatarów przez żywioł arabski. 30-letni mufti  ukończył Uniwersytet w Medinie w Arabii Saudyjskiej, więc dobrze zna oba środowiska. Będąc potomkiem Tatarów, ma Podlasie w sercu, ale jako wykształcony muzułmanin rozumie potrzebę i konieczność otwierania się na świat zewnętrzny. Zdarza się, że dzieci i wnuki polskich Tatarów same próbują walczyć o zachowanie tożsamości narodowej. I robią to na współczesny sposób. Dżenetta i Mirosław Bogdanowiczowie odkupili od gminy rodowe siedlisko dziadków. Prowadzą tam gospodarstwo agroturystyczne „Tatarska jurta”. Serwują przysmaki, które pamiętają z młodości: cziburiki, kołduny, pierekaczewnik, pachławę, jeczpoczmaki czy kibiny.
Nie da się jednak ukryć, że polskich Tatarów mieszka w Kruszynianach coraz mniej. Przybywa za to rodzin mieszanych. Ale pewnie nigdy już nie wrócą czasy sprzed II wojny światowej, gdy – jak z rozrzewnieniem wspominają starzy Tatarzy – wieś tętniła życiem. Liczyła ponad 200 gospodarstw i nazywano ją „Paryżem”. Mieszkańcy mówili kilkoma językami, ponieważ w Kruszynianach mieszkali wtedy jeszcze Żydzi i ewangelicy. Młodzież raz po raz urządzała potańcówki. Po wojnie, do okresu gierkowskiego, we wsi wciąż sporo się działo. Do baru „Złota Orda” trudno było wejść, bo aż pękał w szwach. Ale nie od turystów. Bawili się sami swoi, sąsiedzi.
– Pogranicze wiąże się przede wszystkim z różnymi formami współistnienia grup etniczno-kulturowych – mówi prof. Andrzej Sadowski z Uniwersytetu w Białymstoku. – Współistnienie to traktujemy bardzo szeroko, jako złożone, ukształtowane historycznie i kulturowo formy kontaktów, od skrajnej odrębności i towarzyszącej jej wzajemnej separacji do swoistej harmonii współżycia społecznego. Wielokulturowych wsi na naszej Ścianie Wschodniej jest jednak coraz mniej. Wyludniły się. Ich mieszkańców zastępują nuworysze. Przybysze z dużych miast kupują wciąż jeszcze za bezcen siedliska i prawie już zabytkowe wiekowe chałupy. Ich kontakty z rdzennymi mieszkańcami mogą być dwojakie. Albo się okopią w swoich daczach, albo otworzą na mało dla nich zrozumiałą kulturę miejscową.  Pogranicze nie sprowadza się tylko do różnych form międzyetnicznego współżycia – wyjaśnia prof. Sadowski w książce Pogranicze – Studia społeczne. Zderzenie kulturowe promieniuje na całość wartości, postaw i zachowań społecznych. Mają one swoje określone odzwierciedlenie w gospodarce, życiu społecznym, postawach życiowych, sympatiach, antypatiach, migracjach, w życiu politycznym.
Na Podlasiu potwierdzają to m.in. wyniki kolejnych wyborów samorządowych i parlamentarnych. Ze statystyk wynika, że preferencje polityczne Polaków określa ich miejsce zamieszkania. Umowną granicą jest droga nr 19 Białystok–Lublin. Gminy położone na wschód od tej trasy w dużym stopniu zasiedla ludność prawosławna, przyznająca się do pochodzenia białoruskiego, zamieszkująca wsie i małe miasteczka. We wszystkich wyborach wygrywają w nich hasła lewicowe, odwołujące się do opieki państwa nad obywatelem; przed zmianą ustroju władza ludowa zawsze mogła liczyć tu na duże poparcie. Po II wojnie światowej ta mniejszość narodowa i religijna dostała możliwość awansu społecznego i skorzystała z niej.
Po zachodniej stronie szosy mieszka większość katolicka. Na tych terenach zawsze dominowały nastroje narodowe i patriotyczne. Chłopi ze wschodu nazywają tych z zachodu „szlachtą”. To silne poczucie odrębności po 1945 r. stało się przyczyną wielu konfliktów – poparcie nowego porządku politycznego przez mniejszość spotkało się z wrogą postawą „szlachty”. Teraz wyraźny podział polityczny ujawnia się podczas wyborów do sejmu czy prezydenckich.

Mieszkańcy wschodniej części Podlasia, „od zawsze” bardziej zaniedbanej gospodarczo, są z natury zachowawczy, przywiązani do swojej kultury i obyczajowości. Swoistą tradycją podlaskich wsi są np. szeptuchy – kobiety, które z pokolenia na pokolenie przekazują sobie umiejętność „zamawiania” chorób. W okolicy Orli prawie każda wieś ma uzdrowicielkę. Anna należy do najbardziej cenionych. Jest trochę po piećdziesiątce. Uwagę przykuwają jej oczy: niebieskie, ale tak przerażająco jasne, że aż chce się odwrócić wzrok. Zanim Anna opowie o swoim powołaniu, każe usiąść na stołku. Profilaktycznie sprawdzi, czy mi coś nie dolega. Nigdy nie pyta przybysza, co go boli.
Anna uważa, że wszystkie choroby biorą się z nerwów. Jak się człowiek czymś trapi, to przechodzi to na najbardziej osłabione narządy i choroba gotowa. Kobieta bierze szufelkę z pokruszonymi ziołami, polewa denaturatem i podpala. Trzyma nad moją głową i mamrocze jakąś modlitwę. Gdy zaczyna mówić drugą, nagle chwyta ją ziewanie, którego nie może opanować. W końcu opada na stołek i przestaje mówić. – Czarownik z ciebie – odzywa się po chwili. – Sam nosisz czary, bo się nie poddajesz. Ktoś ci źle życzy. Może z kobietą źle żyjesz i rzuciła na ciebie urok? – patrzy podejrzliwie. Trzecia modlitwa poszła gładko.
O tym, że wszystkie choroby są z nerwów, Anna dowiedziała się jeszcze w młodości. Któregoś dnia wstała z łóżka i nie mogła wyprostować ręki. Rodzina wysłała ją do szeptuchy w sąsiedniej wsi. Pomogła jej już za pierwszym razem. Gdy wróciła do domu, mogła już poruszać palcami. Anna jeździła do niej jeszcze wielokrotnie. Szeptuchy z sąsiedniego Grabowca powiedziały, że jak ktoś od razu poczuje ulgę, to znak – powinien sam spróbować, czy może pomagać innym. Anna leczyć zaczęła jednak dopiero po trzech latach, bo taka jest zasada – trzeba nabrać wewnętrznej siły. Najpierw Anna sprawdziła ją na sobie. Jak z nerwów była rozdygotana albo dostawała szczękościsku, zaraz po trzykroć modlitwą przeganiała zło.
Pierwszej chorej pomogła przypadkiem. W autobusie spotkała kobietę, która trzymała się za twarz i strasznie krzyczała, tak ją bolały zęby. Powiedziała, że może spróbować pomóc. – Zamówiłam jej chorobę. Jak wysiadała na przystanku, już się tak nie darła. Od tej pory Anna działa, gdzie się da – na dworcu, w pociągu, na polu – wszędzie, gdzie kogoś dopadnie jakaś dolegliwość. Chorym daje zawsze cukier, codziennie po troszeczku, bo uspokaja nerwy. A one są najważniejsze. – Jak człowieka przeżycia zjadają, to ciało słabnie. Oprócz „zamawiania” Anna stosuje też okadzanie dymem z suszonych ziół. Trzeba zebrać ziele w dziewięciu kolorach. Na świętego Jana należy je poświęcić w cerkwi, wtedy nabiera mocy. Anna używa też ziół jak dziecko się zlęknie, boi się i jąka, natomiast różyczkę i „choroby od wiatru” – wypala. W tym celu bierze trochę lnu i trzymając nad głową chorego, zapala w płomieniu świecy. Jeśli kłaczek spali się od razu, to zły znak. Dopiero jak uleci pod sufit i tam się wypali – choroba jest pokonana. Przynajmniej częściowo.
Wszystkie sposoby trzeba stosować na przemian. Wtedy efekt jest lepszy. Jej modlitwy nie działają tylko na tych, co potrafią rzucić na kogoś czar. To źli ludzie. Ale za życia trudno rozpoznać takiego czarownika. Prawda wychodzi na jaw dopiero na łożu śmierci.

– Ten, kto czaruje, spokojnie we własnym domu nie umrze – wyjaśnia. – Przez trzy dni będzie się rzucać w łóżku, śmierć do niego nie przychodzi. Za karę. Anna zapamiętała, jak w pewnej wiosce w Puszczy Białowieskiej kobietę, która nie mogła umrzeć w łóżku, wywlekli na podwórko i tam dopiero skonała. Po pomoc do Anny i wielu jej podobnych „zamawiaczek” chorób przyjeżdżają ludzie nie tylko z okolicy, ale i dalekich zakątków Polski.
Malownicze krajobrazy Ściany Wschodniej, jej pagórkowatych Mazur, leśnych ostępów, aż po wciąż nie do końca zadeptane połoniny Bieszczadów, wymuszają funkcjonowanie w zgodzie z przyrodą. Ludzie czerpią z niej siły i środki do życia – w przenośni i dosłownie.
Samogon z Podlasia – jednego z największych polskich zagłębi bimbrowniczych – znany jest nie tylko w kraju. Zdobywa też popularność na Zachodzie, gdzie trafia wraz z podlasianami, którzy masowo wyjeżdżają do pracy za granicę. W okolicach Supraśla, Czarnej Białostockiej, Walił czy Szudziałowa ludzie od wieków zajmowali się domową lub leśną (zwłaszcza w czasie wojen) produkcją spirytusu. I choć w dzisiejszych czasach miejscowi „samogończycy” nie mogą konkurować z wielkimi gorzelniami, w wielu wsiach tradycje przetrwały. Duże znaczenie, oprócz kulturowego, ma też aspekt ekonomiczny.
Małorolni chłopi, a takich jest tu większość, ledwie wiążą koniec z końcem. A samogon to pewny i szybki zysk. Jest tańszy niż wódka monopolowa, no i smak ma nie do podrobienia. Dochód z leśnej bimbrowni może być większy niż z uprawy spłachetków mało urodzajnej ziemi. Bimber długo był środkiem płatniczym – często nadal ma takie znaczenie: pół litra daje pewność załatwienia sprawy. Bez alkoholu produkcji własnej lub sąsiada nie ma prawdziwego wesela, a święta są nijakie.
Pędzenie samogonu jest w Polsce nielegalne, więc policja co jakiś czas namierza i likwiduje (czyli wysadza w powietrze) leśne fabryczki. Ale nowe wyrastają w puszczańskich ostępach jak grzyby po deszczu.
Pędzenie to ciężka praca fizyczna. Bimber wytwarza się z żyta i pszenżyta, ale najwięcej zależy od jakości wody. Powinna być ze źródełka, bo bagienną czuć potem w smaku gotowego trunku. Zacier najpierw musi „chodzić” kilka dni. Kolejny etap produkcji – zależnie od ilości zacieru – może trwać nieprzerwanie nawet kilkadziesiąt godzin.
– Jak się zacznie przepuszczać zacier, czyli brahę, przez instalację, trzeba być na nogach na okrągło – opowiada Janek, bimbrownik spod Walił. Nie raz zdarzyło mu się przysnąć przy ręcznej pompie, którą tłoczy wodę do skrzyń albo brahę do brażnicy. Choć produkcja samogonu niby jest prosta, nie każdy potrafi go zrobić.
Najlepiej pracuje się wiosną i jesienią. Wtedy powietrze ma 0–10 OC i w takich warunkach zacier „chodzi” cztery dni. Gdy jest za gorąco, czyli latem, łatwo się zakwasza, co potem psuje smak. Surówka, czyli bimber po pierwszym „przegonieniu”, ma 25–30 proc. alkoholu. Teraz przelewa się go do beczki, odgrzewa i ponownie przepędza. Po tym zabiegu trunek jest już krzepki – osiąga 50–53 proc.

Jakiś czas temu wójt Korycina reklamował w prasie miejscowy samogon o wdzięcznej nazwie „Łza korycińska”. Że jest czysty jak łza, po pierwszym kieliszku każdy łzę uroni, a jak już widać denko, to też łza się w oku kręci. Pod Szudziałowem czy Gródkiem zachwala się bimber w tutejszym języku: chutko bere i dolho trymaje, czyli szybko uderza do głowy i długo trzyma.
Po wejściu Polski do Unii Europejskiej podlascy bimbrownicy mieli nadzieję, że uda się zarejestrować ich samogon jako produkt regionalny. Na razie jednak pozostaje to tylko w sferze marzeń. Bimber jest więc mocnym, ale wciąż nielegalnym walorem Podlasia.
Na pograniczu ślady historii spotyka się na każdym kroku. Także tej przez lata zapomnianej, a i dziś wywołującej kontrowersje.
W wielu podlasko-mazowieckich miastach i miasteczkach przed wojną największy procent mieszkańców stanowili Żydzi. Pozostały po nich zaniedbane cmentarze i synagogi, które po wojnie przekształcano w budynki użyteczności publicznej. Proces restytucji mienia tu i ówdzie wywołał zadawnioną podejrzliwość. Ciszę wokół trudnych stosunków polsko-żydowskich przerwała sprawa Jedwabnego. Ludzie do dziś nie pogodzili się z powszechnym osądem, że mieszkają w mieście morderców. Książkę prof. Jana Tomasza Grossa Sąsiedzi odebrali jako atak nie tylko na własnych przodków, ale także przypisywanie winy im samym. Może dlatego na coroczne lipcowe uroczystości pod pomnikiem poświęconym zamordowanym z miasteczka przychodzą tylko pojedyncze osoby.
Na Podlasiu w prawie każdej miejscowości, gdzie mieszkali Żydzi, zdarzały się przypadki ratowania ich przez Polaków. Jednak świadkowie tamtych wydarzeń, albo ich potomkowie, sami nie chwalą się bohaterstwem. Przerwą milczenie w obronie, kiedy ktoś znów opublikuje książkę o tamtych latach. Jak we wsi Mulawicze, w której w czasie wojny wszyscy mieszkańcy pomagali żydowskiemu chłopcu. Pisze o tym prof. Gross w swojej najnowszej książce Strach. Antysemityzm w Polsce po Auschwitz wydanej przez Random House. Chłopiec przeżył, bo wśród miejscowych było nie do pomyślenia, by nie pomóc dziecku. Do dziś wstydzą się o tym mówić. – To była sprawa zwykłej przyzwoitości – słyszę we wsi. – Przecież uratowaliśmy tylko jednego małego chłopca. Historyczny wątek żydowski dopełni opowieść o pobliskim Brańsku. Z miasteczka i jego okolicy pochodzi najwięcej – w stosunku do liczby mieszkańców – uhonorowanych tytułem „Sprawiedliwy wśród narodów świata.” Po okresie powojennego milczenia o miasteczku zrobiło się głośno za sprawą dokumentalnego filmu Shtetl. Nakręcił go w 1996 r. Marian Marzyński. Wymowa filmu stawiała w niekorzystnym świetle mieszkańców tej miejscowości. Wystąpił w nim młody nauczyciel, pasjonat historii Zbigniew Romaniuk, teraz przewodniczący Rady Miasta, który badał historię miasteczka. Wielu mieszkańców długo uważało go za zdrajcę narodu. A on chciał tylko pokazać, że historia nigdy nie jest czarno-biała.
– Dziś, po latach, trochę się uspokoiło – przyznaje Romaniuk. – Nawet to, że wybrano mnie na funkcję w Radzie Miasta, o tym świadczy. Przed wyborami samorządowymi spotykał się już tylko z nielicznymi wyzwiskami; świadomość brańszczan się zmienia. Jeszcze w latach 90. ludzie nie chwalili się, że zostali uhonorowani tytułem „Sprawiedliwy wśród narodów świata”. Potem, wspomina Romaniuk, wręcz przeciwnie, zgłaszało się do niego wiele osób, zapewniając, że też pomagali Żydom. Tylko że nie było jak tego sprawdzić. – A teraz wreszcie robi się normalnie – mówi Romaniuk. – Jesteśmy w Unii Europejskiej, ludzie przestali roztrząsać, co było. Myślą głównie o przyszłości.

Właśnie przyszłość jest szansą, żeby na polskiej Ścianie Wschodniej, której historia zawsze była skomplikowana, przeszłość przestała dzielić. Szybko zrozumieli to polscy Litwini zamieszkujący okolice Sejn. Według spisu powszechnego z narodowością tą identyfikuje się prawie 6 tys. ludzi. Litwini jednak twierdzą, że jest ich dwa i pół raza więcej. Dla nich granica zawsze była umowną linią na mapie, żyją na tych terenach od wieków. Ustalona po wojnie rozdzieliła rodziny, niektórzy mieli ziemię i w Polsce, i na Litwie, ale nie mogli jej uprawiać. Okazało się jednak, że z granicy można żyć.
Z legalnego i mniej legalnego handlu zrodziły się małe fortuny; niektórzy wybudowali sobie nowe domy, pokupowali samochody. Przed wejściem Polski i Litwy do Unii Europejskiej przez granicę szmuglowano nie tylko papierosy, alkohol czy samochody. Szlak litewski wykorzystywały zorganizowane grupy przestępcze do przerzutu ludzi – pomysłowość przemytników była niegraniczona. W latach 90. Straż Graniczna zatrzymała np. grupę Azjatów, którzy pokonywali zaorany pas drogi granicznej na długiej, zawieszonej na drzewach pochyłej linie. Od strony litewskiej była zamocowana wysoko, a po polskiej stronie – niżej. I tak, jeden za drugim, po kolei zjeżdżali do Polski.
Dziś przemyt na granicy wschodniej wygląda nieco inaczej. Ludzi przerzuca się najczęściej na odcinku polsko-ukraińskim. Z Litwy, gdzie nie ma już kontroli celnej, wwozi się jedynie większe ilości papierosów, „mrówki” wypadły tam z gry. Niedawno podlascy celnicy na granicy z Białorusią znaleźli papierosy ukryte w podłodze przyczepy do transportu koni i pod węglem przywożonym na osobowej przyczepce. Tańsze marki trafiają na bazary, droższe jadą dalej. Na przykład na markę Jin Ling, produkowaną w obwodzie kaliningradzkim oraz na Ukrainie, jest duży popyt w... Holandii.
– Z roku na rok rośnie ilość zarekwirowanych przez nas papierosów – mówi Maciej Fiłończuk, rzecznik prasowy Izby Celnej w Białymstoku. – Zmieniła się także struktura przemytu. Mniej jest dużych „trafień”, ale każdego dnia zatrzymujemy towar przewożony przez białorusko-polską granicę w samochodach osobowych czy pociągami. Papierosy szmugluje się w zbiornikach paliwa, podłogach aut, kołach jezdnych i zapasowych, siedzeniach, ściankach bocznych, a nawet w deskach rozdzielczych.
Z Białorusi poza papierosami opłaca się przywozić paliwo. Olej napędowy można kupić prosto z baku po trzy złote za litr. Jeszcze przed wejściem Polski do Unii Europejskiej wracałem z reporterskiej podróży na Białoruś. Dosiadłem się do samochodu Białorusina, który jechał do Polski z towarem. Dwa kilometry przed przejściem granicznym Wasia zatrzymał swojego starego opla. Odkręcił jedno koło i na jego miejsce założył inne, z upchniętymi w oponie termoforami wypełnionymi alkoholem. Dokręcił śruby i ruszyliśmy dalej. Niestety, termofory nie ułożyły się jak należy i przy jeździe szybszej niż 10 km/godz. koło wydawało dziwny dźwięk. Wasia kopał w oponę, szarpał nią, klął, na czym świat stoi – bez rezultatów. Ale miał już zarezerwowane miejsce w kolejce, więc zaryzykował. Poruszaliśmy się w żółwim tempie, a gdy opona zaczynała hałasować, kaszleliśmy, by ją zagłuszyć. Celnicy nie zwrócili uwagi na koło.
Największe znaczenie dla mieszkańców pobliskich miejscowości ma wciąż handel na granicy polsko-ukraińskiej. Tu nadal dużą rolę odgrywają „mrówki”. Do kontroli na przejściu granicznym w Medyce codziennie ustawia się po kilka tysięcy obywateli Ukrainy. Polaków jest mniej, ale nawet Straż Graniczna przyznaje, że granica jest największym zakładem pracy po obu stronach przejścia, dającym zatrudnienie legalnie bądź nielegalnie. W okolicy Przemyśla mówi się, że tutaj prawie każdy ma kogoś z rodziny w Straży Granicznej lub wśród celników, albo sam żyje z przejścia.
Gdyby nie granica, Ściana Wschodnia, która i tak coraz bardziej się wyludnia, całkiem zarosłaby lasem. Pół wieku temu młody reporter o nazwisku Kapuściński penetrujący obszary pod wschodnią granicą napisał reportaż z Cisówki na Podlasiu. Do wsi właśnie doprowadzono elektryczność. Zajaśniało tam nowe życie. Prądu ma każdy wedle potrzeb. Komu do sieczkarni, komu na światło, komu, żeby puścić maszynę do szycia. A może być tak, że wszystko naraz w jednym domu idzie. Taka Kanada. Prąd załączyli trzy lata temu. W roku pięćdziesiątym ósmym zaczął się ten elektryczny komunizm. Wtedy każdy pstrykał nad miarę. Miastowi się z tego śmieją. Ale chłop się nie śmieje: chłop pstryka z powagą. Światło – ciemno, światło – ciemno. Teraz ma, co chce, niebo i piekło w jednym kontakcie.
Po 50 latach kontaktów na Ścianie Wschodniej jest pod dostatkiem. Tylko cieszyć się nie ma komu. A ci, co pozostali, czekają na zmiany po wejściu Polski do strefy Schengen.

Długość polskiej granicy na wschodzie: 1 244 km
Liczba przejść granicznych: 35
Ruch na granicy wschodniej
Liczba przekroczeń (w obie strony):
2003 r. – 181 mln 49 tys.
2004 r. – 198 mln 169 tys.
2005 r. – 210 mln 527 tys.
2006 r. – 210 mln 259 tys.
01–10 2007 r. – 196 mln 363 tys.
Zatrzymani na próbie lub nielegalnym przekroczeniu granicy  
w 2003 r.
Rosja – 113
Białoruś – 62
Litwa – 118
Ukraina – 896
W 2006 r.
Rosja – 43
Białoruś – 108
Litwa – 56
Ukraina - 1113
Przemyt zatrzymany przez Straż Graniczną (okresy styczeń–wrzesień)
Rosja
2006
alkohol: 9 339 zł
papierosy: 1 958 535 zł
2007
alkohol: 19 565 zł (wzrost o 109,5 proc.)
papierosy: 2 684 401 zł (wzrost o 37,1 proc.)
Białoruś
2006
alkohol: 69 621 zł  
papierosy: 1 303 295 zł
2007
alkohol: 99 471 zł (wzrost o 42,9 proc.)
papierosy: 1 273 310 zł (spadek o 2,3 proc.)
Ukraina
2006
alkohol: 73 257 zł
papierosy: 5 325 171 zł
2007
alkohol: 77 259 zł (wzrost o 5,5 proc.)
papierosy: 9 521 229 zł (wzrost o 78,8 proc.)