Żyjemy na malarycznej planecie. Kiedy patrzy się na to z punktu widzenia bogatego kraju, to może tak nie wygląda. O malarii myśli się tam czasem – o ile w ogóle się myśli – jak o problemie w zasadzie już rozwiązanym, takim jak ospa wietrzna czy choroba Heinego-Medina.

W rzeczywistości malaria dotyka dziś większej liczby ludzi niż kiedykolwiek wcześniej. Jest chorobą występującą w 106 państwach i zagraża połowie ludzkości. W ostatnich latach pasożyt tak się umocnił i rozwinął oporność na tak wiele leków, że najpotężniejsze szczepy są prawie nie do opanowania. W tym roku malaria zaatakuje do pół miliarda ludzi. Co najmniej milion umrze, zazwyczaj będą to dzieci poniżej 5. roku życia, ogromna większość z nich będzie mieszkać w Afryce. To ponad dwa razy więcej niż roczna liczba ofiar w poprzednim pokoleniu. Malaria jest plagą biedaków, więc łatwo ją przeoczyć. Zdaniem niektórych naukowców najbardziej niefortunne w przypadku zimnicy jest to, że bogate państwa uwolniły się od niej. Tymczasem kilka zdecydowanie niezamożnych regionów znalazło się na skraju malarycznej zapaści i pozostaje na łasce rojów bzyczących, latających strzykawek.

Dopiero w ostatnich latach malaria przykuła uwagę organizacji pomocowych. Światowa Organizacja Zdrowia uznała jej ograniczenie za najważniejszą sprawę. Bill Gates przeznaczył na jej zwalczanie setki milionów dolarów. Fundusze na walkę z malarią podwoiły się od roku 2003. Idea polega na tym, by obezwładnić chorobę, łącząc wszystkie znane metody walki, od starożytnych (chińskie leki ziołowe), przez znane od dawna (moskitiery), aż po supernowoczesne (koktajle złożone z wielu leków). A zarazem badacze problemu dążą do osiągnięcia nieuchwytnego, choć postawionego dawno temu celu – opracowania szczepionki, która na dobre okiełznałaby chorobę.

Znaczna część pomocy trafia do kilku mocno dotkniętych plagą krajów subsaharyjskiej Afryki. Jeśli te kraje zdołają zmusić malarię do odwrotu, posłużą za wzorzec walki z chorobą na całym świecie. Jednym z tych krajów – być może najuważniej obserwowanym przez badaczy – jest Zambia, rozległe państwo wykrojone z żyznego buszu w południowej Afryce. Trudno wręcz pojąć, do jakiego stopnia malaria spustoszyła Zambię. W niektórych prowincjach przez cały czas ponad jedna trzecia dzieci, które nie ukończyły 5. roku życia, cierpi na tę chorobę.

Gorszy od samych liczb jest typ malarii spotykanej w Zambii. Ludzie są infekowani przez cztery gatunki zarodźców, z których najbardziej złośliwy jest Plasmodium falciparum. Gatunek ten jest na świecie przyczyną mniej więcej połowy przypadków malarii i 95 proc. zgonów. To jedyna postać malarii mogąca atakować mózg. I może to robić z niesłychaną prędkością – nie-wiele czynników zakaźnych potrafi zawładnąć organizmem tak szybko jak Plasmodium falciparum. Afrykański chłopak może sobie radośnie grać w piłkę rankiem, a wieczorem już nie żyć z powodu malarii wywołanej przez ten gatunek. Plasmodium falciparum jest główną przyczyną tego, że prawie 20 proc. zambijskich dzieci nie dożywa swoich 5. urodzin. Starsze dzieci i dorośli (ciężarne kobiety są na nią szczególnie podatne) też zarażają się tą chorobą, ale większość z nich ma już na tyle rozwiniętą odporność, by unieszkodliwić pasożyty, choć nieleczona malaria może trwać latami, a ataki gorączki pojawiają się i znikają. Są sytuacje, w których wydaje się, że każdy w Zambii jest do jakiegoś stopnia osłabiony przez zimnicę; wielu ludzi cierpiało na nią po kilkanaście razy. Nic dziwnego, że ten kraj należy do najbiedniejszych na świecie – stan jego gospodarki ma niewielkie szanse na poprawę, dopóki nie polepszy się sytuacja zdrowotna.


Aby w pełni poznać siłę morderczego uścisku, w jakim malaria trzyma Zambię, trzeba wyjechać ze stolicy kraju, Lusaki – na północ, przez zielone równiny, mijając plantacje bananów i kopalnie miedzi – do zalesionego regionu wsuniętego między granice Angoli i Demokratycznej Republiki Konga. To Prowincja Północno-Zachodnia, kraina niemal w całości rolnicza. Do wielu wiosek można dotrzeć jedynie pieszymi ścieżkami wydeptanymi w czerwonej jak burak ziemi. Ogólnonarodowy przegląd stanu zdrowia przeprowadzony w 2005 r. wykazał, że na każde tysiąc dzieci do 5. roku życia z Prowincji Północno-Zachodniej wystąpiły 1 353 przypadki malarii. Roczny wskaźnik przekraczający 100 proc. wydaje się niemożliwy, ale to nie jest błąd. To oznacza, że wiele dzieci zostaje zainfekowanych malarią częściej niż raz do roku.

Uzyskanie fachowej pomocy medycznej w Prowincji Północno-Zachodniej może być trudne. Dla rodzin żyjących w odległej, północnej części prowincji, na dzikich terenach o powierzchni ponad 2 500 km2, istnieje tylko jedno miejsce dające jakąś szansę na przeżycie, kiedy dziecko zachoruje na ostrą malarię – szpital misyjny Kalene. Ten skromny ośrodek zdrowia, w zrujnowanym budynku z cegły, z dachem z zardzewiałej blachy, stoi na pierwszej linii w wojnie człowieka z malarią. Naukowcy w nowoczesnych laboratoriach na całym świecie próbują rozwikłać tajemnice pasożyta, agencje pomocowe zabiegają o środki, firmy farmaceutyczne organizują testy leków. Ale to szpital Kalene – dysponujący dokładnie jednym mikroskopem, sporadycznie prądem z dieslowskiego generatora, dwiema dyplomowanymi pielęgniarkami i czasem także lekarzem (aczkolwiek zawsze ma na składzie solidny zapas leków przeciwmalarycznych) – pomaga ofiarom malarii.

Odkąd przed stu laty chrześcijańscy misjonarze założyli ten szpital, nadejście pory deszczowej oznacza początek rozpaczliwej pielgrzymki. Zbierają się chmury, spadają ulewy, lęgną się komary i malaria przybiera na sile. Nie ma czasu do stracenia. Rodzice opatulają swoje chore dzieci i wyruszają w drogę do szpitala Kalene. Przybywają w większości pieszo. Niektórzy idą całymi dniami. Podążają ścieżkami wiodącymi przez granice, rzeki i zarośla. Kiedy docierają do szpitala, imię każdego dziecka zostaje wydrukowane na karcie, która trafia do wytartej, drewnianej skrzyneczki w dyżurce pielęgniarek. Florence, Elijah, Ashili. Idą przez skwar i deszcz, w ciemnościach pochmurnej nocy. Purity, Watson, Miniva. Jedne są nieprzytomne, inne krzyczą, niektóre doznają właśnie ataku. Nelson, Japhious, Kukena. Nieliczne rodziny mają rowery. Chińskie, bez przerzutek – ojciec naciska na pedały, matka siedzi na siodełku, a dziecko tkwi między nimi. Delifia, Fideli, Sylvester. Zapełniają wszystkie łóżka na oddziale dziecięcym, leżą na podłodze i na dziedzińcu. Methyline, Milton, Christine. Wylegają z buszu wyczerpane, brudne i przerażone. Przybywają do szpitala. I rozpoczyna się batalia o przeżycie.