To dotknięte przez los meksykańskie miasto przy granicy z USA jeszcze niedawno uznawano za najniebezpieczniejsze na świecie. Dziś jednak przestępczość spada, a życie wraca do normy, bo władze zdołały naprawić szwankujące organy ścigania i wymiar sprawiedliwości.

Przyjechałem do Juárez 20 lat temu, by napisać o przypadkach zabójstw młodych kobiet – później okazało się, że były ich setki. Na całym świecie mówiło się wówczas o „martwych kobietach z Juárez”. Większość robotnic w tutejszych fabrykach stanowiły imigrantki ze wsi, bez rodzin. Dlatego były szczególnie bezbronne. Zwłoki znajdowano na pustyni, zmumifikowane. Sprawców nie ustalano, nie pociągano do odpowiedzialności. Liczba zabójstw rosła.

W 2008 r., gdy Stany Zjednoczone ogarnęła recesja, w Juárez pracę straciło 90 tys. osób. Mniej więcej w tym samym czasie do miasta przeniknął kartel narkotykowy z Sinaloa, starając się siłą opanować szlaki przerzutowe kontrolowane dotąd przez kartel z Juárez. Rozpoczęły się regularne uliczne bitwy gangów. Przemoc zalała miasto na pięć lat.
 

Gdy Montenegro, sympatyczny, ale małomówny, opowiada mi historię Areny San Antonio, rozpoczyna relację od wyliczenia rodzin ze swojej ulicy, z których ktoś został porwany. – Pięć rodzin – mówi w końcu. – W tym nasza.
 

Jemu porwano najmłodszego syna. Montenegro musiał się zapożyczyć na okup. Gdy spłacił już prawie cały dług, syna porwano znowu. Przez siedem lat borykał się ze spłatą mniej więcej 50 tys. dolarów. Sprzedał część warsztatów oponiarskich, stanął na skraju bankructwa. Niemal oślepł, bo z powodu stresu pękło mu naczynie krwionośne w oku. – Nikomu nie życzę porwania bliskiej osoby – mówi.
 

Haracz od każdego

Gdy przyjeżdżam do Juárez, poruszam się po mieście taksówką, której właścicielem jest niejaki Jesus Amable. To z nim wyruszam na objazd dzielnic. Już sam fakt, że możemy taką wycieczkę urządzić, jest dowodem na to,
że w Juárez panuje spokój. Wciąż jednak widzimy wiele nieczynnych sklepów i warsztatów.
 

Właścicielka prosperującej kwiaciarni Claudia Saucido opowiada mi, że musi ją prowadzić sama, bo mąż pracuje gdzie indziej – dorabia, aby mieli na wymuszony przez gangsterów haracz, zwany cuota, wynoszący 100 dol.
(w Juárez równowartość tygodniówki robotnika). Alfredo Rodriguez z drugiej strony ulicy mówi mi, że jego rodziny nie stać było na takie wydatki, więc zwinęli stragan, który uruchomił jeszcze ich ojciec. Dopiero od niedawna znów działają. Amable, mój taksówkarz, mówi, że musiał płacić 20 dol. tygodniowo. Jego dziewięciu kolegów z postoju tyle samo. – Po pieniądze przyjeżdżali piętnastolatkowie w nowiutkich samochodach – dodaje.
 

Władze Juárez oceniały w 2010 r., że haracze płaciło 8 tys. firm. W następnym roku nowy prokurator stanu Chihuahua Carlos Salas polecił policji stworzyć brygadę do walki z wymuszeniami.
 

Wiele przestępstw pozostawało bez kary. – Nie było profesjonalnych śledztw. Prawdę mówiąc, nie było żadnych – przyznaje César Muñoz, pierwszy dowódca brygady antyharaczowej, a dziś komendant główny policji Juárez. – Gdy na mieście coś się działo, policjanci się chowali.