To dotknięte przez los meksykańskie miasto przy granicy z USA jeszcze niedawno uznawano za najniebezpieczniejsze na świecie. Dziś jednak przestępczość spada, a życie wraca do normy, bo władze zdołały naprawić szwankujące organy ścigania i wymiar sprawiedliwości.

Jak uratować miasto?

Co takiego wydarzyło się w Juárez, że Montenegro i inni mogą już nie kulić się ze strachu i znów normalnie żyć? To nie jest żadna reżyserowana zapaśnicza walka, w której triumfuje bohater w masce. Państwo zdobyło się na wolę polityczną, aby przynajmniej tu, w Juárez, wzmocnić organy ścigania i wymiar sprawiedliwości oraz wspomóc władze lokalne. Zaowocowało to niespodziewanym ujawnieniem się pokładów ambicji i odwagi u przedstawicieli różnych grup społeczeństwa: funkcjonariuszy organów ścigania w kraju, gdzie policja słynie z korupcji, lokalnych biznesmenów, którzy zaczęli stawiać opór, zamiast ulegle płacić haracze, urzędników, którzy wyłamywali się z biurokratycznych kolein i przecierali nowe szlaki. 
 

W latach 90. Juárez było dobrze naoliwionym trybikiem jednej ze wschodzących gospodarek świata. Rzesze rolników i hodowców bydła zamieniały się w siłę roboczą zatrudnioną przy montowaniu sprzętu radiowo-telewizyjnego i podzespołów samochodowych na rynek amerykański w maquiladoras, czyli fabrykach działających w strefie wolnocłowej. Wielu przybyło do miasta z zamiarem przedostania się na drugą stronę granicy, do El Paso w Teksasie, ale kwitnąca przedsiębiorczość Juárez pozwalała im na miejscu uzyskać to, o czym marzyli: solidny dom, samochód, stałą pracę. Juárez wypełniło się rodzinnymi firmami: sklepami, salonami kosmetycznymi, warsztatami tapicerskimi. 
 

Montenegro, który do Juárez przybył w latach 70. XX w. jako młody chłopak, umiał się znaleźć w tej sytuacji. Kupił w San Antonio ziemię, gdy były to jeszcze slumsy. W hali, gdzie dziś stoi ring zapaśniczy, uruchomił magazyn opon i warsztat wulkanizatorski, a potem kolejne.  
 

Juárez rozwijało się żywiołowo. Jak zwykle w Meksyku podatki z miasta wędrowały do stolicy, a z powrotem wracało niewiele. Policjanci musieli oszczędzać benzynę i naboje. Rozwój infrastruktury – dróg, kanalizacji, systemów użyteczności publicznej, przestrzeni ogólnomiejskiej – zaniedbano.
 

– Ludzie nie zdawali sobie sprawy, że mamy wiele potrzeb, bo wciąż się rozwijaliśmy – wyjaśnia pastor Alfonso Murguía. Jego kościół od 30 lat tworzy i utrzymuje w Juárez ośrodki dla sierot i narkomanów. – Była praca, pieniądze, ale jakość usług publicznych nie rosła. W miarę jak chłopi przekształcali się w klasę robotniczą, dawne wiejskie więzi rodzinne słabły. Tysiące dzieci wychowywało się na ulicy. Tworzyły się gangi. Powstał kartel narkotykowy, który przejął kontrolę nad głównymi szlakami przerzutowymi narkotyków do USA. Chlebem powszednim stało się bezprawie.