To dotknięte przez los meksykańskie miasto przy granicy z USA jeszcze niedawno uznawano za najniebezpieczniejsze na świecie. Dziś jednak przestępczość spada, a życie wraca do normy, bo władze zdołały naprawić szwankujące organy ścigania i wymiar sprawiedliwości.

Inne miasto

Gdy odwiedziłem Ciudad Juárez poprzednim razem, czyli sześć lat temu, taka sytuacja byłaby niewyobrażalna. Bawiące się dzieci znikły z przestrzeni publicznej, a walczące o wpływy gangi opanowywały ulicę po ulicy. Ciudad Juárez leży tuż przy granicy z USA, jest bramą do chłonnego i dochodowego północnoamerykańskiego rynku narkotyków. Sześć lat temu obserwowałem uzbrojonych po zęby meksykańskich żołnierzy w hełmach i ciemnych okularach, jak patrolują ulice w transporterach opancerzonych, próbując powstrzymać trwającą tam rzeź.
 

W latach 2008–2012 to liczące 1,3 mln ludności miasto uznawano za najniebezpieczniejsze na świecie. W najgorszym roku zanotowano tu ponad 3,7 tys. zabójstw. Porwania i wymuszenia były na porządku dziennym. 25 proc. wszystkich kradzionych w Meksyku samochodów ginęło właśnie w Juárez.  Mniejsze i większe firmy zwijały interesy. Miasto ogarniała anarchia.
 

Do najmocniej dotkniętych należała dzielnica San Antonio. Chłopcy, których harce na zapaśniczym ringu właśnie obserwowałem, mieli krewnych na cmentarzach lub w więzieniu.
 

– Na dźwięk strzałów na ulicy natychmiast uciekało się do domu – wspomina jeden z nich.
 

Dzisiaj w mieście działa co najmniej 11 ringów zapaśniczych. Ćwiczą na nich setki dzieciaków. Wyludnione niegdyś ulice znów się zaroiły. Na placu przy katedrze jak grzyby po deszczu wyrastają sklepy i punkty usługowe.Uliczne orkiestry grają hiszpańskie wersje amerykańskich przebojów, a przechodnie zatrzymują się, słuchają, tańczą. Powstało muzeum dla dzieci; wśród zwiedzających niemałą część stanowią sieroty, których w mieście żyje ok. 14 tys. Organizuje się dzielnicowe mistrzostwa i rozgrywki sportowe. W parkach znów toczy się życie towarzyskie. – Ludzie przestają się bać – cieszy się Montenegro.