Po 75 latach przymusowego trwania w ukryciu wiara rosyjskich carów odzyskuje uprzywilejowany status. Nowa Rosja zanika tuż za rogatkami Moskwy. Korki i smog, galerie handlowe i billboardy, oznaki rozkwitu gospodarczego ostatnich lat, ustępują miejsca szarym przedmieściom i popadającym w ruinę fabrykom z czasów radzieckich.

Za nimi rozciągają się lasy brzóz i sosen, wśród których rozłożyły się wioski pełne drewnianych chat. Na horyzoncie można wypatrzyć wieże o pozłacanych kopułach, błyszczących w blasku wiosennego słońca.
Docieramy do „głubinki” – prowincjonalnej Rosji ukochanej przez słowianofilów, uchodźców oraz malarzy. Naszym celem jest Murom – jedno z najstarszych miast Rosji, rozłożone na wzgórzach nad brzegami Oki. W średniowieczu Murom było ważnym posterunkiem na wschodnich peryferiach Rusi, ale rozwój imperium zmienił je w biedną prowincjonalną osadę pełną monastyrów, wspomnień i mitów.
Przed czterema wiekami pojawiła się tutaj pobożna młoda kobieta, żona „dobrze urodzonego, bogatego męża”. Pomimo wielu nieszczęść, które ją spotkały – ciągłej nieobecności męża walczącego na wojnach, urodzenia 13 dzieci i śmierci 8 z nich, klęski głodu, zarazy, najazdów i rozbojów czasów Wielkiej Smuty – Juliana Osorin wytrwała w wierze i czynieniu dobra. Kiedy zmarła w 1604 r., Rosyjska Cerkiew Prawosławna postanowiła ją kanonizować, nadając imię świętej Juliany Łazarewskiej, upamiętniające wioskę Łazarewo w pobliżu Murom, gdzie spędziła większość swego życia. Wyniesienie na ołtarze miało pokazać żyjącym w strachu i zrozpaczonym ludziom, że świętość nie musi wiązać się z wstąpieniem do klasztoru i można ją osiągnąć w domu, pośród rodziny. Jej bezpośrednią potomkinią i dziedziczką imienia była Juliana Ossorguine, moja matka.
Odwiedziłem Murom już wcześniej – w czasach gdy Rosja odradzała się z kolejnej smuty. Był marzec 1992 r. Kra na Oce zaczynała się roztapiać, a wokół czuć było nadchodzące przemiany. Ostatnie lata istnienia państwa radzieckiego spędziłem w Moskwie na stanowisku kierownika biura New York Timesa, a teraz powróciłem, aby opisać upadek komunizmu.
Był to czas oszałamiających, chaotycznych przemian, rozczarowań i wielkich nadziei – na demokrację, wolność gospodarczą oraz odrodzenie duchowe. Na zgliszczach państwa radzieckiego odradzała się rosyjska Cerkiew prawosławna, a miliony Rosjan ruszyły do chrzcielnic. Wielu z nich miało zaledwie mgliste pojęcie o znaczeniu tego sakramentu, chcieli jednak odzyskać historię i tożsamość, którą przez 75 lat próbowali wymazać komuniści.
Tysiące zrujnowanych cerkwi – również te, które zamieniono na magazyny, fabryki czy stodoły – wracało do pierwotnej funkcji. Nad brzegiem rzeki Moskwy powstała na nowo monumentalna katedra Chrystusa Zbawiciela, zniszczona w 1931 r. na rozkaz Stalina. Wyznawcy, których państwo radzieckie zmuszało do działania w ukryciu, wyszli z podziemi i z zapałem zaczęli tworzyć nowe parafie, sierocińce, domy pomocy i szkoły. Tysiące mężczyzn odkryło w sobie powołanie do kapłaństwa, a jeszcze większa liczba Rosjan przyjęła śluby zakonne. Przez tysiąc lat wspaniała liturgia i ikonografia Cerkwi prawosławnej stanowiły integralną część rosyjskiej historii i tożsamości. Czuję się Rosjaninem na tyle, by odradzanie się wiary moich przodków głęboko mnie poruszyło, ale jako zachodni dziennikarz nie mogłem przestać się zastanawiać, dokąd doprowadzi to zanurzenie się w przeszłości, zazwyczaj idealizowanej i rozumianej dość powierzchownie. Czy Cerkiew stanie się motorem reform i będzie głosiła prawdę w obliczu władców Kremla? Czy też przyjmie rolę, którą odgrywała pod rządami carów i ponownie stanie się narzędziem i ozdobą autorytarnej władzy?



Pytania te nie dotyczyły tylko tego Kościoła, stawką był kształt całej Rosji. Jak w kilka lat po upadku komunizmu napisał James H. Billington, badacz spraw rosyjskich: To, czy Rosja odkryje nową demokratyczną i obywatelską kulturę, czy też powróci do mrocznego i niebezpiecznego autorytaryzmu, zależy w dużym stopniu od tego, czy Cerkiew zdoła wywalczyć sobie niezależność od państwa i stanie się sumieniem narodu. Wygląda na to, że w życie wszedł jednak mroczny scenariusz, a przywódcy prawosławia zawarli sojusz z antydemokratycznym Kremlem. Podczas zeszłorocznego pobytu w Murom starałem się odkryć, czy w odnowionym Kościele udało się przetrwać pobożności i uczynności, wartościom reprezentowanym przez św. Julianę.
Miałem też powody, aby wierzyć, że niektórzy z wyznawców mogą przyjąć ze zrozumieniem moją otwartą i sceptyczną postawę wobec wiary i Kościoła. Mój ojciec Alexander Schmemann, prawosławny teolog i duchowny, tak jak moja matka był potomkiem rosyjskich emigrantów, a jego książki oraz audycje nadawane w Radio Liberty, które przenikały przez żelazną kurtynę, zdobyły mu uznanie radzieckich dysydentów i intelektualistów. W 2005 r. opublikowano w Rosji pamiętniki prowadzone przezeń od 1973 r. aż do śmierci dziesięć lat później, które, ku mojemu zaskoczeniu, stały się ogromną sensacją w środowisku rosyjskich myślicieli i wiernych.

Murom, do którego wróciłem, praktycznie się nie zmieniło. Oczywiście, pojawiło się kilka nocnych klubów, zamontowano bankomaty, postawiono nowoczesne stacje benzynowe, jednak moskiewski dobrobyt kończył się daleko od miasta. Latem przez Okę nadal przeprawiano się za pomocą mostu pontonowego, nie powstała żadna trwalsza konstrukcja. Drogi wciąż pełne były dziur, a stare drewniane chaty niszczały na wietrze, chyląc się ku ziemi. W krajobrazie nastąpiła jednak jedna ogromna zmiana: na wzgórzu nad rzeką olśniewającym blaskiem rozbłysły odnowione kopuły świątyń i klasztorów.
Monastyr Spasski należy do najstarszych w całej Rosji, a jego historia sięga XI w. Kiedy w 1995 r. został opuszczony przez rosyjską armię, która do tego czasu używała zabudowań jako koszar, pozostały z niego jedynie przygnębiające ruiny. Aby przywrócić świetność temu historycznemu centrum rosyjskiej wiary, Cerkiew wysłała energicznego popa, ojca Kiryła Epifanowa. Rozpoczął on od wybudowania piekarni, dzięki której można było wykarmić pracującą grupkę mnichów. Zdobywając pieniądze i ręce do pracy, gdzie tylko się dało, ojciec Kirył odbudował świątynie i odrestaurował tereny przyklasztorne. Rezultat jest oszałamiający: tłumy pielgrzymów przybywają autobusami, aby zachwycać się średniowiecznym splendorem budowli. Na terenach przylegających do świątyni można odnaleźć ptaszarnię pełną pawi, a oblegana przez klientów piekarnia wypełnia powietrze aromatem świeżo upieczonego chleba.
Spasski to tylko jeden z monastyrów, które odzyskały swą chwałę dzięki odwilży rozpoczętej pod koniec lat 80. przez Michaiła Gorbaczowa i nazywanej pierestrojką. W 1987 r. w całej Rosji istniały tylko trzy monastyry; dziś jest ich 478. Świątyń było 2 000, dziś – 13 000. Rosyjska Cerkiew rozrosła się w ogromną instytucję, zarządzającą dziesiątkami wydawnictw, popularnych gazet, magazynów i stron internetowych.
Kiedy spotkałem się z ojcem Kiryłem, wracał właśnie z pielgrzymki do klasztoru na górze Athos w Grecji. Obdarzony tubalnym głosem rosły mężczyzna o twarzy zakrytej czarną brodą rozdawał swoim mnichom pamiątki niczym kochający, lecz surowy ojciec. Zawsze w ruchu, z sutanną wirującą wokół kostek, sprawia wrażenie idealnego przywódcy na czas odrodzenia Kościoła – duchowny i menedżer pełen energii i wiary. Jednak gdy zasiedliśmy nad herbatą w jego celi, entuzjazm ojca Kiryła przygasł.
Jak sam twierdzi, zebranie pieniędzy i odnowienie budynków było najprostszym zadaniem. Pielgrzymi? Większość z nich to turyści religijni, których interesują jedynie pamiątki. Nawet mnisi dziś są w jednym klasztorze, a jutro przenoszą się do kolejnego. W Kościele brak wspólnoty, nie ma poczucia duchowej odnowy.
– Reżim radziecki był produktem odrzucenia wiary, pozwolił jednak przetrwać jej płomieniom – mówi. – Dziś bardziej interesuje nas zwalczanie sekt i „wrogów” niż okazywanie skruchy. To rozdziera Cerkiew od środka.
Zaangażowanie wielu wiernych zaczęło się i skończyło na przyjęciu chrztu, w czasach gdy zachłysnęli się wolnością, uważa Epifanow.
Nie sposób określić liczby wiernych uczestniczących w nabożeństwach, bo Cerkiew nie prowadzi spisu ani ksiąg parafialnych. Zgodnie z tezą Mikołaja Mitrochina, historyka i analityka tego Kościoła, około 60 proc. współczesnych Rosjan identyfikuje się z prawosławiem – mogą zostać ochrzczeni i pochowani, a także zawierać śluby w cerkwi – ale w nabożeństwach przynajmniej raz w miesiącu uczestniczy poniżej 1 proc. z nich. Według innych badań liczba ta sięga 10 proc. Jednym z powodów tak rzadkiego odwiedzania świątyń może być fakt, że Cerkiew nie do końca sprzyja tym, którzy podchodzą bez zrozumienia i szacunku do jej tradycji.


Szczątki świętej juliany spoczywają w jasnozłotej cerkwi pod wezwaniem świętego Nikoły Nabierieżnego, stojącej niepewnie na stromym brzegu. Gdy wszedłem do wnętrza, by się im pokłonić, trafiłem na chrzest dwójki dzieci. Spocony i poirytowany korpulentny pop nie próbował w żaden sposób wyjaśniać młodym rodzicom i chrzestnym znaczenia poszczególnych elementów rytuału i starał się jak najszybciej zakończyć ceremonię.
– Szybciej, szybciej – warknął. – Rozbierajcie go. Nie mogę go tak włożyć do wody! Podaj mu świecę. Nie tu, do prawej ręki! Co robisz?!
Dzieci płaczą, błyskają flesze aparatów, rodzice robią awanturę i wkrótce jest już po wszystkim. Na drugim końcu kościoła starsza kobieta z głową owiniętą białą chustą zwymyślała mnie za robienie zdjęć szczątkom św. Julianny.
– Ma pan błogosławieństwo popa? – próbowała się dowiedzieć. – Robienie zdjęć bez błogosławieństwa przynosi tylko zło.
Poznałem podobnych ludzi w czasach Związku Radzieckiego. W kilku działających wtedy świątyniach co dzień można było napotkać takie kobiety. Myły posadzki, doglądały świec, zajmowały się wszystkim; komunistyczne zakazy nie zdołały ich odstraszyć. To one pomogły przetrwać Cerkwi najtrudniejsze czasy. Były opiekunkami miejsca i tradycji: Stań w ten sposób! Twarzą do ołtarza! Zakryj głowę! Przeżegnaj się! Trudno było z nimi wytrzymać, ale Kościół wiele im zawdzięcza. Zrobiłem więc to samo co wszyscy Rosjanie na widok stróżów prawa: pokornie pochyliłem głowę i schowałem aparat.
Posłuszeństwo i rytuały rządziły rosyjskim Kościołem od roku 988, kiedy to kniaź Władimir, władca Rusi Kijowskiej, nakazał swoim poddanym chrzest w wodach Dniepru. Zgodnie z legendą znaną każdemu Rosjaninowi Władimir rozesłał wysłanników po świecie i nakazał im znalezienie religii dla swego pogańskiego narodu. Ci, którzy dotarli do Konstantynopola, powrócili do ojczyzny oszołomieni wspomnieniem rytuałów widzianych podczas wizyty w największej w tym czasie katedrze na świecie 
– Hagii Sophii. – Nie wiedzieliśmy, czy wciąż jesteśmy na ziemi, czy już w niebie – oświadczyli.
Religia sprowadzona przez kniazia zarówno wpłynęła na kształt narodu rosyjskiego, jak i uległa ogromnym przemianom pod jego wpływem. Prawosławne monastyry stały się duchowym, gospodarczym, kulturalnym, 
a czasem także zbrojnym sercem kraju. Cerkwie wyrastające w całej Rosji budziły podziw, a rytuały były niezmienne. Do dziś językiem liturgicznym jest archaiczny, lecz słodki w brzmieniu starocerkiewnosłowiański. Księża w błyszczących ornatach są oddzieleni od kongregacji za pomocą wycyzelowanych ikonostasów, a nabożeństwu towarzyszy śpiew chórów. Podczas gdy dla protestantów nabożeństwo musi być proste i bezpośrednie, dla wyznawców prawosławia msza jest zjawiskiem nie z tego świata.
W 1992 r., w trakcie pierwszej wizyty w Murom, stałem zauroczony przed relikwiarzem św. Juliany wystawionym w nowo otwartej katedrze. Tuż obok spoczywały szczątki XII-wiecznych książąt – św. Konstantyna z Murom i jego syna, św. Michała. Konstantyn przybył na te rubieże, aby zaszczepić swoją religię i prawo. O tym mówią najstarsze mity założycielskie Rosji: prawi, waleczni kniaziowie, którzy szerzyli prawosławie, i niezmordowani wyznawcy pomagający przetrwać wierze czasy kryzysu. W kolejnych wiekach Rosjanie zaczęli postrzegać się jako naród o niespotykanej duchowości, obdarzony szczególną misją tworzenia „Świętej Rusi”.

Onieśmielające dostojeństwo Świętej Rusi jest doskonale widoczne w moskiewskiej rezydencji zmarłego niedawno patriarchy Aleksego II, zwierzchnika Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Wspominający go klerycy w czarnych sutannach używali określenia „Jego Świątobliwość”. Na zdobionych ciemną boazerią ścianach wisiały olbrzymie obrazy przedstawiające wydarzenia z religijnych dziejów Rosji.
Patriarcha wchodził z uśmiechem na twarzy, witając się serdecznie (spotkaliśmy się kilka razy we wczesnych latach 90.). Prosił o herbatę i zachęcał do skosztowania czekoladek. Chociaż miał za sobą zawał serca, w wieku 79 lat Aleksy wciąż był krzepkim i energicznym mężczyzną. Rządził rosyjską Cerkwią prawosławną od jej odrodzenia w 1990 r. aż do swojej śmierci w grudniu roku 2008. Jego historia to historia Kościoła i ciągłych zmagań z państwem. Patriarcha urodził się w roku 1929 w arystokratycznej rodzinie rosyjskich emigrantów mieszkających w Estonii. W czasach radzieckich rządów, które uznawały Kościół za ledwie tolerowany „kult” i zmuszały „czcicieli” do uczestnictwa w poniżającej grze spisków i pomówień, Aleksy przez 58 lat sprawował funkcję księdza i biskupa. Nie zaprzeczał swojej współpracy z „organami” państwowymi, upiera się jedynie, że wszystko, co robił, służyło zachowaniu podstawowych funkcji Kościoła. – W czasach najgorszych represji Cerkiew nie zeszła do katakumb – wspominał. – Przetrwała w sakramentach i modlitwach.

Jedną z najważniejszych misji Aleksego było odnalezienie „nowych męczenników i ludzi, którzy dali świadectwo wierze” – ofiar komunistycznych prześladowań, które zostały uznane przez Cerkiew za obrońców chrześcijaństwa. To dzięki niemu w każdą czwartą niedzielę po Wielkanocy odbywa się nabożeństwo upamiętniające co najmniej 20 tys. „wrogów państwa radzieckiego” zabitych podczas wielkiej czystki w latach 1937–1938 i pochowanych w masowych grobach na południe od Moskwy.
Dołączyłem do tysięcy moskwian, którzy wraz z patriarchą, dziesiątkami biskupów i setkami księży biorą udział w mszy świętej. Niektórzy z uczestników ustawiają zapalone świece na porośniętych trawą kurhanach usypanych nad rowami, w których spoczęły ciała pomordowanych. Na współczesnym billboardzie widoczne są zdjęcia niektórych ofiar: brodaty mnich, rozczochrany rolnik, Żydówka, uczeń – oczy rozszerzone lękiem lub przymknięte w stanie rezygnacji. Tuż obok tabela opisująca liczbę  egzekucji, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu. 10 grudnia 1937: 243 ofiary. Cały miesiąc: 2 376. 
28 maja 1938: 230. Cały miesiąc: 1 346.
Słychać jednak także narzekania, że Kościół wyróżnia tylko własne ofiary. Faktycznie, tysiące biskupów, księży, diakonów i zakonnic leżą tu pomiędzy bolszewikami, monarchistami, trockistami, ludźmi oskarżonymi o kontrrewolucję, Żydami, komunistami, którzy uciekli z Niemiec, kułakami, „wyrzutkami społecznymi” i chińskimi praczami z Moskwy, którzy stali się ofiarami stalinowskiej orgii śmierci.Patriarcha Aleksy był jednak nieugięty.
– Wracamy do naszej historii. Musimy o niej pamiętać. – Mówiąc o ofiarach z przeszłości, wspominał ich jak własnych braci i siostry. 
– Potrafi pan to sobie wyobrazić? Archimandryta Kronid, ostatni przełożony klasztoru pw. Trójcy Świętej i św. Sergiusza miał 83 lata! 
A oni wynieśli go na noszach i rozstrzelali!
Nienawiść do kleryków rozpalająca umysły komunistycznych rewolucjonistów miała motywację historyczną. Przez wieki Cerkiew odgrywała rolę służebną w stosunku do panujących carów. Imperator był zwierzchnikiem Kościoła, a wszystkie nagrody, awanse i spotkania musiały zostać zatwierdzone przez cesarski sąd.
Aleksy był pierwszym patriarchą od czasów rewolucji, którego wyboru nie zatwierdzał rząd.
– Udało nam się stworzyć zupełnie nowe relacje z państwem, jakich nie było nigdy wcześniej – stwierdził. Patriarcha upierał się, że celem Cerkwi nie jest stworzenie religii państwowej, dodając, że zakazał duchownym ubiegania się o urzędy państwowe.
Krytycy twierdzą jednak, że patriarcha i prałaci z radością przyjęli korzyści płynące ze zdobycia pozycji państwowego Kościoła i nie robili zbyt wiele, by powstrzymać przesuwanie się Kremla w stronę autorytaryzmu. Chociaż rosyjska konstytucja zakłada rozdział Kościoła od państwa, trzej prezydenci, którzy nastali po upadku Związku Radzieckiego – Borys Jelcyn, Władimir Putin i Dimitrij Miedwiediew – składali regularne wizyty w świątyniach, a biskupi i księża Cerkwi towarzyszą państwowym ceremoniałom. Z tej bliskości zrodziło się wrażenie, że Cerkiew zjednoczyła się z Kremlem, pomagając w tworzeniu nowej autokracji. Jej władze oficjalnie zaprzeczają takim pogłoskom, przytaczając wiele różnic i niekończących się sporów pomiędzy Kościołem a rządem, czy to o zabytki religijne, czy o obecność religii w szkołach. Twierdzą też, że jeśli cokolwiek łączy religię
i państwo, to głębokie i złożone poszukiwania nowej, postradzieckiej tożsamości narodowej.

Na przedmieściach Rostowa nad Donem Aleksander Kiryłow otwiera bramę sporego, niedawno ukończonego kościoła protestanckiego.
– Władze znalazły na nas biurokratycznego haka, nie dostarczyliśmy rocznego zeznania, więc nakazały rozwiązanie stowarzyszenia, do którego należy kościół. Oczywiście, to była nasza wina, choć wystarczyło po prostu przysłać notę przypominającą o złożeniu zeznania.
Według Kiryłowa prawdziwy powód zakazu działalności związany jest z tym, że jego Kościół nie należy do uznawanych przez rząd głównych odłamów protestantyzmu.
– Nie przyzwyczaili się jeszcze do tego, że mogą funkcjonować odłamy inne niż „oficjalne”, więc nie uznają naszego istnienia. Prawosławie jest religią dominującą, obecną na wszystkich szczeblach władzy. Wystarczy oglądać wiadomości: otwarcie szkoły artyleryjskiej, przyjęcie uczniów – wszystko w towarzystwie popa.
Korzenie tego zjawiska można odnaleźć 
w pierwszych latach po upadku komunizmu, kiedy zachwyt świeżo zdobytą wolnością ustąpił miejsca rozczarowaniu konsumpcjonizmem, korupcją i chaosem. Ze strony rządu i Kościoła słychać było głosy reakcjonistów, którzy twierdzili, że Zachód stara się upokorzyć Rosję, a w kręgu podejrzeń znalazły się grupy wyznaniowe i stowarzyszenia nawołujące do liberalnej demokracji. Pojawiło się wołanie o przywrócenie historycznych korzeni Świętej Rusi.
W kościołach i na nacjonalistycznych stronach internetowych krążyły ksenofobiczne publikacje. Jedna z nich nawoływała do kanonizacji Rasputina i Iwana Groźnego, straszliwych postaci z rosyjskiej historii, uznanych przez ekstremistów za „obrońców Świętej Rusi”. Na obrzeżach Petersburga podupadające letnie pałace rosyjskich carów i magnatów przeglądają się w wodach Zatoki Fińskiej. Między ruinami jednego z nich odnalazłem kaplicę. 
W środku napotkałem coś, co wydarło z mej piersi jęk zdumienia – dużą ikonę przedstawiającą Józefa Stalina. Nie miał co prawda aureoli, ale u jego boku stała święta unosząca dłoń w geście błogosławieństwa.
Ikona ta przedstawia legendę opisującą potajemną wizytę Stalina u św. Matriony z Moskwy, sparaliżowanej i niewidomej kobiety, która służyła mu duchowymi poradami aż do śmierci w 1952 r. Zgodnie z opowieścią, w pierwszych dniach II wojny światowej doradziła dyktatorowi zaniechanie ucieczki przed nadciągającą niemiecka armią, pozostanie w Moskwie i stawienie czoła natarciu. Opiekun kaplicy, ojciec Estafij Żakow, jest zagorzałym nacjonalistą. W wywiadzie udzielonym prawicowemu pismu Zawtra bronił ikony Stalina, tłumacząc, że w Rosji istnieje historyczna tradycja udzielania błogosławieństwa wojownikom przez świętych w przededniu bitwy.

– Ale Stalin był ateistą – zauważył dziennikarz prowadzący wywiad.
– A skąd pan to wie? – odparł ojciec Estafij. 
– Dwóch patriarchów z czasów wojny uznawało go za wierzącego, a bardziej ufam ich słowom niż tym wszystkim liberałom i demokratom.

Jest niedzielny poranek w Murom, a mnie obudził dźwięk dzwonów. W monastyrze gromadzą się już pierwsi pielgrzymi, ale gospodarz ojca Kiryła ofiaruje mi podwiezienie do Łazariewa 
– wioski św. Juliany. Wreszcie otwarto tam starą cerkiew, w której modliła się ta święta. Mijamy opuszczone fabryki zbrojeniowe 
i docieramy do tonącego w błocie skupiska chat zgromadzonych wokół wielkiej, zrujnowanej świątyni, której renowacja ciągnie się od długiego czasu. Przy murach stoją stosy cegieł i leżą worki z cementem, a do drzwi dociera się przez pomost z desek. Wewnątrz jedną stronę ołtarza zasłania współczesny ikonostas, po drugiej stronie króluje ikona św. Juliany.
W niedzielnej mszy bierze udział ok. 20 osób. Nie ma tu swarów, polityki, łowienia dusz, tylko ciche modły do uczciwej kobiety, która żyła, modliła się i cierpiała właśnie w tym miejscu, dokładnie tak, jak zgromadzeni dziś wierni: 
– O błogosławiona, wstaw się za Rosją i jej rozproszonymi dziećmi, by zyskali pokój i dobrobyt oraz odnaleźli wiarę swoich przodków…