Eksplozja była trzecią co do wielkości po meteorze czelabińskim sprzed sześciu lat i katastrofie tunguskiej z 1908 roku.

18 grudnia 2018 roku 10-metrowy obiekt o wadze ponad 1500 ton wbił się w ziemską atmosferę. Podróżował przez kosmos z prędkością około 115 870 km/h.  Mniej więcej w południe na wysokości 25,7 kilometra nad Morzem Beringa doszło do eksplozji o mocy porównywalnej z 173 kilogramami trotylu. 

Gdyby do takiej sytuacji doszło nad kontynentem skutki byłyby znacznie mocniej odczuwalne. Tymczasem na dalekiej północy, z dala od osiedli ludzkich zdarzenie nie było aż tak widoczne, a efekty równie odczuwalne, co w przypadku poprzednich tego typu katastrof.

- Nie był tak widzialny jak czelabiński, ani nawet jak obiekt, który przeleciał nad Kubą – mówi Kelly Fast z Near Earth Object Observations Program działającego w ramach NASA. Nie istniały zbyt wielkie szanse, by mogły go obserwować osoby postronne. Zupełnie inaczej było w Czelabińsku.

Gdy w 15 lutego 2013 roku nad miastem przeleciała kula ognia ludzie nie ją obserwowali i filmowali. Przypominało to kadry z filmów katastroficznych w rodzaju „Dnia Zagłady” z 1998 roku. Obiekt o średnicy około 20 metrów wszedł w atmosferę i rozpadł się na wysokości około 29,7 kilometrów. Jego przelot wywołał silną falę uderzeniową, która spowodowała znaczne zniszczenia w Czelabińsku, a około 1500 osób wymagało pomocy medycznej. 

- Nie trzeba wielkiego obiektu by wywołać ogromną eksplozję – mówi Ed Lu współzałożyciel B612 Foundation. To pozarządowa organizacja zajmująca się monitoringiem ciał niebieskich, które mogą zagrozić Ziemi. Lu przekonuje, że obiekt o średnicy zaledwie kilku metrów może wywołać eksplozję o sile dziesięciokrotnie przekraczającej wybuch bomby w Hiroszimie. 

- To przypomina nam, że Układ Słoneczny ma wpływ na nasze życia – dodaje Lu. Do tego potrafi taki wpływ pokazać bez żadnego ostrzeżenia. Niektóre obiekty wpadające w atmosferę są naprawdę niewielkie i urządzenia mogą ich nie zdążyć wykryć. 

- Ten obiekt był znacznie mniejszy niż te, których normalnie wyglądamy – mówi Johnson. Jego placówka jest wyczulona na te o średnicy przekraczającej 140 m. Ich eksplozja mogłaby wywołać ogromną katastrofę, jednak przypadek z Czelabińska i ostatni przypominają, że nawet mali goście z kosmosu mogą sporo namieszać. 

- Od dawna mówimy, że trzeba stworzyć mapę trajektorii obiektów w Układzie Słonecznym, by wiedzieć za wczasu: nie tydzień czy kilka godzin, chodzi o dekady – mówi Lu – To pozostanie naszym celem, bo liczenie na szczęście nie jest najlepszą strategią dla ludzkości. 

Źródło: PopSci