Przez całe lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku, w czasie szalonego amerykańsko-sowieckiego wyścigu na rakiety, ludzkość usiłowała znaleźć odpowiedź na pytanie: czy człowiek może polecieć w kosmos?

Teraz, gdy już wiemy, że nie jest to problemem, dręczy nas nowe pytanie: co tam znajdziemy? Mnóstwo dziwnych różności, a wśród nich – co jest stuprocentowo pewne – piękne kolorowe zdjęcia wykonane przez fotografów National Geographic. No i może pewnego Chińczyka. Każde dziecko wie,  że pierwszym człowiekiem, który poleciał w kosmos, był Rosjanin Jurij Gagarin. Ja tam wolę jednak wersję chińską, bo jak już pisał Ignacy Krasicki: Chińczyki mają rozum, choć daleko siedzą, i bajki wiedzą. Tym pierwszym kosmonautą miał być więc niejaki Wan Hu, cesarski urzędnik, który około roku 1500 zapragnął wykorzystać napęd rakietowy do kosmicznej podróży. Jak wiadomo, Chińczycy już znacznie wcześniej wynaleźli proch, a potem rakiety, więc bez większego problemu ów Wan przymocował do drewnianego fotela dwa wielkie latawce, do których z kolei przytwierdził 47 rakiet-fajerwerków. Był to pierwszy na świecie pojazd kosmiczny. Ubrawszy się w uroczyste szaty, Wan zasiadł w fotelu i kazał sługom zapalić jednocześnie lonty do rakiet. Huknęło, błysnęło, aż ziemia zadrżała, a gdy chmura dymu opadła, po kosmonaucie i jego pojeździe nie było śladu. Złośliwi twierdzili wprawdzie, że pewnie biedaka rozerwało na strzępy, ale kto to wie – może krąży gdzieś po galaktykach? Na wszelki wypadek jego imieniem (w wersji Wan-Hoo) oficjalnie nazwano jeden z księżycowych kraterów.
Ci, którzy po raz pierwszy dowiedzieli się tu o Wan Hu i w ogóle lubią dowiadywać się o czymś nowym, mogą wyobrazić sobie satysfakcję czytelników magazynu National Geographic, który od początku kosmicznego wyścigu szczegółowo relacjonował każdą jego rundę. Oczywiście, Towarzystwo National Geographic już wcześniej zaangażowało się w eksplorację kosmosu i w 1949 r. zaczęło finansować bezprecedensowy projekt (Sky Survey) fotografowania wszystkich gwiazd widocznych na półkuli północnej aparatem podłączonym do teleskopu w obserwatorium Palomar. Tak powstał pierwszy fotograficzny atlas nieba, który wykorzystywano przez kolejne cztery dekady, aż do pojawienia się fotografii cyfrowej. Dzięki temu projektowi zlokalizowano obiekty odległe nawet do miliarda lat świetlnych i odkryto miliony galaktyk, fundamentalnie zmieniając nasze dotychczasowe pojęcie o wszechświecie. Zaś dla podkreślenia wkładu Towarzystwa w to epokowe przedsięwzięcie jedną z odkrytych dzięki zdjęciom planetoid nazwano Geographos.



Prawdziwe emocje zaczęły się jednak w lipcu 1960 r., zanim jeszcze ktokolwiek poleciał w kosmos i nim prezydent Kennedy zapowiedział wysłanie człowieka na Księżyc. Na łamach magazynu pojawił się bowiem obszerny artykuł Exploring Tomorrow with the Space Agency, w którym obszernie przedstawiono plany amerykańskiej eksploracji kosmosu. Mówiono w nim nie tylko o pierwszym załogowym locie w ramach programu Mercury, lecz także o lądowaniu na Księżycu i budowie potrzebnych do tego celu rakiet Saturn oraz stworzeniu promów kosmicznych na bazie samolotów rakietowych X-15. Artykuł był do tego stopnia szczegółowy, że – na przykład – ilustrację przedstawiającą planowany lot kapsuły Freedom 7 z pierwszym kosmonautą rysownik przygotował po konsultacjach z aż ośmioma naukowcami. Nawet widoczne na niej niebo z gwiazdami pokazane zostało według stanu na dzień 11 czerwca 1961 (choć ostatecznie Alana Sheparda, jako pierwszego Amerykanina, wystrzelono w kapsule 5 maja, ponad miesiąc po Gagarinie).
I tak przez następnych dziesięć lat magazyn krok po kroku relacjonował kolejne etapy kosmicznych zmagań, serwując czytelnikom nie tylko dziennikarskie opisy, naukowe wyjaśnienia i unikatowe fotografie, lecz także, a może przede wszystkim, sensacyjne relacje samych kosmonautów, w tym Sheparda, Johna Glenna (pierwszy Amerykanin na orbicie) czy Neila Armstronga. Kulminacją był, oczywiście, numer z grudnia 1969 r. zawierający 62-stronicowe sprawozdanie z lądowania na Srebrnym Globie, w tym – zaczynający się od słynnych słów Houston. Tu baza Tranquility. Orzeł wylądował – zapis rozmów Armstronga, Aldrina i Collinsa z Ziemią. Specjalny prezent dla czytelników magazynu (a było ich wtedy już prawie 7 mln) stanowiła dodana do tego numeru winylowa płyta Sounds of the Space Age z 10 minutami archiwalnych nagrań pierwszych dźwięków ery kosmicznej, od startu pierwsze-go radzieckiego Sputnika po epokowe To jest mały krok człowieka, ale wielki krok ludzkości, wypowiedziane przez stającego na Księżycu Armstronga. Zapisy sowieckich nagrań, w tym słów Gagarina, skopiowano z audycji Radia Moskwa. Specjalne były też w tym numerze, począwszy od okładki, zdjęcia zrobione po raz pierwszy na Księżycu ludzką ręką. Wykonano je aparatem Hasselblad 500EL, z obiektywami Kodaka i Zeissa. Do aparatu dodano specjalny wizjer, żeby kosmonauci mogli ustawiać obraz, patrząc z wnętrza kosmicznego hełmu, oraz powiększone zatrzaski, by można było zmieniać negatywy, nie zdejmując rękawic. Bezprecedensowe zaangażowanie National Geographic w promocję amerykańskiego programu kosmicznego i w ogóle propagowanie wiedzy o tajnikach ery kosmicznej było doceniane nie tylko przez czytelników magazynu, lecz również agencję NASA i samych kosmonautów. Dlatego emblematy z logo Towarzystwa umieszczano na niemal wszystkich rakietach i kosmicznych pojazdach, dotarło też na Księżyc. Jeszcze jedną pamiątką, jaką było nam wolno wziąć ze sobą na tę wyprawę, był emblemat, który towarzyszył wszystkim ważnym współczesnym ekspedycjom – emblemat Towarzystwa National Geographic – podkreślił Armstrong w czasie uroczystości wręczenia mu i jego dwóm kolegom honorowego Medalu Hubbarda.
Rola, jaką odegrał magazyn w relacjonowaniu kosmicznych podbojów, nie ograniczała się zresztą do tego, że miliony ludzi w wolnym świecie miały swobodny dostęp do rzetelnej i fachowej wiedzy na ten temat. Magazyn stał się wręcz symbolem tej swobody. Trzeba bowiem pamiętać, że w przeciwieństwie do amerykańskiego programu kosmicznego, który od początku bazował w dużej mierze na otwartości i społecznym poparciu, konkurencyjny program sowiecki był tego dokładną odwrotnością. Całkowicie zmilitaryzowany, otaczany był totalną, iście paranoidalną tajemnicą, tak jak zresztą wiele innych aspektów życia ówczesnego ZSRR. Podczas gdy ludzie na demokratycznym Zachodzie ekscytowali się planami i przebiegiem kolejnych etapów kosmicznej eksploracji, podwładnym sowieckiego imperium ujawniano ledwie jakieś strzępy informacji, zawsze grubo po fakcie, zawsze bez żadnych szczegółów i zawsze w gęstym sosie propagandowych bzdur. Obsesja Moskwy była tak wielka, że nawet nazwisko wybitnego szefa sowieckiego programu, Siergieja Korolowa, było najpilniej strzeżoną tajemnicą państwową. Nawet jego matka nie miała zielonego pojęcia, czym tak naprawdę zajmuje się jej syn. Tak jak nie ujawniono, kiedy poleci w kosmos Gagarin, tak też długo utrzymywano w kompletnej tajemnicy szczegóły jego lądowania. Gdy bowiem kapsuła z Gagarinem nie odłączyła się na czas od ostatniego modułu rakiety Wostok, kosmonauta katapultował się i wylądował na spadochronie, kapsuła zaś spadła kilka kilometrów dalej. Tymczasem przepisy Międzynarodowej Federacji Aeronautycznej (FAI) wyraźnie mówiły, że ustanowienie nowego rekordu możliwe jest tylko wtedy, gdy pilot wyląduje razem ze swoim pojazdem. Formalnie więc Gagarin mógłby nawet nie zostać uznany za pierwszego kosmonautę i władcy na Kremlu strasznie się tego bali. W tak „idealnym” systemie nie mogło być przecież mowy o jakichkolwiek awariach i niepowodzeniach, więc ludziom serwowano jedynie różowe propagandowe wersje, często odległe od prawdy o miliony lat świetlnych. Stąd nikt również nie mógł w sowieckim obozie wiedzieć, że pierwszy wystrzelony na orbitę kosmonauta German Titow miał przy powrocie stamtąd podobne problemy jak Gagarin i na dodatek omal nie przejechał go pociąg, gdy na spadochronie wylądował między torami kolejowymi.
Oczywiście, nie oznacza to, że Amerykanie nie mieli podobnych wpadek. Jeden z kosmonautów z programu Mercury omal się po lądowaniu nie utopił, innego nie potrafiono odnaleźć na oceanie przez ponad godzinę. Były też inne epizody. Na przykład przy starcie Armstronga i Aldrina z Księżyca podmuch rakietowego silnika przewrócił dumnie ustawioną tam przez nich amerykańską flagę, a wcześniej czekający cztery godziny w kapsule na pierwszy kosmiczny lot Shepard nie wytrzymał i... zmoczył skafander.  
Tymczasem Towarzystwo National Geographic nadal aktywnie wspiera i propaguje osiągnięcia ludzkości w kosmosie. Czytelnicy magazynu mogli w ostatnich dekadach podziwiać zdjęcia Marsa, Saturna, Urana i innych planet wykonane przez sondy Viking i Voyager, poznawać szczegóły kosmicznych stacji i promów, śledzić plany nowych ekspedycji. Mało tego, na pokładzie Voyagera, który leci teraz już poza Układ Słoneczny, znajduje się złocisty cyfrowy dysk z zapisanymi na nim dźwiękami i obrazami życia na Ziemi. Wśród nich są zdjęcia roślin, zwierząt i krajobrazów zrobione przez trójkę fotografów National Geographic. Może kiedyś obrazy te trafią do przedstawicieli innych cywilizacji, a może już je ogląda skośnooki Wan Hu?