Wędrując po zatopionym statku od komnaty do komnaty, odkrywca i filmowiec sprawdza trafność swojej scenografii.


W 2001 r. chciałem dotrzeć na pokład C, do apartamentu Idy i Isidora Strausów, starszych małżonków, którzy woleli umrzeć razem, niż zostać rozdzieleni zgodnie z regułą, że miejsca w szalupach przysługują tylko kobietom i dzieciom. Ich apartament należał do najefektowniejszych na statku i to na jego wyposażeniu wzorowaliśmy się, robiąc scenografię do kabiny Rose. Mówię o pomieszczeniu, w którym w mojej fikcyjnej fabule Jack Dawson rysował portret bohaterki. Robotem Jake dotarłem aż do kabiny ochmistrza, a przy okazji odkryłem jego sejf, ale do znajdującego się po sąsiedzku apartamentu Strausów nie mogłem się przedostać. Udało mi się dopiero w 2005 r.  z Gilliganem, który jest nieco mniejszy od  swego poprzednika. W przestronnym pomieszczeniu w świetle reflektorów robota wnętrze  mieniło się złotem. W doskonałym stanie zachował się nie tylko misternie rzeźbiony mahoniowy kominek, lecz nawet stojący na nim pozłacany zegar, taki sam jak na archiwalnym zdjęciu i jaki odtworzyliśmy w filmie. To była surrealistyczna chwila, fikcja i prawda stopione w jedno w głębinach Styksu.

Zanurzałem się do wraku  33 razy i za każdym razem przebywałem tam średnio 14 godz., więc spędziłem na statku więcej czasu niż sam kapitan Smith. Najżywsze wspomnienia zachowałem ze spacerów z duchami po labiryncie korytarzy i schodów Titanica za pomocą zdalnie sterowanego robota – mojego awatara. Monumentalna ruina tkwi w upiornym bezczasie, ni to na tym, ni na tamtym świecie. Stalaktyty rdzy przeobraziły elegancję pierwszej dekady ubiegłego stulecia w fantasmagoryczną grotę, surrealistyczne zaświaty, w których rządzi logika snu. Eksplorując to miejsce, wciąż miałem niepokojące poczucie déja vu. Na planie filmowym przez wiele tygodni przebywałem przecież na tym statku, w jego wiernie odtworzonych wnętrzach, więc teraz, jeszcze zanim skręciłem za węgieł, już wiedziałem, co tam zobaczę. Całkiem jakbym był u siebie w domu.