Wędrując po zatopionym statku od komnaty do komnaty, odkrywca i filmowiec sprawdza trafność swojej scenografii.

Zdalnie sterowany robot Gilligan wysunął się ze swojego doku na dziobie podwodnego pojazdu Mir 1  i zniknął w przepastnym żelaznym wnętrzu. Pojazd zaparkowaliśmy na górnym pokładzie najsłynniejszego wraku w historii, w nieprzeniknionych ciemnościach i  pod ciśnieniem  3,5 tys. ton/m2. Jedno i drugie zawdzięczaliśmy kilometrom wody nad naszymi głowami.

Siedząc bezpiecznie we wnętrzu Mira, operuję silnikami sterowanymi za pomocą dżojstika. Urządzenie spenetrowało już pokład F, rozwijając za sobą cienki światłowód niczym Tezeusz nić Ariadny w labiryncie. Maleńki robot znajdował się siedem pokładów pode mną, a mimo to miałem wrażenie, że moja świadomość zagnieździła się w jego wnętrzu, że jego kamery są moimi oczyma bacznie obserwującymi korytarze statku. Niebezpieczeństwa czyhające na niego czyhały na mnie; moje serce biło jak szalone. Za zakrętem omal nie przygwoździł mnie upadający sopel  pordzewiałego żelastwa, stalaktytopodobne dzieło bakterii powoli niszczących stal.

Minąłem wejście i nagle moje światła odbiły się niezliczonymi błyskami od ściany pokrytej połyskliwymi niebieskimi i zielonymi kaflami. Tekowe szezlongi leżały na podłodze poprzewracane, ale w niewiarygodnie dobrym stanie. Nad nimi widniała pozłacana kopuła ozdobiona arabeskami. – Przekaż im, że jesteśmy w łaźni tureckiej – powiedziałem do Mike’a Arbuthnota, archeologa, który siedział obok mnie. Włączył mikrofon i wysłał wiadomość na powierzchnię.

Archeologiczne poszukiwania we wnętrzu statku rozpoczęliśmy w roku 1995, gdy zacząłem filmować wrak w ramach przygotowań do filmu Titanic. Wtedy rozporządzaliśmy jedynie nieporęcznym zdalnie sterowanym pojazdem Snoop Dog, który był niewiele więcej niż rekwizytem filmowym. Mimo to zdołał dotrzeć główną klatką schodową statku do pokładu D. W jego światłach dostrzegliśmy, że bogato zdobione boazerie w dużej mierze pozostały nietknięte. Snoop osiągnął koniec uwięzi i nie mógł zagłębić się dalej, ja natomiast nie umiałem przestać się zastanawiać, co się kryje w mroku, poza zasięgiem jego reflektorów. Po wejściu filmu na ekrany zleciłem konstrukcję dwóch zrobotyzowanych pojazdów podwodnych, które miały nam umożliwić prawdziwą eksplorację wnętrz wraku.

W roku 2001 i ponownie w 2005 zanurzyłem się kilkakrotnie do wraku Titanica i wpuściłem roboty głęboko do środka. W rezultacie zdołaliśmy sfotografować i opisać około 65 proc. zachowanych wnętrz, w tym kabiny pierwszej klasy, hall recepcyjny pierwszej klasy i sale restauracyjne, kabiny i pomieszczenia wspólne klasy trzeciej.

Odkrycia sypały się jedno za drugim. W jadalni i hallu znaleźliśmy wciąż nieuszkodzone witraże. Ocalały ręcznie rzeźbione mahoniowe boazerie na ścianach i drewniane kolumny; niektóre nadal pokryte oryginalną białą farbą. Przetrwały żyrandole z rżniętego kryształu w apartamentach klasy pierwszej. Doskonale zachowane mosiężne łóżka. Filigranowe żeliwne kratki kanałów wentylacyjnych. Kiedy mój wzrok po raz pierwszy spoczął na idealnie zachowanym mosiężnym przycisku windy, miałem wrażenie, że gdybym go nacisnął, kabina zaraz by nadjechała. Titanic zatonął podczas dziewiczego rejsu, zanim jego luksusowe wnętrza sfotografowano, stąd większość archiwalnych zdjęć, które posłużyły do odtworzenia wnętrz na planie filmowym, pochodziła z siostrzanego Olympica. Teraz dopiero dowiadywaliśmy się, jak Titanic wyglądał naprawdę. Wiem już, gdzie scenografia dobrze oddała rzeczywistość, a gdzie się pomyliliśmy.

Ze wszystkich znalezisk na wyobraźnię najbardziej działają te przedmioty, których musiała dotykać ludzka ręka. W kabinie Henry’ego Harpera na pokładzie D w zrujnowanej szafie nadal tkwi melonik. W kabinie Edith Russell na pokładzie A  znad toaletki wciąż błyszczy lustro. Ale teraz odbija światła robota, a nie przerażoną twarz Edith, gdy – nim pognała do szalupy – wpadła do kabiny po przynoszącą szczęście świnkę maskotkę. W innym apartamencie, choć wydaje się to niemożliwe, na toaletce nadal stoją obok siebie karafka i szklanka. Gdyby szklanka była pusta, wypłynęłaby z uchwytu, gdy woda zalała kabinę. Ale ktoś z niej pił i opróżnił tylko do połowy, więc została na miejscu do dzisiaj.

W dźwiękoszczelnym pomieszczeniu łączności radiowej przetrwał telegraf bez drutu. Dźwigniowe przełączniki tkwią na pozycjach, w których pozostawili je radiooperatorzy Harold Bride i Jonathan Philips. Widać z nich, że przed opuszczeniem stanowiska, gdy woda zalewała już pokład, odłączyli zasilanie. Mamy nawet zdjęcie transformatora, który naprawili w przeddzień katastrofy. Wbrew zaleceniom przełożonych dwóch młodych maniaków radiowych zdołało odtworzyć pełną moc urządzenia. Niewykluczone, że dzięki temu uratowali 712 osób, bo bez pełnej mocy nadajnika radiowy sygnał SOS nie zostałby odebrany przez statek Carpathia i nikt nie pospieszyłby na ratunek rozbitkom. Zdjęcia wykonane przez roboty pozwalają nam dotknąć historii.