Jeśli zrozumiemy, skąd się brała obsesja Rzymian na punkcie granic – i jaką rolę ta obsesja odegrała w upadku cesarstwa – to może lepiej zrozumiemy samych siebie.

Wysunięte placówki wojskowe nad Renem czy Dunajem albo na skraju pustyni na wschodnich i południowych rubieżach przypominały raczej posterunki policji lub straży granicznej. Byłyby bezużyteczne przeciwko najeźdźczej armii. Ich zadaniem było raczej zwalczanie przemytu, pacyfikacja rozbójników, a może pobieranie opłat celnych. Na słabo obsadzonych wojskiem wałach w Anglii i Niemczech chodziło o to samo. Te umocnienia miały znaczenie cywilne – twierdzi Benjamin Isaac, historyk z Uniwersytetu Telawiwskiego. – Były odpowiednikiem dzisiejszego płotu z drutu kolczastego, miały za zadanie utrudniać dostanie się na terytorium cesarstwa jednostkom lub małym grupkom.
 

Na poparcie tej tezy Isaac przytacza fakt, że umocnienia graniczne przypominały raczej niektóre współczesne budowle niż grube mury średniowiecznych warowni. – Proszę spojrzeć na to, co zbudował Izrael, żeby ogrodzić Zachodni Brzeg. Tu nie chodzi o zaporę przed wojskiem irańskim, chodzi o wyłapanie ewentualnych chętnych do wysadzenia się w powietrze w telawiwskim autobusie. Może główną pobudką działania Rzymian nie było odstraszanie terrorystów, ale i dziś bywają inne motywy. – To, czym się grodzą od Meksyku Stany Zjednoczone, to wielka i droga instalacja – ciągnie Isaac – a jej jedynym zadaniem jest nie wpuszczać na terytorium kraju ludzi, którzy marzą tylko o tym, by zamiatać ulice w Nowym Jorku.
 

Do tego poglądu przychyla się coraz więcej archeologów. – Analiza Isaaca została powszechnie przyjęta – twierdzi David Breeze, autor wydanej niedawno książki Frontiers of Imperial Rome [Granice cesarskiego Rzymu]. – Umocnienia graniczne mają służyć nie do zatrzymywania wrogiego wojska, lecz raczej kontroli ruchu ludności. Innymi słowy limes nie miały być nieprzenikliwą barierą chroniącą Twierdzę Rzym przed światem zewnętrznym. Raczej narzędziem służącym Rzymianom do wywierania wpływów sięgających daleko w głąb barbaricum – jak nazywano ziemie poza cesarstwem – takimi metodami jak handel, a niekiedy wypady zbrojne.
 

Przez stulecia cesarze groźbą, strachem i przekupstwem starali się zapewniać pokój. Rzym nieustannie negocjował z ościennymi plemionami i królestwami. Dyplomacja tworzyła strefę buforową zależnych władców i lojalnych kacyków, która izolowała cesarstwo od mieszkających dalej od granicy plemion nieprzyjacielskich. Sojusznicy mieli prawo przekraczania muru granicznego; przedstawiciele plemion niesprzymierzonych z Rzymem mogli dostarczać towary na handel, ale musieli się poruszać po terytorium cesarstwa pod strażą.
 

Lojalnych sojuszników wynagradzano dobrami luksusowymi oraz bronią, wsparciem i szkoleniem wojskowym. Przyjaźni barbarzyńcy służyli niekiedy w rzymskich legionach; po 25 latach służby przechodzili w stan spoczynku i otrzymywali obywatelstwo rzymskie, a wraz z nim prawo do osiedlania się w dowolnym miejscu cesarstwa. W Vindolandzie stacjonowały oddziały legionistów pochodzących z terytoriów dzisiejszej Hiszpanii, Francji, Belgii, Holandii. Po angielskich rzekach pod banderą rzymską pływali flisacy z Iraku, a z murów wpatrywali się w pochmurny pejzaż łucznicy z Syrii.
 

Handel stanowił ważne narzędzie polityki zagranicznej. Baza danych Niemieckiego Instytutu Archeologicznego zawiera informacje o ponad 10 tys. rzymskich wytworów znalezionych na obszarach poza terytorium cesarstwa. Rzymska broń, monety, szkło, ceramika znajdowane są nawet w dzisiejszej Norwegii i Rosji.
 

Rzymianie stosowali politykę kija i marchewki. Ich ulubioną taktyką był odwet, a legiony wprost rwały się do walki na zewnątrz limes.