Jeśli zrozumiemy, skąd się brała obsesja Rzymian na punkcie granic – i jaką rolę ta obsesja odegrała w upadku cesarstwa – to może lepiej zrozumiemy samych siebie.

Kilka kilometrów w głębi własnego terytorium założono sieć warownych obozów, odległych od siebie o pół dnia marszu. Każdy mieścił załogę liczącą od 500 do 1000 żołnierzy, zdolną zareagować w razie ataku. W 1973 r. robotnicy, którzy kopali rów odwadniający w Vindolandzie, typowym frontowym umocnionym obozie, natknęli się pod grubą warstwą gliny na stosy starożytnych śmieci. Mokra glina nie przepuszczała powietrza, dzięki czemu wszystko, zarówno budynki, jak i tkaniny, drewniane grzebienie, skórzane obuwie i odchody psów, zachowało się przez 1900 lat w doskonałym stanie.
 

Jeszcze głębiej badacze natknęli się na setki cieniutkich, pokrytych pismem tabliczek drewnianych. Dzięki nim można poznać w szczegółach życie codzienne pod murem Hadriana: były tam umowy o pracę, grafiki dyżurów, zamówienia, listy osobiste. Znalazło się nawet zaproszenie na imprezę urodzinową organizowaną przez pewną żonę oficera – jest to najwcześniejszy przykład odręcznego zapisku kobiety po łacinie.
 

Z tabliczek można wyciągnąć wniosek, że wprawdzie pilnowanie „tych nędznych Brytów”, jak ludność miejscową określił pewien autor z Vindolandy, wymagało nieco wysiłku, ale służby na tej placówce nie można było uznać za zesłanie na ciężkie roboty. Część żołnierzy mieszkała z rodzinami – znaleziono dziesiątki sztuk dziecięcego obuwia. Strażnicy wału Hadriana byli dobrze karmieni – w jadłospisie mieli: bekon, szynkę, dziczyznę, drób, ostrygi, jabłka, jajka, miód, piwo oraz wino. Nie brakowało im też ulubionej przyprawy garum, czyli sfermentowanego sosu rybnego. Żołnierze, którzy pozostawili rodziny w ojczyźnie, dostawali z domu paczki. Wysyłam ci (...) skarpety, dwie pary sandałów i dwie pary majtek – pisze ktoś troskliwie.
 

Naukowcy zadają dziś sobie podstawowe pytanie, które niewątpliwie przechodziło przez głowę także rzymskim żołnierzom szczękającym zębami podczas patroli w zimnym angielskim deszczu: Co oni tu właściwie robią? Rozmach umocnień – murów, fos, wież, dróg – sugerowałby obronę przed jakimś groźnym agresorem. Tymczasem z meldunków z Vindolandii wcale nie wyłania się obraz oblężonej twierdzy.
 

Jeśli nie liczyć paru drobnych śladów – by wspomnieć np. nagrobek pechowego centuriona Tytusa Anniusa, który „poległ w walce” – właściwie nie ma bezpośrednich dowodów na to, że wzdłuż brytyjskiej granicy trwały jakieś walki. Ogromne przedsięwzięcie inżynieryjne podjęte na północy w ogóle nie jest w korespondencji wspomniane. – Można się domyślić, że coś się działo. Zamawiano ogromne ilości materiałów. Ale o samym murze ani słowa – dziwi się szef wykopalisk w Vindolandzie Andrew Birley.