Choć tętnił życiem przez niespełna wiek, 80 lat po odkryciu biskupiński gród to wciąż najcenniejsza pamiątka po dawnych mieszkańcach ziem polskich.

Była zima 738 roku p.n.e. Od kilku lat klimat stawał się surowszy, a mrozy coraz bardziej dokuczały okolicznym plemionom, które nauka wiele wieków później nazwie przedstawicielami kultury łużyckiej. Nie byli ani pierwszymi, ani ostatnimi mieszkańcami tych ziem – badania wykazały, że intensywnie zasiedlano je na przestrzeni historii dziewięciokrotnie. Nie wiemy, skąd przyszli, możemy przypuszczać, że polowali i gospodarowali w okolicznych lasach już od jakiegoś czasu. Tamtej zimy, według ustaleń ostatniego pokolenia badaczy, prace przy budowie mającego dać im schronienie grodu na torfowej łące Półwyspu Biskupińskiego trwały już na całego. Wykorzystali budulec, którego mieli pod dostatkiem – kilkudziesięcioletnie dęby i sosny. Wycinali drzewa rosnące blisko jeziora, w którym lustro wody było na poziomie zbliżonym do dzisiejszego, a na podmokły półwysep transportowali je wodą lub po lodzie. Budowa trwała raptem kilka lat – tyle, co wznoszenie współczesnych drapaczy chmur.

Spacery wiejskiego nauczyciela

Jeśli wyobrazimy sobie, że dawniej okolice Biskupina były terenem dużo gęściej zalesionym niż dziś, jasnym się staje, dlaczego gród wybudowano właśnie tutaj. Jadąc drogą wzdłuż kolejki wąskotorowej, której sieć oplata Żnin i okolice, zrekonstruowane wały widać dopiero z perspektywy morenowego wzniesienia kilkaset metrów przed miejscowością. Głównie za sprawą zwiedzających je turystów – ich kolorowe sylwetki migają między drzewami. Wieki temu pozbawiony podobnego zainteresowania gród skrywał się za leśną kurtyną na tyle skutecznie, że z oddali trudno było ustalić jego położenie. Tak było aż do czasu, gdy wilgotniejący klimat spowodował podniesienie się poziomu wody w jeziorze. Opuszczone zabudowania zostały zatopione i dzięki konserwującym właściwościom torfu na tysiąclecia zniknęły z pola widzenia. Wiosną 1932 r. pogłębiono rzeczkę Gąsawkę, obniżając poziom wody w Jeziorze Biskupińskim o kilkadziesiąt centymetrów. Kilka miesięcy później do Biskupina trafił Walenty Szwajcer, 25-letni nauczyciel stopnia podstawowego. Jak sam twierdził – trochę na zesłanie; miał uczyć 75 dzieci w tutejszej wiejskiej szkole. 1 września, po uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego, jeden z uczniów zabrał go na półwysep. Miejsce spodobało mi się bardzo, więc prawie codziennie odwiedzałem je w czasie popołudniowych spacerów. Na początku moją uwagę zwróciły duże fragmenty ceramiki na kretowiskach oraz wymyte przez wodę na brzegu jeziora. Któregoś dnia zauważyłem sterczące w trzcinie drewniane pale. Jak się później okazało, były one szczątkami falochronu – wspominał Wiesławowi Zajączkowskiemu w wywiadzie rzece Biskupin i jego odkrywca. Prawdę mówiąc, o tym, że nad jeziorem coś jest zakopane, wiedziano już wcześniej. Sugerowały to przypadkowe fragmenty ceramiki i kawałki drewna. Poznański profesor Józef Kostrzewski przyjechał do Biskupina w latach 20., jednak wpadły mu wówczas w oko jedynie fragmenty wczesnośredniowiecznych naczyń. Wrócił na prośbę Szwajcera, który początkowo nie wiedział, jak duże znaczenie może mieć jego znalezisko. Zamierzał je skatalogować, a dopiero potem zawiadomić archeologów. Jego plany pokrzyżował właściciel łąki, który na wiosnę 1933 r. zaczął kopać torf, równocześnie rąbiąc dębowe belki leżące płytko w ziemi. Znajdowane przedmioty z brązu usiłował sprzedać u jubilera

Pod okiem władzy

. Siatka ulic wewnątrz grodu zapewniała taki sam dostęp do każdej z chat. Ulicami poprzecznymi jechało się w jedną stronę, ruch w drugim kierunku odbywał się po biegnącej u stóp wału 417-metrowej obwodnicy. (Fot. Andrzej Kryza)