Potrzebujesz z rana filiżanki kawy? Nie wyobrażasz sobie życia bez herbaty? A może wspomagasz się często napojami energetycznymi? Wszystkie łączy jeden składnik - kofeina. Czy to niewinna substancja, czy też, jak twierdzą niektórzy, narkotyk jak wiele innych?


Kłębek energii
 

– Przez większą część historii ludzkiej, sen i czuwanie były w zasadzie uzależnione od słońca i pór roku – wyjaśnia Charles Czeisler, neurolog i ekspert ds. snu w Harvard Medical School. – Kiedy charakter pracy wymusił odejście od harmonogramu opartego na Słońcu i wprowadził pracę w pomieszczeniach, mierzoną przez zegar, ludzie musieli się dostosować. Powszechne korzystanie z jedzenia i picia z kofeiną, w połączeniu z wynalezieniem oświetlenia elektrycznego, pozwoliło ludziom radzić sobie z harmonogramem pracy określonym przez zegar, a nie światło dzienne lub naturalny cykl snu.
 

Czeisler, który sporadycznie spożywa kofeinę, jak kłębek energii krąży w białym fartuchu po swoim laboratorium w bostońskim szpitalu Brigham and Women's, wybierając z półek artykuły prasowe i przekopując się przez wykresy, aby znaleźć najważniejsze dane. – Kofeinę możemy nazwać „podtrzymującym czuwanie środkiem terapeutycznym” – mówi.
 

Naukowcy opracowali różne teorie mające na celu wyjaśnienia pobudzającej mocy kofeiny. Aktualnie panuje konsensus, że kofeina zakłóca działanie adenozyny, obecnego w organizmie związku chemicznego, który działa jak naturalne pigułki nasenne. Alkaloid blokuje hipnotyczny efekt adenozyny i powstrzymuje nas przed zaśnięciem. Ponieważ, jak wykazano, kofeina poprawia nastrój i zwiększa w umiarkowanym stopniu czujność, stała się eliksirem dla studentów i naukowców, którzy tkwią w laboratorium o trzeciej rano. Paul Erdős, węgierski matematyk, który często pracował nad równaniami przez całą dobę, jest znany z powiedzenia, że „matematyk jest maszyną do przemiany kawy w twierdzenia”.
 

Zdolność kofeiny do niwelowania uczucia senności sprawia, że ​jest substancją wybieraną również przez długodystansowych podróżników. Różnych środków na jet lag, czyli syndrom nagłej zmiany strefy czasowej, jest tyle, ile miejsc w samolocie lecącym przez Pacyfik. Jednak jedno z podejść, przedstawione w Caffeine Advantage przez Bennetta Alana Weinberga i Bonnie K. Bealer, polega na powstrzymaniu się od spożywania kofeiny na kilka dni przed wyjazdem, a następnie dozowaniu w niewielkich ilościach kawy lub herbaty w dniu przyjazdu, aby zachować czujność, najlepiej pozostając na zewnątrz, na słońcu, aż do regularnej pory snu w nowym miejscu. (Sprawdziło się to u mnie podczas kilkutygodniowej podróży po świecie w ramach przygotowywań do tego artykułu.)
 

– Kofeina pomaga nam przezwyciężyć kontrolujący nas ludzki rytm dobowy, który jest stałą częścią każdego z nas – mówi Czeisler. Potem na radosnej twarzy lekarza maluje się jednak zmartwienie, a jego ton zmienia się gwałtownie.
 

– Z drugiej strony – dodaje z powagą – płacimy za ten cały dodatkowy czas niespania wysoką, naprawdę wysoką cenę. Bez odpowiedniego snu, standardowych 8 godzin na każde 24, ludzkie ciało nie będzie funkcjonować optymalnie, ani w fizycznym, ani psychicznym czy też emocjonalnym aspekcie. Jako społeczeństwo jesteśmy w ogromnym stopniu pozbawieni snu.
 

W rzeczywistości, kontynuuje profesor, nasze współczesne pragnienie kofeiny to rodzaj paradoksu, jak w książce „Paragraf 22”. – Głównym powodem stosowania kofeiny na całym świecie jest promowanie niespania – tłumaczy Czeisler. – Jednak ludzie potrzebują jej przede wszystkim ze względu na brak snu. Pomyśl o tym: stosujemy kofeinę aby zaradzić deficytowi snu, który jest w dużej mierze wynikiem stosowania kofeiny.
 

Dietrich Mateschitz nie zastanawia się nad tym, jak dużo kofeiny jest w jego diecie. Duży, przyjazny człowiek z szerokim, ciepłym uśmiechem przedzierającym się zza jego kilkudniowego srebrnego zarostu, ten austriacki geniusz marketingu opisuje siebie jako „lubiącego ryzyko”, niezależnie czy akurat wspina się po skalnym urwisku, jeździ na nartach zrzucony na stok z helikoptera, wędruje w Alpach niewiarygodnie stromym szlakiem czy prowadzi biznes. Mateschitz powinien czuć się swobodnie w obliczu ryzyka, ponieważ największe, którego kiedykolwiek się podjął, zwróciło się w spektakularnym stylu. Zupełnie nowy produkt trafił na półki supermarketów, pokonał setki konkurentów i uczynił go miliarderem, a to wszystko w ciągu 15 lat.
 

W 1980 Mateschitz pracował dla Blendaxu, niemieckiej firmy kosmetycznej, zajmując się sprzedażą produktów do pielęgnacji skóry i pasty do zębów w Azji Wschodniej. Jego regularne loty z Frankfurtu do Tokio i Pekinu nieuchronnie kończyły się jet lagiem, którego Mateschitz nienawidził. Koniec końców był sprzedawcą; musiał być w szczytowej formie, żeby zrobić to co do niego należało. Po długich lotach był jednak znużony i pozbawiony energii. Dostrzegł, że taksówkarze w większości azjatyckich miast regularnie sączyli napój z małych butelek. Po jednym wyczerpującym locie do Bangkoku poprosił taksówkarza, żeby podzielił się z nim.

Eureka!

– Jet lag zniknął – wspomina. – Nagle poczułem się zupełnie rozbudzony.