Burza nasilała się przez kolejne godziny, aż gdzieś o 2 w nocy uderzenie wiatru przygniotło mi głowę do ziemi. Czułem, jak mój policzek wciska się w lód pod namiotem. Góra zadrżała jak wulkan przed erupcją. Ryk unieruchomił nas na 20 czy 30 sekund, a ja pomyślałem: Czy tak czuje się człowiek przed śmiercią? Stelaż namiotu został strzaskany. Byłem przykryty oszronionym nylonem pociętym przez postrzępione krawędzie połamanych słupków na wstążki, które chlastały mnie po twarzy. Modliłem się, by szable przytwierdzające nas do podłoża wytrzymały.

Kiedy w końcu wzeszło słońce, usiadłem, podpierając wymiętoszony namiot swoją pulsującą z bólu głową. Dwaj koledzy leżeli zwinięci w pozycji embrionalnej obok mnie. Szturchnąłem ich nogi, aby upewnić się, że żyją, i wyczołgałem się na zewnątrz. Każdy namiot był powalony i połamany, a jeden, niczym latawiec, unosił się w powietrzu wysoko ponad nami.

Spojrzałem na grań i zobaczyłem grupę Hindusów schodzących w kierunku naszego obozu, kiedy nadeszło kolejne uderzenie wiatru. Nagle wszyscy zaczęli krzyczeć. Cztery osoby zawisły na krawędzi 300-metrowej lodowej ściany niczym sznur bożonarodzeniowych lampek. Jeden z członków naszego zespołu rzucił się w kierunku szabli śnieżnej przytrzymującego koniec liny i wbił swój czekan, aby ją dodatkowo zabezpieczyć, podczas gdy inni wciągali wspinaczy za pomocą drugiej liny.

– Zabierajmy się stąd w cholerę – rzuciłem.

Tydzień później mieliśmy więcej szczęścia. Podjęliśmy ostatnią próbę przeszukania Żółtej Wstęgi z powietrza. Wspięliśmy się ponownie w górę Przełęczy Północnej i patrzyliśmy w napięciu, jak Ozturk wysyła drona w kierunku szczytu. Statek rozpłynął się w powietrzu, a ja instruowałem Ozturka, patrząc mu przez ramię, gdzie ma lecieć i co fotografować. Zanim po południu wzmogła się siła wiatru, Ozturk zrobił 400 zdjęć w wysokiej rozdzielczości obszaru poszukiwań, w tym zbliżenie miejsca wskazanego przez Holzela.

Na jednej z fotografii dostrzegłem szczelinę, ale nie widać było jej wnętrza. Czy w środku znajdowało się ciało Irvine’a? Mieliśmy coraz mniej czasu, aby móc się o tym przekonać. 

Pierwsze okno pogodowe pozwalające na dotarcie na szczyt od chińskiej strony otworzyło się 22 maja, gdy czekaliśmy w obozie wysuniętym. Po dwóch wyjściach na Przełęcz Północną byliśmy już w pełni zaaklimatyzowani, gotowi do wyruszenia wysoko na północno-wschodnią grań. Nie byliśmy sami na tej górze. Oprócz nas 450 osób oczekiwało na wejście od strony nepalskiej, gdzie obóz bazowy zamienił się w skomercjalizowany cyrk. Kolejne mniej więcej 200 osób czekało z nami po stronie chińskiej.

McGuinness obrzucił spojrzeniem ten żądny zdobycia szczytu tłum i powiedział „nie”. Mieliśmy czekać na następne okno. 

W ciągu kolejnych kilku dni dziewięć osób straciło życie na Evereście – siedem na stronie południowej i dwie na północnej (dwoje wspinaczy zmarło po stronie południowej tydzień wcześniej, dając łączna liczbę 11 osób). Nigdy nie zapomnę tego poczucia bezsilności, kiedy obserwowałem przez lornetkę o dużym powiększeniu, jak kilkuset pełnych nadziei wspinaczy brnie z mozołem gęsiego niczym w tańcu konga ku szczytowi, podczas gdy przez radio dochodziły do nas wieści o niefartownych duszach, które nigdy już nie powrócą do domu.

Po południu 23 maja usiedliśmy wraz z naszym zespołem wsparcia wspinaczkowego, aby omówić logistykę poszukiwań. McGuinness zapewnił nas, że zespół jest zaznajomiony z planem, ale najwidoczniej coś umknęło mu w tłumaczeniu. Kiedy opisałem im naszą strategię przeszukania Żółtej Wstęgi w celu znalezienia ciała Irvine’a, wyrzucili w górę ramiona i zaczęli sprzeczać się po nepalsku.

– Nie idziemy na szczyt? – zapytał Lhakpa Sherpa. – Duży problem.