Przestawiamy fotoreportaż pt. "Ślady" Krzysztofa Pierzgalskiego i Małgorzaty Januszewskiej wyróżniony w konkursie Muzeum Emigracji w Gdyni.

W drugiej edycji konkursu im. Pawła E. Strzeleckiego wyróżniliśmy fotoreportaż o "Ślady" Krzysztofa Pierzgalskiego i Małgorzaty Januszewskiej. Praca opowiada historię zamkniętego i odchodzącego w niepamięć świata Łemków, ukrytego przed ludzkimi oczami w górach Beskidu Niskiego. 
To opowieść o ludziach żyjących na uboczu wielkiej historii, która jednak raz za razem pukała do ich drzwi. Historie podróży za chlebem do Urugwaju, wysiedleń - czasami powodu polskiego pochodzenia - a czasami wprost przeciwnie: niepolskiego.
- opowiadają organizatorzy konkursu Muzeum Emigracji w Gdyni.

Tu nie było roboty. Więc mój dziadek pracował na Słowacji. Wracał do domu co 2 tygodnie. Raz wraca, a tu nikogo nie ma! Dom rozgrabiony i pusty! Potem dopiero się dowiedział, że wszystkich wywieźli na Ukrainę.

Łemkowszczyzna w relacjach mieszkańców.

Anastazja Moriak, Łemkini z Olchowca.  Nigdy nie poznała ojca.

– Tu moja mama, babka, prababka się rodziła, i ja się tu urodziłam. A było pięć córek i trzech synów. Trzeba było wiano córkom dawać. To w 1930 r. siedmiu chłopów poszło na zarobek do Urugwaju. I tato poszedł. Potem teściu, co też tam był, mówi do taty: Andrzej, jedź do domu, do kraju, bo ja jadę. A on na to: Jeszcze nie pojadę, bo jeszczem nie zarobił dużo pieniędzy. I teściu przyjechał, a tato został. – Jak chciał wracać, to tu wojna była. Potem wysiedlali na wschód, na Ukrainę. I na zachód, bo banda była. Parę rodzin tylko zostało. I nie było jak. A ja ino z mamą, bo mama w ciąży była, jak on tam pojechał. I ojca wcale nie znam… – Raz taki pan przyszedł z gminy, mama nieboszczka siedzieli tam, na progu, i on mówi: Pani siedzi tak sama, a mąż gdzie? Mama mówią: Poszedł do Urugwaju i ni ma go. To on napisał na Czerwony Krzyż, do Warszawy. I do ambasady do Urugwaju. Znaleźli go, poszli do niego i odpisali, że tato miał tam drugą żonę, już 5 lat jak zmarła. On w szpitalu. Ino syn w domu. Mój brat... był tu u mnie. Teraz ino patrzę. Zdrowia już nie będzie. Ksiądz i sąsiadka przychodzą...

 
Mikołaj Gabło, Łemko, kościelny z Olchowca. Jego rodzinę pozostawiono, ale szykanowano.
 

 – Olchowianie uniknęli wysiedlenia, bo deklarowali, że są katolikami. I tak zostało 12 rodzin, ale za rok powtórzyli wysiedlenie. To chłopi już nie czekali aż ich wezmą, tylko zabrali jakiś chleb, ser, masło, kanapki porobili do plecaczków. I na piechotę do Krosna. Wsiedli do pociągu do Nowogardu, bo tam Olchowianie byli obsadzeni. A ci co zostali, moi rodzice, później żałowali, że nie poszli ze swoimi, bo tu dokuczali niesamowicie. – Święta zakazywali robić. Raz zasiedliśmy do Wigilii. Stół nakryty, jedzenie, świeca, no i ten Łukasiewicz. Wiązka siana, pod stołem też, słoma. Siedzimy, jemy, aż w jeden czas puka ktoś. Matka otwiera, wchodzą: Dobry wieczór. Co wy tu robicie? Ojciec odpowiada, że Wigilia. Jak to Wigilia? – oni z takim ordynarnym krzykiem. – Przecież 2 tygodnie temu była Wigilia! Proszę posprzątać ze stołu! To zdmuchnęli świeczkę, tamci poszli. A na przyszłe lata tośmy zasłaniali okna kocami i szmatami, żeby nie widzieli.

– Widzi pan jak to wygląda, to jest postrzelane przecież! – Pan Mikołaj pokazuje uszkodzenia. – Tu drut wchodził, spinał w środku. Takie ozdoby, co wiszą w cerkwi przed ikonostasem, albo żyrandol. Widzi Pan jak władzę utrwalali? Nawet takie coś przeszkadzało. Milicja robiła takie rzeczy, że...

– A w Smerecznem pan był? Przy starej drodze jest kapliczka i taki łemkowski krzyż, jak tu, w Olchowcu. Tam też są ślady. Jedno ramię odstrzelone, kule bite... A górale przyjeżdżali i trzymali owce po cerkwiach – bo tu nie miało być już żadnych Ukraińców! Kiedyś byłem z matką w Dukli. Chciała iść na szmates. Nie było tyle ciuchów, jak dzisiaj. I chodziły te kobiety, w strojach, jakie miały, chusty wyszywane... A taka jedna zobaczyła jak idą matka i sąsiadka, pokazała palcem i krzyczy: O! Ukrainki idą! To bardzo przykre, że tak długo ciągło się takie poniżanie. – I teraz strojów ludowych nie noszą. Na pierwsze kermesze było 15 ludzi ubranych. Teraz 4, w tym ja i żona. Mieliśmy taki zespół „Derka”. Zaproszenie do Krosna, 3 lata temu. Do rodziców dzwonię czy puszczą dzieci. Ja nie puszczę – mówi jeden ojciec, – bo nie chcę żeby ich w liceum ukraińcowali. Jeden nie, drugi nie i rozleciał się zespół dziecięcy. A śpiewał po łemkowsku... Myśleliśmy, że może stare zaśpiewają, ale też się wstydzą. A młodzież ze wsi ucieka.

 
 
Anna Buriak, Łemkini ze wsi Polany.  Osierocona po wysiedleniu całej rodziny.

– Ja to w ten czas na Słowacji była. Swetry my robiły, z innymi dziewczynkami. Za miesiąc ja wróciła i powiedzieli, że ludzi z Polan wywieźli. I takich, jak ja, było więcej. Z rodziny nikogo. Pusto. Same dzieciaki. Później wyszłam za mąż. Przyszedł tu chłopak z drugiej wioski. Też był sam. Łemko. Dzieci miałam dwoje. Syna i córkę. – A tu się rodziłam, w tym domu. I tu sobie siedzę. Dawniej to był strzechą kryty. A później, jak zaczął nam deszcz padać, tośmy tamto odrzucili, a dalimy eternit. A inni to przyjeżdżają, bo kupili. Widać lubią takie dobre strony. W górach domeczek z  jodeł. Ale kto by tak teraz, panie, stawiał? I jeszcze gliną lepił? – Buriakowa to panu jeszcze zaśpiewa! – mówią o niej sąsiedzi. Ona siada przed chyżą i śmieje się:
– Mam sobie starego psa i sobie z nim gadam. A Ile u mnie wiosen? 24 rocznik, to już dziewięćdziesiąt! Kupa lat!

 
 
Mikołaj Peteńko, Łemko ze wsi Polany. Wysiedlony z całą rodziną na Ziemie Odzyskane.

– Mieszka w Polanach – opowiada Maria Gocz, z Muzeum Kultury Łemkowskiej w Zyndranowej. – Ma chyżkę jak się jedzie na Krempną. Maleńka chatynka. I on jest już taki Łemko stary... Kozy hoduje, u niego turyści biorą jajka, mleko. Był wysiedlony... – Całą rodziną wywieźli nas na Mazury. Tam było pięknie, równo. A tu ino góry. I tam wilków nie było. A tu, jakem w Tylawie służył, to w biały dzień przyszli i 12 owiec poharatali. No, piękne te owce były i wszystko poszło spać...

 
Mikołaj Gałczyk, Łemko ze wsi Polany. Rodzinę jego dziadka wysiedlono, a dom ograbiono.

– Tu w okolicy nie było roboty, więc mój dziadek pracował na Słowacji. Wracał do domu co 2 tygodnie. Raz wraca, a tu nikogo nie ma! Dom rozgrabiony i pusty! Potem dopiero się dowiedział, że wszystkich wywieźli na Ukrainę. Szukał ich. Jak znalazł, to już tu nie wrócili. Dopiero syn – mój ojciec – wrócił i wyremontował dom. I teraz jestem ja na tej ojcowiźnie. – Kiedyś hodowałem owce – dodaje, rozkładając na stole dorodne kapelusze – ale przyszła wataha wilków i nawet z psem nie dałem im rady. Teraz nie mam owiec, ino zbieram grzyby.

 
 
Katarzyna Ziemba, Polka mieszkająca w Mszanie. Jej rodzina wykupiła chyżę po wysiedleńcach.

– Myśmy tu po wojnie przyszli do Mszany, bo tu puste domy po Łemkach były. Jak ich wywieźli, to domy przeszły na skarb Państwa i można je było sobie wykupić. Spłacaliśmy gminie w ratach.

 
Włodzimierz Rusiniak, Polak, mieszka w Mszanie. Po wojnie znalazł dach nad głową w domu po Łemkach.

– Wszyscy w Mszanie są Polakami – panu Włodzimierzowi trudno zebrać myśli i wyręcza go w opowiadaniu sąsiadka zza płotu. – Bo Huta Polańska wypalona została. No i, jak po skończeniu wojny, każdy szukał dachu nad głową, żeby gdzie się przytulić, to tu wszyscy przyszli. Bo tych rdzennych, Łemków, wysiedlono. Nikt nie wrócił.

 
Zenon Matała, Polak, mieszka w Nowicy. Od kilkudziesięciu lat prowadzi gospodarstwo po wysiedleńcach.

– A, nie będę się przebierał. Zaraz muszę w pole. Jak gospodarz to gospodarz! – Ma na głowie cały inwentarz  i rodzinę – dopowiada żona starego sołtysa. – On już tak gospodarzy ponad 20 lat. Kupił chyżę od Polki, co przyszła tu zaraz po przesiedleniu Łemków.

 
 
Stefan Król, Łemko pochodzący z Powroźnika. Wysiedlony z rodzicami jako 9-latek. Został we Wrocławiu. Tylko czasem odwiedza Kunkową.

– Czy pamiętam? Miałem 9,5 r. Różnych rzeczy nie rozumiałem, ale wszystko mam w pamięci. Mieszkaliśmy w Powroźniku, koło Krynicy Zdroju. Pociągi nie kursowały, bo tunel i most zaminowano, więc nas na piechotę przerzucali przez Krynicę i Florynkę. Tam żeśmy nocowali pod gołym niebem, na boisku sportowym. To był lipiec, w miarę ciepło. Na drugi dzień do Grybowa. Tu, na stacji, to nas do tych bydlęcych wagonów, razem z krówkami, załadowali. Pociąg zatrzymywał się co trochę. Coś odczepiali, to znów czekali na podłączenie. I tak 2 tyg., sama jazda pociągiem. – Bardziej świadomych, co się próbowali sprzeciwiać albo ukrywać, brali do Jaworzna. Tam był obóz poniemiecki. Osadzano w nim Łemków i Ukraińców. Część zwalniali, ale jest tam też zbiorowa mogiła w lesie… – Dlatego w mojej wsi, Kunkowej, rodzice się nie ukrywali – wtrąca żona, Pani Anna. – Myśleli, że ich też wezmą, więc tatuś zabrał na wóz wszystko, leżącego brata i do tego Łosia pojechali. A żołnierze mówią: A po coście przyjechali z takim obłożnie chorym? I naszą rodzinę zostawili. Czasem trafił się oficer z ludzką twarzą...

 
Jan Wróbel, z Nowicy. Rodzina łyżkarzy i splecionych nacji.

– U mnie mama była Łemka, a tata więcej od górali. Moja żona Polka. Wszystko pomieszane – opowiada syn gospodarza, Bronisław. – No, to chodzimy do polskiego kościoła i do tego malutkiego też się idzie, jak Święta.   – Kiedyś to myśmy łyżki robili. Sprzedawali do spółdzielni rękodzieła. Niedziela, nie niedziela. Nawet po 1400 dziennie, to schodziło nieraz i do północy. I trzeba było czyste drzewo mieć. Bo ze sękiem nie pójdzie. Zawijonki strasznie krzywią przy suszeniu. A takie kudłate, to noże paliły albo nie chciały brać. A łyżka musiała być ładna, biała. – Pamiętam, jak żeśmy ojcu pomagali. Wszystko ręcznie. Nie było żadnych maszyn. Tylko siekierka, kopaczka i piła. A jak dziadek żył, ja wtedy małym szkutem jeszcze byłem, to on miał tokarnię, taką napędzaną nogą. Był takim szpecem, że on se wszystko do warsztatu sam robił: gwinty, śruby drewniane, heble, nie-heble. I łyżki, takie na sznurek. – A ja żem przy łyżkach oko stracił. Urwało taką drobinkę z frezu i prosto w oko trafiło. I tak żeśmy skończyli robotę w warsztacie. Żona zaczęła jeździć do Austrii. Bo tu, w Nowicy, wszystko się wali. Dawno już nie było żadnej perspektywy. Wszyscy się w Uściu pobudowali, tu nikt nie chciał zostać… Ale też przyjeżdżają jacyś. Domy budują po lasach, przy potoczkach. Betonują murem, chyba ze 6 gruszek wylał taki jeden. Dzisiaj, można powiedzieć, pół wioski nie znam…

 
Franciszek Grybel, Łemko z Nowicy. Rodziców wywieziono na roboty, teściów wysiedlono.

– Rodzice to szli do Niemiec. Za młodych lat jeszcze. Tam się poznali. Zbiórka była na wiosce, przychodzili bauerzy i se rozbierali: Ty pójdziesz ze mną, a ty ze mną, na samochody i wieźli. Nikt nie wiedział gdzie i po co jedzie. Po niemiecku nie umiesz – nic nie wiesz. Zawieźli ich i pokazali: Masz, to będziesz robił, tu będziesz spał. Ale w dobre ręce weszli. – O akcji „Wisła” to moja teściowa, 89-letnia, opowiadała. Jak to ludzi stąd wywozili, ładowali ich na te wagony i wieźli przez świat. Nic dla krowy, dopiero jak stało to gdzieś na bocznicy, tam coś skubnęli. A jak nie było co, to starsi gadali, że łupiny jedli, jakie jeszcze gdzieś tam po pociągu znaleźli. Na miejscu zostawili ich samych sobie, bez dachu nad głową. Dopiero szykowali kawałek jakiegoś kąta. Dwie rodziny w jednym domu, krowa, i wszystko to musiało się zmieścić. Mi to się nijak nie chciało wierzyć, że potrafi człowiek człowiekowi zgotować taką uprzejmość. – Wracali za Gomułki, tego dobrego pana władzy. Każdy na swoją rękę. Ale tu Polacy już byli, zabrali domy. I jak Łemko wrócił na ojcowiznę, to ni ma chałupy. I znów siedział kątem u kogoś. Moi jakoś się zebrali do kupy. Jak wrócili, to tata był w tartaku, a teściowie – rola i zimową porą łyżka. Latem 12 sztuk bydła, 2 konie. Taka to była gospodarka urocza.

 
Helena Hyc, pół-Łemkini z Nowicy. Wysiedlono jej babcię ze strony mamy.

– Mój tato był Polakiem, a mama Łemkinią. Urodziła się w Tylawie, już po powrocie babci z wysiedlenia. – Ale ja mamę mało pamiętam. Zginęła od uderzenia pioruna, kiedy byłam jeszcze mała. Starsi ludzie trochę opowiadali, ale to było straszne i nie chciałam o tym myśleć…

 
Julia Krupej, Łemkini z Daliowej. Wysiedlona jako 12-latka w szczecińskie. Jej dziadek wysłany na Sybir.

– Mój tato od razu we wrześniu 1939 r. zginął. Był w polskim oddziale. W bunkrze wybuchł granat, ciała zmieszane z gliną. Nie było aktu zgonu. Mamę zmogła choroba, nie mówiła, nie wstawała z łóżka. W kwietniu 1947 r. miała 37 lat, ja 12, a Tereska, moja siostra, kilka mniej. I do mnie mówi ten dowódca z przesiedlenia: Napiszę wam potwierdzenie, że ojciec oddał życie za ojczyznę. Jak przyjdzie druga tura w czerwcu, to im to pokażecie i nie mogą was wziąć.  – Ale potem przyszedł taki dowódca, że jak ja mu to dałam, to on nawet nie spojrzał, tylko zrobił tak – dłonie Pani Julii naśladują przedarcie papieru – i w piec! My w płacz! Ja rwałam włosy z głowy! Mama leżała. On mówi żeby wstawała. Podniósł ją, uderzył raz i drugi – mama spadła! Jakieś leże dla nas na wóz przynieśli, matka szła. Z jedną krową. – W szczecińskie nas z bydłem wieźli. Przerwy, że zdążyłam ledwie trawy krowie zerwać i od razu, do pociągu. Na miejscu wojskowi mówili: Jak to: tylko dzieci, z chorą matką? W drugiej wsi są Łemki, będziecie wśród swoich. I tam to już nam pomagali. Ale wróciłam z siostrą po trzech latach. Tu, do domu dziadka. – Raz przyszedł do nas porucznik, a dziadek akurat z Syberii wracał. W kożuchu do ziemi. I strzelił do dziadka. 3 razy! Potem stanął nad nim: No, skurwysynu, już ci starczy. Kożuch cały we krwi, a inny oficer krzyczy: Na wóz go! Do Jasła, do szpitala! Tam mówili, że go na śmierć przywieźli, ale dziadek za 2 tyg. usiadł na łóżku. Dzięki niemu z Tereską przeżyłyśmy. Bo żołnierze po wojnie tworzyli bandy koniokradów i po wsiach rabowali. Strzelali, jak ich kto poznał…

 
Andrzej Durleta, Polak, mieszka w Wisłoku Wielkim. Jego rodzina osiadła w pustostanie po Łemkach.

– Jak ich przymusowo wysiedlili, to zostały te puste chyże. Tutaj gmina je po prostu rozdawała przybyłym Polakom. I tak majątek wszedł w posiadanie rodziny Durletów: Amelii i Andrzeja. To byli porządni ludzie. Szkoda, że już pomarli – wzdycha sołtyska. – Ojciec był góralem z Zakopanego. Matka pochodziła ze Skomielna. Ja tu teraz ino sam gospodarzę… Mam ciągnik, psa. Ale na niego to niech pan lepiej uważa…

 
Maria i Stefan Seńko, małżeństwo mieszane ze Smolnika. Rodzina wysiedleńców.

– Jestem Łemkiem. I nas, całą rodziną, wywieźli w 1947 r. w szczecińskie – opowiada Pan Stefan. – Mój ojciec był Polakiem. Rodzina ze strony mamy nie, to ich wysłali na wschód – wspomina Pani Maria. Z jej słowami zbiega się relacja wydarzeń na Ukrainie, płynąca z telewizora. – To nasz dom rodzinny – prowadzą do środka. Nad sofą wisi ręcznie robiony kilim w pasy. – Dawniej był w izbie nawet piec chlebowy, ale syn nam przetłumaczył, że niepotrzebnie miejsce zajmuje i trzeba go rozebrać. I tak się stało. – Ale teraz wyjechał do Kanady. Za pracą. Piszemy do siebie, odwiedza. Mówi, że wróci, ale my wiemy, że nie... a krewni wysłani, na Ukrainie.

 
Andrzej Mika, Polak.  Mieszka w Smolniku w oryginalnie zachowanej połemkowskiej chyży.

– Moi rodzice, jak tu przyszli po Łemkach na gospodarkę, tak zostali. Ja żem się już tu urodził. Oni nic nie zmieniali w środku. Ja też nic żem nie zmieniał. Piec jest taki, jaki był, chlebowy. Mebli też żem nie ruszał. Tego kredensu. Ściany były niebiesko, to i tak jest. Święte obrazki… – To tylko nowe. Dostałem na pamiątkę od aktorów – pokazuje fotografię z twarzami znanymi ze szklanego ekranu. – Byli tu ze 2 miesiące. Na podwórzu, w izbie. Kręcili u mnie film: Serce, serduszko… Stali samochodem i świecili reflektorami w okno, jak kręcili te swoje sceny. – A ta chyża na podwórzu to kurna chata. Kryta słomą jeszcze. Nie ma komina. Jest w gospodarstwie, ale tam to już nikt od dawna nie mieszka…

 
Józef Żurat, Łemko z Morochowa. Jako kilkuletni chłopiec wywieziony na Ziemie Odzyskane.

– Jak nas wysiedlali, to ja byłem jeszcze mały. Ale pamiętam. Wysłali nas na Mazury. Całą rodziną. – Ale jeszcze panu powiem! Kiedyś to tu była taka wieś, po sąsiedzku. Nazywała się Zawadka Morochowska. Teraz tam nie ma domów, proszę pana, bo wszystkich po wojnie wymordowali. I to zrobił Oddział Ludowego Wojska Polskiego. Że niby mieli kontakty z UPA. A to byli biedni i spokojni ludzie, bardzo pracowici. Nikomu nie zrobili nic złego, a taka kara ich spotkała…

 
 Drewniane konie, rzeźbione ręką ludowego artysty – Łemka z Olchowca Kolonii. Ocalone przez Tadeusza Kiełbasińskiego. Zachowane w Izbie Regionalnej.

– To podarunki dla dzieci tej pary, z fotografii. (Teraz to one mają po 70 lat!) Bo tu nie było zwyczaju żeby dzieci dostawały prezenty. Bo nie było pieniędzy! Obrót parterowy, za odrobek, tak żeby starczyło na podatki i naftę. – A ten gospodarz, rzeźbiarz, jak on prosił, żeby mu zrobić takie ładne zdjęcie, „żebym tak trochę był do was podobny”. Bo on miał jeden garnitur w życiu. Ten właśnie. Ale nie miał krawata. Jak założył koszulę i marynarkę, to czegoś brakowało. To mu pożyczyłem. Zawsze nosił tylko wstążeczki pod szyją, ale tu, na zdjęciu, to wygląda jak PAN! – Mogli go posłać do szkoły. Był Uniwersytet Ludowy, pracownia rzeźbiarska, dobrzy ludzie. Chodzili, szukali takich… Ale żona mu nie pozwoliła: Nie, bo co to za konie, co to za nogi! Polacy się będą z tego śmiać! A Janek miał talent. Dzieciom dawał, wnuczkom dawał. Wszystko gdzieś tam, połamane… To, co zostało po nim, jest w tej chwili u mnie. – Niedawno, 4 lata temu, zmarł. Po prostu wyszedł na pole i klapł. I skończyło się jego gazdowanie, jego rzeźbienie…
 

Tekst: Małgorzata Januszewska, Krzysztof Pierzgalski
 

Zdjęcia: Krzysztof Pierzgalski