Wprawdzie programy wychodzenia z nałogów typu AA (Anonimowi Alkoholicy), czyli oparte na 12 krokach, a także terapia kognitywna i inne metody psychoterapeutyczne pozwalają w wielu przypadkach uzyskać uzależnionym pożądaną zmianę w życiu, ale nie u każdego się sprawdzają, a poza tym odsetek nawrotów jest po nich duży.

Środowisko leczenia uzależnień podzieliło się na dwa obozy. Jedni uważają, że wyleczenie musi polegać na naprawieniu błędów w procesach chemicznych lub „okablowaniu” mózgu za pomocą środków farmakologicznych lub takich metod jak TMS, a wsparcie psychologiczne i socjalne może stanowić jedynie dodatek. Drudzy za dodatek uznają farmakoterapię, traktując ją tylko jako sposób na złagodzenie napadów głodu narkotykowego i cierpień związanych z odstawieniem. Za zasadnicze działanie uważają zaś długotrwałą pracę psychologiczną w procesie „trzeźwienia” czy też „zdrowienia”. Oba obozy zgadzają się co do jednego: aktualne metody są niedoskonałe. – Moi pacjenci wciąż cierpią – przyznaje Judson Brewer zajmujący się badaniami nad praktyką uważności (mindfulness) na Uniwersytecie Massachusetts.

Judson Brewer interesuje się psychologią buddyjską. Ma dyplom psychiatry, specjalisty od uzależnień. Wierzy, że nadzieję na wyleczenie daje połączenie nowoczesnej nauki z dawnymi praktykami medytacyjnymi. Jest apostołem praktyki uważności, która łączy medytację z innymi technikami przynoszącymi pełną świadomość tego, co robimy i czujemy, zwłaszcza jeśli idzie o nawyki, które nam szkodzą.

Pojawia się coraz więcej dowodów na to, że praktyka medytacji uważności może przeciwdziałać przymusom przeżywania dopaminowych skoków w codziennym życiu. Badacze z Uniwersytetu Waszyngtońskiego w Seattle wykazali, że oparty na niej program terapeutyczny był skuteczniejszy w zapobieganiu nawrotom nałogu niż programy 12 kroków (typu AA).

Praktyka uważności uczy ludzi zwracania uwagi na pragnienia i żądze, których doznają, ale bez ulegania im. Uważność zachęca też praktykujących do przyjrzenia się, dlaczego tak ciągnie ich do ulegania pokusie. Judson Brewer i inni naukowcy wykazali, że medytacja powoduje wyciszenie aktywności kory w obszarze mózgu zwanym tylnym zakrętem obręczy. Obszar ten, określany też jako „stara kora”, jest związany z przeżywaniem nawracających myśli, co może prowadzić do nakręcenia spirali obsesji.

W tym, co mówi Judson Brewer, przeplata się żargon naukowy, pełen takich terminów jak hipokamp, z pali, językiem buddyjskich ksiąg. Stoi przed gronem 23 osób mających tendencję do objadania się w stresie. Wszyscy siedzą półkolem na beżowych plastikowych krzesełkach.

Donnamarie Larievy, konsultantka do spraw marketingowych i szkoleniowiec kadry kierowniczej, zapisała się do spotykającej się co tydzień grupy, bo chce rzucić nałóg objadania się lodami i czekoladą. Po czterech miesięcy przychodzenia na spotkania przerzuciła się na zdrowe jedzenie, od czasu do czasu pozwala sobie na porcję kremu karmelowego, ale rzadko za tym tęskni.

– W moim życiu zaszła zmiana – cieszy się.

– Skończyły się napady apetytu na słodycze.

Nathan Abels próbował rzucić picie wiele razy. W lipcu 2016 r. trafił na oddział ratunkowy w Charleston, w delirium po trzydniowym pijaństwie. Po odtruciu zgłosił się do neurolożki Colleen A. Hanlon jako ochotnik do badań klinicznych metody TMS. 28-letniemu Nathanowi, rzemieślnikowi i projektantowi oświetlenia, który dobrze wie, jak działają obwody elektryczne, najnowsze odkrycia neurobiologii przyniosły ulgę. Nie czuje się więźniem biologii, nie uważa, że zrzuca z siebie odpowiedzialność za swoje picie. Za to mniej się wstydzi. – Zawsze uważałem picie za rodzaj słabości. Gdy zrozumiałem, że to choroba, odzyskałem poczucie siły – wyjaśnia.

Akceptuje wszystko, co lecznica ma mu do zaoferowania – środki farmakologiczne, psychoterapię, udział w grupach wsparcia i stymulację elektromagnetyczną głowy. – Mózg potrafi się odbudować. To jest coś wspaniałego.