Witajcie w Danii! – śmieje się przewodniczka Niina Laansoo, stojąc w centrum średniowiecznej starówki Tallinna, stolicy Estonii. Dlaczego tak? Bo „Tallinn” to po estońsku i fińsku „duńskie miasto”. Podczas średniowiecznej bitwy z tutejszej wieży kościelnej na głowy rycerzy spadła chorągiew, która później stała się flagą Duńczyków. Nad starym miastem górują wysokie wieże świątyń; ta z kościoła św. Olafa do trzeciej dekady XVI w. uważana była za najwyższy budynek w Europie. Miała wówczas 159 m – teraz jest niższa o iglicę, która spłonęła w pożarze. Tallinn, hanzeatycki port, był od wieków miastem kosmopolitycznym. Rządzili nim wszyscy, tylko nie Estończycy – na mapie Europy Estonia zadebiutowała dopiero po I wojnie światowej. Ślady, które zostawili tu Niemcy, Duńczycy, Szwedzi, wreszcie Rosjanie, najłatwiej wytropić na świetnie zachowanej starówce. Wybudowano ją na dwóch poziomach: górny należał do szlachty, dolny do kupców. Na życzenie tych ostatnich obie części przedzielił mur. Ciężko pracujący mieszczanie nie chcieli bowiem łożyć pieniędzy na lepiej urodzonych darmozjadów. Pragmatyzm Estończycy mają we krwi. Kiedyś wiele domów dobudowywali do murów miasta, by oszczędzić na wznoszeniu jednej ściany. Teraz błyskawicznie poradzili sobie z kryzysem finansowym. Choć dopadł ich jako jedną z pierwszych nacji w Europie, zacisnęli pasa i dziś poziom ich życia wrócił do tego sprzed kryzysu. A może nawet żyje się im lepiej? Za kilka miesięcy mieszkańcy Tallinna będą jeździć bezpłatną komunikacją miejską, a darmowy dostęp do bezprzewodowego internetu objął już 98 proc. powierzchni kraju. Nic dziwnego, że to właśnie w Estonii stworzono Skype – program do telefonii internetowej, z którego korzysta dziś cały świat.

 

Estończycy są dumni z historii, ale żyją teraźniejszością. Jak prawdziwe jest to stwierdzenie, widać w parku Kadriorg, w Dolinie Katarzyny. Choć mieszczą się tu imponujący pałac wybudowany na polecenie Piotra Wielkiego dla carycy Katarzyny oraz siedziba prezydenta Estonii, oba giną w porównaniu z nowoczesnym budynkiem muzeum sztuki Kumu. Otwarte w 2006 r., dwa lata później uznane zostało za najlepsze muzeum w Europie. W imponującym gmachu opartym na planie koła zgromadzono estońską sztukę z różnych epok. Także najnowszą, z czasów ZSRR, jak ta pokazywana w ramach wystawy Moda w czasach zimnej wojny. Muzealnikom udało się zebrać dziesiątki sukienek, żakietów, mundurów i nakryć głowy z tamtych lat, które do tej pory zalegały na strychach prywatnych domów.

Do rozpadu ZSRR Tallinn był najbardziej wysuniętym na zachód portem imperium. W 1980 r. rozegrano tu żeglarskie zawody igrzysk olimpijskich. Estończykom po czasach sowieckich pozostały blokowiska na 120 tys. ludzi, dziś zamieszkane głównie przez Rosjan stanowiących czwartą część populacji. – Obie nacje żyją w zgodzie, jednak mniejszość rosyjska niechętnie się integruje – mówi Niina Laansoo. – Podstawową trudność sprawia im nauka języka estońskiego. Rzeczywiście – najłatwiejszy to on nie jest. Ma mnóstwo wyjątków, skomplikowane odmiany i aż 14 przypadków. Estończykowi łatwiej dogadać się z Finem niż ze Słowianinem. – Wystarczy, że do fińskich wyrazów dodamy końcówki „sex” i już Fin nas zrozumie – żartuje Elin Priks z Estońskiej Rady Turystyki. Sprawa jest oczywiście nieco bardziej skomplikowana, ale ta sekskońcówka jest powodem uciechy wśród turystów, zwłaszcza że pojawia się również przy wznoszeniu toastu: Tervisex!

 

Na przeciwległym krańcu Estonii oddalonym o dwie godziny jazdy samochodem leży Tartu, drugie co do wielkości miasto kraju, jedno z najstarszych w państwach nadbałtyckich. Pierwsza wzmianka o nim pojawiła się już w 1030 r. Uniwersytet założono tu w 1632 r. i od tego czasu klimat miasta tworzą studenci. Rozbrykanych żaków próbowano trzymać w ryzach rygorystycznymi przepisami. Nieprzestrzeganie regulaminu groziło wydaleniem, a nawet wilczym biletem na uczelniach całej Rosji. Zwykle jednak niesubordynowanych zamykano w izolatce na ostatnim piętrze o chlebie i wodzie. Aby zabić nudę, studenci wypisywali na ścianach swoje opinie na temat rzeczywistości; jak się łatwo domyślić – na ogół radykalne i niecenzuralne. Znane są przypadki, gdy ukarany wystawiał przez okno długi sznur, do którego koledzy na dole podwiązywali butelczynę i coś na przegryzkę. Pomysłowość i poczucie humoru Estończyków nie opuszcza i dziś.

Weźmy na przykład temat szczęśliwych krów. Właściciel farmy W Nopri na południu kraju doszedł do wniosku, że krowa sama najlepiej wie, kiedy należy ją wydoić. Zamontował wiec automatyczna dojarkę. Krowa przychodzi do niej, kiedy stwierdzi, że ma wymiona pełne mleka. Aparat myje zwierze, podłącza dojarkę, a mechaniczny drapak drapie je po grzbiecie. Gdy w tym czasie inna krowa ze stada zechce się wydoić, staje przed drzwiczkami automatu i spokojnie czeka na swoja kolej. Tej procedurze mućki poddają się bez oporów. Czyż Estonia nie jest niezwykłym krajem?