Dorosłość, czyli wierność z kochankiem w tle

Co 12. ojciec w Polsce nieświadomie wychowuje dziecko innego mężczyzny – wyliczył niedawno prof. Rafał Płoski z Zakładu Genetyki Medycznej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, co jest pośrednim dowodem na niewierność polskich żon. Gdyby podobne badania wykonano wśród społeczności Indian Amazonii, ich wynik o lojalności tamtejszych żon z pewnością świadczyłby znacznie gorzej. Utrzymywanie pozamałżeńskich relacji intymnych z innymi mężczyznami było bowiem akceptowane i powszechne, dotyczyło ok. 70 proc. Indian – dwa lata temu na łamach pisma Proceedings of the National Academy of Science ogłosił Robert Walker, antropolog z Uniwersytetu Missouri. – W złym tonie było okazywanie przez męża zazdrości o partnerów swojej żony – tłumaczy uczony. Jak to możliwe? Indianom nie chodziło o sam seks, ale o tzw. złożone ojcostwo. Kiedy kobieta zachodziła w ciążę, każdy z jej partnerów był postrzegany jako ojciec dziecka. Na przykład mieszkanki ludu Aché wskazywały średnio 2,1 mężczyzny na jedną latorośl. Nawet jeśli traciły swoich prawowitych mężów – co było powszechne wśród toczących nieustanne wojny ludów dawnej Amazonii – to dzieci wciąż miały zaangażowanych opiekunów. Co zyskiwali na tym układzie panowie? Otóż dzielenie się żonami z innymi ułatwiało im zawiązywanie między sobą sojuszy. Podobną wolnością po ślubie cieszyły się także dziewczęta z arabskiego plemienia Asaniów, osiedlonego w okolicach Chartumu. Wychodząc za mąż, miały zapewnione obyczajem czwartą część swobody. Innymi słowy, co czwarty dzień mogły przez 24 godziny żyć z wybranym kochankiem.

W XIII w. Marco Polo w swoich zapiskach z podróży po Azji odnotował zwyczaj jednego z plemion turkiestańskich pozwalający kobiecie, której mąż był nieobecny w domu przez więcej niż 20 dni, wziąć sobie innego małżonka. Natomiast mężczyźni mieli prawo do żeniaczki wszędzie tam, gdzie się zatrzymywali. Innym sposobem naruszenia małżeńskiego monopolu był rozpowszechniony na całym świecie zwyczaj użyczania żony gościowi. Praktykowali go m.in. Eskimosi znad Repulse Bay. Jeżeli tamtejszy mężczyzna udawał się na wyprawę, a miał żonę z małym dzieckiem, dla bezpieczeństwa zostawiał rodzinę w obozie. W zamian zaś brał w podróż żonę przyjaciela.

W wielu społecznościach wymiana kobiet odbywała się w czasie uroczystych zgromadzeń. Na wyspie Vakuta w Papui-Nowej Gwinei miały one nazwę kayasa. Mieszkańcy spółkowali wówczas na głównym placu. W orgiach brali udział i mąż, i żona, nie zwracając uwagi na to, że jedno znajdowało się obok drugiego. U niektórych ludów wybierano króla i królową, którzy publicznie dokonywali aktu zespolenia. Tubylcy wierzyli, że natura weźmie z nich przykład i zapłodni ziemię.

Na tej samej wyspie znany był zwyczaj yausa – zbiorowego gwałtu kobiet na mężczyźnie. Mogły go one dokonać, jeśli osobnik z innej wioski znalazł się w pobliżu ogrodów, gdzie oddawały się żmudnemu kobiecemu zajęciu, tj. plewieniu. Kobiety zrzuciwszy spódniczki, chwytały nieszczęśnika, zdzierały mu z bioder opaskę, a potem masturbowały go i spółkowały z nim jedna po drugiej. Jak ocenia Zdzisław Wróbel, to chyba jeden z nielicznych zwyczajów, którego charakteru etnografowie nie potrafili wytłumaczyć w sposób racjonalny.

- Pozamałżeńska rozwiązłość jest regułą, a nie wyjątkiem – podsumowuje Bronisław Malinowski. W większości społeczeństw pierwotnych frywolne zwyczaje nie tyle miały wartość społecznego eksperymentu, ile służyły jako zawór bezpieczeństwa dla tłumionego popędu seksualnego. Mówiąc krótko, celem swobody seksualnej nie było zachwianie, lecz raczej utrzymanie małżeństwa.

Podobny sposób myślenia jest współczesnemu człowiekowi obcy. Składając przysięgę małżeńską, obiecujemy przecież wierność aż po grób. Jak tu więc nie myśleć o dzikich społecznościach inaczej, niż że były rozpustne?

– Choć repertuar zachowań seksualnych człowieka może być bardzo szeroki, to zwykle wykazujemy się ograniczeniami w ich ocenie, co wynika z wpływu kultury – mówi prof. Bogusław Pawłowski, kierownik Katedry Biologii Człowieka na Uniwersytecie Wrocławskim. Według niego ludy pierwotne wcale nie były bardziej rozwiązłe niż społeczeństwa współczesne. Na wybujałe życie seksualne trzeba mieć czas, a więc zagwarantowane podstawowe potrzeby, tj. żywność czy poczucie bezpieczeństwa. My na ogół mamy. Natomiast mieszkańcy niecywilizowanych społeczności sami zdobywali pożywienie, musieli chronić się przed drapieżnikami i kaprysami pogody. Kiedy więc już uporali się ze wszystkimi przeszkodami, oddawali się rozkoszom ciała z pełną radością. Może właśnie na tym polega problem? Może my współcześni tego im zazdrościmy? I dlatego widzimy w nich rozpustników…