Już od ponad stu lat stopniowo ogrzewa się cała Ziemia. Jednak wzrost temperatur nie zachodzi na planecie równomiernie. W pewnych rejonach proces ten postępuje kilkukrotnie szybciej.

Najważniejszym z nich jest Arktyka. W wyniki globalnego ocieplenia okolice północnego bieguna Ziemi ocieplają się prędzej niż reszta świata. Zjawisko to doczekało się nawet własnej naukowej nazwy – to arktyczne wzmocnienie (ang. arctic amplification, AA).

Jak jest silne? Dwa lata temu naukowcy wyliczyli, że od roku 1979 średnia temperatura Arktyki rosła aż cztery razy szybciej niż całej Ziemi. Dla której – przypomnijmy – średnia temperatura od czasów przedindustrialnych podniosła się już dobrze o ponad stopień Celsjusza. 

Za główną przyczynę arktycznego wzmocnienia uważa się zmniejszanie się pokrywy lodowej w Arktyce. Lód – a zwłaszcza lód pokryty warstwą śniegu – ma znacznie wyższe albedo niż woda. To oznacza, że odbija o wiele więcej światła słonecznego, działając jak potężny planetarny klimatyzator. Po jego „wyłączeniu” temperatury Arktyki szybują.

Nietypowe skutki ogrzewania się Arktyki

Na północy Ziemi działa więc wyjątkowo silne pozytywne sprzężenie zwrotne. Im mniej lodu, tym prędzej nagrzewa się region – przyspieszając dalsze topnienie lodu. Wzrost temperatur to jednak zaledwie pierwszy efekt tego procesu. On sam wywołuje kolejne, niekiedy zupełnie nieoczekiwane skutki

Jeden z nich został właśnie opisany w artykule opublikowanym czasopiśmie „Limnology nad Oceanography”. Grupa naukowców m.in. z niemieckiego Instytutu Alfreda Wegenera, przewiduje, że ocieplanie się Arktyki poskutkuje jej „zmeduzowieniem” (ang. jellification). Innymi słowy, północy rejon Ziemi czeka prawdziwa inwazja wielkich meduz, dotychczas trzymających się bardziej na południe.

Jak przeprowadzono badania?

Naukowcy skupili się na ośmiu gatunkach meduz. Wybrali takie, których rozprzestrzenianie się zostało najlepiej przebadane. Reprezentatywny dla meduz zestaw obejmował m.in. nieduże stułbiopławy Aglantha digitale, mające zaledwie kilka centymetrów. Arktyczne eskapady tego przezroczystego zwierzęcia, wyróżniającego się zdolnością błyskawicznego rzucenia się do ucieczki, wcześniej śledzili m.in. polscy biolodzy z Instytutów Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego i PAN.

Na drugim końcu skali znalazła się natomiast największa meduza świata, czyli bełtwa festonowa (Cyanea capillata). Ten gatunek zasługuje na miano monstrum wśród meduz – może mieć średnicę ciała wynoszącą dwa metry i czułki sięgające 30 m! Dodatkowo bełtwa wyposażona jest w parzydełka. Kontakt ze zwierzęciem bywa więc bolesny.

Naukowcy najpierw zebrali dane opisujące, gdzie meduzy pojawiają się obecnie. Następnie zbudowali model przewidujący, jaki będzie ich zasięg występowania w drugiej połowie tego wieku. Model uwzględniał postępujące zmiany klimatyczne, czyli ocieplanie się wód oceanicznych i zanik lodu, w scenariuszach średnio i szybko postępującego ocieplenia klimatu. Uwzględniał również zmiany temperatury wód w przekroju pionowym – szczególnie istotne dla meduz żyjących nieraz na znacznych głębokościach.

Gigantyczne meduzy w wodach Arktyki 

Co przewiduje model? Zasięg większości badanych gatunków poszerzy się, a meduzy zaczną pojawiać się coraz dalej na północy. Największej ekspansji mogą dokonać bełtwy festonowe, jako gatunek rodzimy dla Morza Arktycznego i Północnego. Naukowcy przewidują, że zasięg występowania bełtw powiększy się nawet trzykrotnie.

Oczywiście proces „zmeduzowania” Arktyki nie jest wyłącznie sprawą przyszłości. Trwa już od pewnego czasu. Charlotte Havermans, główna autorka badań, powiedziała „New Scientistowi”, że w okolicach archipelagu Svalbard meduzy już teraz wygrywają z dorszami, utrudniając rybołówstwo. – Mogą naprawdę wyprzeć ryby, których już prawie tam nie ma – zauważyła badaczka.

Źródła: New ScientistCommunications Earth&EnvironmentLimnology nad Oceanography.