Miałem kiedyś pewnego naczelnego (ssaka, ale i redaktora), który powiedział mi coś takiego: „Człowiek jeździ po całym świecie, a na koniec i tak dochodzi do wniosku, że najfajniejsze są Włochy”.

Byłem wtedy młodym gostkiem, który dopiero polizał naszą planetę i chciał więcej, zatem nieszczególnie mu wierzyłem. Mój szef był bogaty jak cholera, więc uznałem, że jest zblazowany i we łbie mu się przewróciło. Minęła dekada, trochę już pojeździłem, ale bogaty nie jestem i w związku z tym nie straciłem kontaktu z  rzeczywistością, a mogę nawet zaryzykować tezę, że jestem dość normalny. I, kurczę, on miał rację, ten naczelny. Faktycznie, wiele już widziałem, ale Włochy to mistrzostwo świata.

To chyba jedyny kraj na świecie, który ma tyle beznadziejnych rzeczy, a mimo wszystko jest tak wspaniały. Bo wiadomo przecież, że włoskie samochody są tak tandetne, jakby produkowali je w Związku Radzieckim. Włoska telewizja, z wielkimi blondynami obwieszonymi brylantami i z uśmiechami błyszczącymi jak wystawa Swarovskiego, też budzi politowanie, choć obywatel kraju, w którym brzuchaci rolnicy skaczą do wody w ramach show, nie powinien zbytnio wybrzydzać.

Futbol włoski to już kompletna tragedia i nudziarstwo, że nie wspomnę o przekrętach i ustawionych meczach. No i o tym teatrze odstawianym, gdy jakaś piłkarska panienka z warkoczykiem zostanie lekko muśnięta i zwija się, jakby jej nogi urwało pod Verdun. Tym bardziej wkurzające jest to, że czasem coś wygrywają. I co tam jeszcze jest? Chamscy kelnerzy w Wenecji, Mussolini, najbardziej groteskowy dyktator wszech czasów. Berlusconi, najbardziej groteskowy premier wszech czasów, mafia oraz Włosi zawsze nieznośnie eleganccy, a w wersji sportowej obwieszeni gadżetami i odziani w liliowe uniformy.

Ale… co to ma za znaczenie, gdy siedzisz sobie na rynku w zwykłym włoskim miasteczku Rodi Garganico. Żadna tam Florencja. Nie ma rzeźb Michała Anioła, nie ma mistrzów quat­trocenta. Ale z jednej strony kościółek z XV w., zaraz z drugiej z XVII, kamieniczki też parę setek lat mają, ale wcale się z tym nie obnoszą, bo we Włoszech to żaden powód do dumy. Ot, zwykłota.

Ten bezpretensjonalny urok, taki mimochodem roztaczany, bez nadęcia, bez dumy, bez zachwytu samym sobą, to jest coś, co każe do Włoch wracać. Co zmusza, przepraszam za odrobinę patosu, je uwielbiać. A jeszcze z tego placyku widać morze, w którym właśnie zanurza się słońce, do tego pasta z owocami morza i wino, które wprawiają w zachwyt, chociaż są kompletnie nieekskluzywne. A jeszcze miejscowy pijaczek – jedyny w miasteczku – wygłasza przemówienie i w końcu żegna się z publicznością. – Buonasera, Rodi Garganico! – krzyczy wesoło, kłania się i idzie do domu spać.

Cudowny wieczór, chociaż za bardzo nie wiadomo dlaczego. I nie bardzo wiadomo dlaczego – zapada w pamięć na resztę życia. Ja już wiem, że Włochy są najważniejsze, ale odkładam je na deser. Do czasów, kiedy nie będzie mi się już chciało telepać jakoś strasznie daleko. A tak naprawdę to czekam, aż euro stanieje do 3 zł. Bo teraz to strasznie drogo w tym raju na obcasie.