Przelot na Filipiny samolotem Air China nie był zły, poza straszącymi zza okna chmurami burzowymi i turbulencjami. Klimat okazał się przyjemniejszy niż ten, który zostawiliśmy w Chinach. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Po odespaniu podróży pierwszy posiłek w przyjemnej restauracyjce gdzieś w Centrum Handlowym. Jedzenie na liściu bananowca a ze sztućców tylko widelec i łyżka. To pozostałość po Hiszpanach, którzy uznali, że noże w rękach Filipińczyków to niedobry pomysł.
Po obiedzie ruszyliśmy do "Tiendecitas". Przyjemny, na szczęście zadaszony ryneczek z rękodziełem i nie tylko. Ceny bardzo niskie i na dodatek należy się targować. Zaczęłam się też przyzwyczajać do wszechobecnego "Maaam" (Madam) i Sir. Na Filipinach angielski nie jest problemem a w taki właśnie sposób wszyscy zwracają się do każdego kto wygląda jak turysta. Po krótkich oględzinach zostało nam sił na zwiedzenie "intramuros" ale niestety już w deszczu. Tak to jest jak się wybiera na podróż porę deszczowo burzową. Choć temperatura była wysoka, zazwyczaj ponad 30 stopni, to deszcz i burze były bardzo częste.
Do Intramuros wróciliśmy następnego dnia, ze słońcem i ogromnym upałem. Przemieszczaliśmy się taksówką, co niekiedy było sporym wyzwaniem. Często kierowca odmawiał nam mówiąc że nie chce gdzieś jechać, albo żądał dodatkowych pesos za korki na ulicach. Nie sposób też nie wspomnieć o klimatyzacji. Wszędzie ustawiona na najchłodniejszy tryb. Różnica temperatury między wnętrzem a świeżym powietrzem była czasem powalająca.
W słoneczny poranek wszystko wyglądało lepiej. Obejrzeliśmy Casa Manila czyli dom w stylu hiszpańskiego kolonializmu, Katedrę która systematycznie była niszczona przez trzęsienia oraz najstarszy kościół- Świętego Augustyna.
Cały czas towarzyszyli nam kierowcy na "trzycyklach" oraz woźnicowie z końmi, które wyglądały jakby miały zaraz paść z gorąca. Często też zagadywali nas sprzedawcy parasoli, kapeluszy a nawet żebrzące dzieci.
Następnym punktem był Fort Santiago. Dobrze zachowany i naprawdę warty zobaczenia. Wewnątrz odtwarzana była cały czas ta sama piosenka stwarzająca klimat rodem z telenoweli. Grube mury dały chwilę wytchnienia w cieniu.
Ostatnim punktem tego dnia był Uniwersytet. Najstarszy w Azji, założony przez Hiszpanów. Uniwersytet akurat tętnił życiem i musieliśmy zameldować się u ochrony żeby móc wejść na kampus.
Ochrona jest bardzo częsta nawet w Centrach Handlowych torebki i wchodzący są sprawdzani.
Dzień zakończyliśmy wizytą w jednym ze SPA, bo jest to również atrakcja w bardzo przystępnej cenie.
Następnego dnia wybraliśmy się zobaczyć wulkan. Wulkan Taal to wulkan znajdujący się na jeziorze a w jego kraterze jest kolejne jezioro. Warto wspomnieć że wulkan nadal aktywny. Pojechaliśmy autobusem (który cudem znaleźliśmy po odsyłaniu z miejsca na miejsce na właściwy przystanek). Na miejscu przesiedliśmy się na "trzycykl" i ruszyliśmy w dół do jeziora. Droga nie trwała długo ale nawet mimo krótkiego przejazdu mogliśmy zobaczyć ślady po tajfunie który przeszedł miesiąc przed naszym przyjazdem. Jak dowiedzieliśmy się później od jednej z kobiet, wiele osób zginęło w tej okolicy, a wody jeziora podniosły się naprawdę wysoko.
Targowanie się o cenę wynajmu łodzi zajęło nam trochę czasu, ale ostatecznie zgodziliśmy się i ruszyliśmy na wulkan. Ostatecznie nie zgodziliśmy się na konia, ale przewodnik musiał z nami iść (choć wcale nie był on potrzebny. Ścieżka do krateru jest jedna i raczej nie ma możliwości się zgubić). Przewodnik w ramach zemsty za niewynajęcie koni zafundował nam ostre tempo wspinaczki i po 15 minutach byliśmy już na górze. Trochę się zasapałam, to trzeba przyznać, ale gdy przewodnik zapytał jak mi się spacer podobał zagryzłam zęby i z uśmiechem odparłam że bardzo mi się podobał.
Krater wygląda imponująco, zwłaszcza z unoszącymi się gdzieniegdzie wyziewami. Nam klimatu dopełniła nadchodząca burza z grzmotami w tle. Schodziliśmy już wolniej, ale w drodze powrotnej na ląd dopadła nas ulewa i wiatr. Na szczęście bangka, czyli tradycyjna łódź filipińska jest stabilna i dotarliśmy cało do brzegu. Niestety przemokliśmy do suchej nitki i powrót autobusem- zamrażarką do Manili (4 godziny z racji korków) nie należał do przyjemnych.
Na zakończenie dnia wybraliśmy się poznać życie nocne miasta. Zawędrowaliśmy do kilku klubów o różnej reputacji. Podobno Filipińczycy śpią tylko 4 godziny. I daje się to odczuć. Niestety da się również zaobserwować dorosłych i dzieci śpiących na ulicy.
I tak około 3 w nocy zakończył się 3 dzień szybkiego zwiedzania Manili. Następnym punktem wizyty na Filipinach była wyspa Coron.
Zainteresowania: Ekologia, Fotografia, Podróże
| Quizy: | ilość: 8 | punkty: 56 |
| Konkursy: | ilość: 5 | punkty: 250 |
| Relacje z podróży: | ilość: 1 | punkty: 30 |
| Suma | 14 | 336 |
| Zobacz jak naliczane są punkty | ||
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.