Dzień -1
Wieczorne pakowanie poprzedzone umieszczeniem dzieci i zwierząt w zaprzyjaźnionych domach. Oczywiście Ala z Figulą u Babci. A wszystko to po fajrancie o 2000. Uff! Jeszcze tylko nastawić budzik na 0245 i można gasić światło. Trzeba szybko spać, jest 2345.
Dzień 0
Budzik!! Środek nocy. Już po chwili siedzę na sedesie porządkując myśli i staram się nie zasnąć
Samochodem na lotnisko, ruch znikomy, po 15 min mijamy granicę Warszawy i Daga zamawia taxi. Korzystamy z Elle – polecił ją wczoraj Paweł. Przed parkingiem już czeka na nas taryfa; chwila walki z bramą (jak zwykle trzeba użyć pilota od środka), samochód zostaje a my taksówką jedziemy dalej.
Terminal I okazuje się nie być Etiudą ( o czym byłem głęboko przekonany) – cóż – podróże kształcą. Kolejka przed stanowiskiem Itaki – wysyłam Dagę do hali odpraw a sam dołączam do niej po odebraniu biletu – decyzja słuszna bo ostatnio siedzieliśmy oddzieleni korytarzem. Stoimy na początku wydłużającej się błyskawicznie kolejki. Obok tworzy się ukradkiem druga kolejka dla cwańszych i w swojej ocenie lepszych – nagle stop – gość z deską do kate surfingu przytroczoną folią do walizki nie chce przyjąć do wiadomości że musi dopłacić. Natychmiast z tyłu kolejki ruszają 2 podstarzałe lale ( matka z córką?) i próbują wepchnąć się przed nas wykorzystując że nasza kolejka rozdwaja się do 2 stanowisk. Usadzone przez Dagę, odęte, z głupawym komentarzem zawracają.
Jesteśmy w samolocie, 45 min opóźnienia (spędzone na płycie) i start. Boening 737/800, zupełnie fajna linia czeska, mówią po czesku i angielsku – spoko. Zarzucamy śniadanko i w kimę.
Daga twardo śpi, ja nie mogę zasnąć. Z rosnącą fascynacją obserwuję kilkudziesięcioosobową grupę powoli rozwijającą dominację nad samolotem. Wśród wielu wulgaryzmów przebija się jedno słowo-klucz KAPAROL. Pijani jak świnie, zaczepiający pasażerów, „śpiewy hulanka swawola” , stewardesy bezradne – porażka.
Po 5 godz. dolatujemy do Bahrainu. Nad Zatoką Perską wreszcie bezchmurne niebo. GPS pokazuje wybrzeże Kuwejtu, na dole widać liczne platformy i inne industrial. Godzinę krążymy nad Bahrainem, agresja wesołej wycieczki osiąga apogeum i muszę interweniować u szefowej pokładu. Nasze 2 zakupione w Baltonie piersiówki leżą nienaruszone – wstyd się napić, jeszcze ktoś pomyśli że jesteśmy z nimi a poza tym można się spodziewać wizyty policji po wylądowaniu.
Tranzyt w Bahrainie około 40 min. Lotnisko full wypas: Porche, Rolex – te klimaty, arabki pokazują twarz (nie wszystkie).
Po powrocie do samolotu drobna scysja z gośćmi KAPAROLU siedzącymi przede mną próbującymi kontynuować chlanie z butelki Jacka Danielsa zakupionej na lotnisku; głośna wymiana poglądów i flaszka ląduje w depozycie u załogi.
Podają obiad (miłe zaskoczenie – miało nie być cateringu) – rekompensata za dużą colę zabraną nam na Okęciu (a Alka tak bardzo chciała ją wypić w domu). Dyskretnie rozpijamy Ballentaina i już prawie czas lądować. Wypełnione wnioski wizowe wręczamy na bramce, Już Sri Lanka. Kaparol jedzie na objazdówkę – wsiadają do innego autobusu – ulga.
Wąskim asfaltem klimatyzowany autokar wiezie nas przez opustoszałe wioski. 1,5 godz. i hotel. Niestety, nikt na nas nie czeka. Pijemy kawę, testuję nieczynny basen, drink na dobranoc i spać; tu jest 2350 (+4,5 godz.).
Dzień 1
Cudnie. Boli głowa ale po nawodnieniu i Apapie ból ustępuje. Wita nas mały, kameralny, klubowy hotelik. Dzień zaczynamy śniadaniem. Mnie zachwycają małe kwaskowe banany, Dagę zielona papka ze słodkich ziemniaków (według informacji na stojącej obok wazy tabliczce - poprawia cerę).
Leżaki przy plaży zajęte, przynosimy sobie znad basenu – jutro trzeba zabezpieczyć przed śniadaniem.
Plaża piaszczysta, publiczna, niezbyt czysta ale śmieci głównie naturalne, przeważają resztki palm i różnego rodzaju orzechy (od 5 do 20 cm). Katamarany wiosłowe we wszystkich barwach okazują się być z laminatu; to sprzęt tutejszych rybaków.
Miejscowi nienachlani ale jak wszędzie czatują na turystów. Mamy bazę w palmowym gaju porośniętym trawnikiem z czegoś przypominającego szczaw. Kontrola palmy nad nami (podobno ileś zgonów rocznie powodują kokosy spadające na głowę) i spać.
Budzi mnie przeraźliwy skrzek. Ptaki mniejsze od gołębia, czarne, z dużym dziobem (mikro kruki?) I wszędzie wiewiórki biegające po leżakach, palmach, trawie; i … nietoperze. Wielkie ( około 1 m), latają w pełnym słońcu między palmami. Biegnę po aparat – super zdjęcia. Na plaży zaczepia nas Selesh – mały sympatyczny gostek w czerwonej koszulce z orzełkiem. Pokazuje rekomendacje i album. Popijając przez słomkę mleczko z kokosa podejmujemy rozmowę o planowanych wycieczkach. Próbuje mówić po polsku (pojedyncze słowa), angielski zna słabo ale jest miły i komunikatywny. Rekomendacje ma imponujące, ceny też. Umawiamy się na popołudnie.
Spotkanie z rezydentką i lunch. Lunch super, spotkanie jak zwykle.
8 osobową grupą Polaków ponownie spotykamy Selesha. Ustalamy cenę 140$ (my w rupiach bo wszystkie dolary wymieniłem na lotnisku – jak się okazało niepotrzebnie – bo w black market dają lepszy kurs). Jedna para odpada a my umawiamy się na sobotę rano na 2 dniową eskapadę w interior. Resztę dnia wypełniają krótkie drzemki na leżakach przedzielone skokami do numeru na numerek (masło maślane). Kolacja – fajne owoce morza, jeszcze fajniejszy bakłażan. Animacji nie ma (na szczęście), nawadniamy się sodą, kawka z imbirem (świeżym), kolejny arak (rewelo!) przed i po wieczornej eskapadzie na plażę, drink na dobranoc i lulu.
Dzień 2
Po 11,5 godz. snu budzę się jak świeżo narodzony. Poranna tabletka przeciw nadciśnieniu (cóż, starość nie radość) i idę zarezerwować leżaki. Daga walczy ze strasznym karaluchem; idziemy uczcić zwycięstwo śniadaniem.: Daga powtórka z papki, ja owoce. Spacer plażą, kąpiel w falach i spotkanie z rybakami. Wypływają o 0200 AM i wracają około 0600, w dzień kolejny połów. Fotografuję
katamarany przechodzące przez fale przyboju a po ich powrocie ryby, niezbyt duże, różne. Wokół chude psy cierpliwie czekające na swoją kolej. Postanawiam wybrać się z nimi (rybakami, nie psami) na połów. Wczoraj spotkaliśmy tutejsze koty. Są jak nasz domowy reks – długo kończyste, piękne. Spotkaliśmy też gościa z małpką. A jutro – witaj przygodo.
Dzień 3
0515 telefon – zamówione wczoraj budzenie. Nieprzytomni bierzemy szybki prysznic, zęby, golenie; chwytamy zapakowane wczoraj plecaki i do recepcji po lunch boxy. Portier otwiera nam cafe korner, wczorajsza letnia kawa z obowiązkową łyżeczką świeżego imbiru stawia nas na nogi.
0530 są wszyscy: 4 pary w tym 2 starsze od nas. Po chwili oczekiwania zjawia się bus: toyota hiace podwyższona, wysiada Selesh. Ubrany jest jak drwal na święto lasu: prasowany spodzie, koszula z długim rękawem, but garniturowy ze szpicem. Ruszamy. Wokół „egipskie ciemności” otaczają opustoszałą drogę. Wraz ze światłem pojawia się ruch uliczny. O 0615 jest już całkiem jasno. Mijamy kolejne biedne wioski i wjeżdżamy w góry. Pierwszy przystanek przy plantacji kauczuku. Drzewa nie robią wielkiego wrażenia ale nie posadzili ich tu dla urody. Przewodniczka robi na pokrytej bliznami, oddartej z kory powierzchni drzewa kolejne nacięcie i już po chwili do podwieszonej na pniu połówki łupiny kokosa zaczyna spływać biały gęsty płyn – maczamy palce – w konsystencji przypomina płynną, szybko schnącą gumę – w zapachu też. Obowiązkowy napiwek (nie mniej niż 100 rupii) i w drogę.
Po kolejnej 1 godzinie drugi przystanek: mała plantacja ananasów. Stajemy się ekspertami od sadzenia, plant a także od rozróżniania dojrzałych owoców. Przy okazji oglądamy pieprz – olbrzymie pnącze wspinające się po drzewach; robimy sobie zdjęcia z ponad metrowej długości ogórkami (prawdziwe węże) i siadamy do degustacji świeżo zerwanych ananasów (oczywiście rdzeń wędruje do kosza) i czas ruszać. Po drodze oglądamy dziwne drzewo z owocami do 2o kg (jadalne!), pola herbaty i dojeżdżamy do głównej atrakcji dnia: słonie. 2000 rupii kosztuje nas przejażdżka na słoniu z obowiązkową kąpielą w rzece i prysznicem. Każdy strzał trąby to około wiadro wody – wrażenie niesamowite, zdjęcia też. Chwilę później sierociniec. Około 80 słoni, pokaz karmienia noworodków z butelki, pokaz pracy słoniem przy transporcie pni drzew. Robimy zdjęcia z olbrzymim samcem z długimi kłami (tylko 10% populacji samców ma kły a tutaj tylko jeden), obowiązkowe zbliżenie na fallusa w erekcji i szybko przemieszczamy się nad rzekę by zająć dobre miejsca obserwacyjne. Po kilku minutach przychodzą słonie i stopniowo wypełniają szeroką, pełną skał i bystrzyn rzekę. Niektóre (najwyraźniej samotne samce) przypinane są przez Karnaków do metalowych kółek wbitych w głazy, inne w mniejszych i większych grupach oddają się kąpieli. Zjawisko wprost niesamowite: kładą się tak że niektórym spod wody wystaje tylko trąba stercząca niczym peryskop. Część par oddaje się wyrafinowanej grze wstępnej trąbami; maluchy bawią się przy rodzicach w wodzie. Na przeciwległym brzegu rzeki grupuje się część stada (głównie młodzież) to bawiąc się pniami drzew, to obrzucając się piaskiem., to znów znikając za okolicznymi skupiskami drzew i pojawiając się na nowo. Można by tu siedzieć i patrzeć bez końca ale cóż, program wycieczki jest bogaty i czas ruszać w drogę. W samochodzie sauna po chwili zamienia się w przyjazny chłód, przepocone t-shirty wysychają a my uzupełniamy elektrolity i płyny. I znów nasza toyota wspina się wąską, krętą, zacienioną drzewami drogą to wyprzedzając liczne samochody, tuk tuki, rowery, to znów uciekając na pobocze spychana bez pardonu przez szarżujące autobusy i ciężarówki. Ruch lewostronny i prawo silniejszego (większego) – aż dziw że mają tak mało wypadków. Kolejny krótki przystanek dla udokumentowania istnienia setek nietoperzy na jednym drzewie. Po serii zdjęć wyraźnie zaniepokojone naszym zainteresowaniem wzbijają się w powietrze wypełniając na chwilę całe niebo – niesamowity widok.
Ruszamy dalej. Po chwili gwałtowne hamowanie – wychylony przez okno fotografuję prowadzonego przez hinduskę na smyczy jeżozwierza (oczywiście napiwek). Kolejny stop. Selesh stara się jak może urozmaicić nam wyprawę i po chwili degustujemy czerwone banany – rewelacja.
Kolejne miasteczko i fabryka herbaty. Po degustacji oglądamy kolejne etapy produkcji z użyciem sprzętu z XIX wieku . Super. Zakupy w przyfabrycznym sklepie i przyjeżdżamy na plantację na kolejną sesję zdjęciową poświęconą herbacie i ocieniającym ją drzewom eukaliptusa. Przy kolejnym postoju na punkcie widokowym w górach fotografuję dziwny, zrobiony z owoców i liści twór podwieszony pod zderzakiem. Jak się dowiaduję od Selesha ma on nam na równi z posążkiem Buddy, maską na tablicy rozdzielczej i ofiarą do skarbonki przy przydrożnej kapliczce (Buddy) zapewnić nam szczęśliwą i spokojną podróż.
Kolejny punkt programu to ogród botaniczny. Imponująca, założona przed 300 laty kolekcja drzew i innych roślin tropikalnych. Olbrzymie liany mogące utrzymać człowieka zwieszają się z ponad 100 letnich olbrzymów. Przewodnik opowiada o historii parku i cechach poszczególnych roślin. Pokazuje lokalny przysmak który podobno wonią szamba odstrasza mniej odważnych amatorów degustacji. Niestety teraz nie sezon. Chwila odpoczynku pod olbrzymim parasolem ocieniającym 3000m2 opartym na kilkunastu pniach olbrzymim rozłożystym drzewem i ruszamy dalej.
Muzeum masek – kolejny punkt wydawania kasy dla turystów. Dojeżdżamy do Kandy mijamy duże grupy pomarańczowo ubranych mnichów buddyjskich, mijamy świątynię i udajemy się dalej – do hotelu. 3 kwadranse odpoczywamy w hotelowym basenie, zdjęcia z balkonu: (uwaga na małpy informacja wisząca na szybie balkonu potwierdza się gdy upuszczam banana) piękny widok na sztuczne jezioro w środku miasta i posąg Buddy na przeciwległym brzegu.
Ruszamy do pobliskiego amfiteatru gdzie odbywa się przeznaczony dla turystów pokaz tańców narodowych. Naprzemiennie męskie i damskie grupy, kolorowo ubrane, przy przeraźliwym dźwięku bębnów demonstrują około 15 tańców narodowych. Na nas, profanach jeśli chodzi o ten rodzaj sztuki wrażenie robią jedynie kolorowe demoniczne maski. Przechodzimy do zewnętrznej części amfiteatru gdzie oglądamy pokaz chodzenia po rozżarzonych węglach – to naprawdę robi wrażenie. Po pokazie szybko przenosimy się do Świątyni Zęba Buddy, gdzie właśnie ma być jedna z 3 w ciągu doby odsłon hełmu zawierającego cenną relikwię. Uprzedzeni przez Selesha ubrani jesteśmy w długie spodnie i zakrywające ramiona koszule. Przechodzimy przez 2 kolejne kontrole (wprowadzone po zamachu bombowym w którym 6 terrorystów indu wysadziło się w powietrze przy pomocy 200kg ładunków wybuchowych niszcząc 80% budowli i zabijając licznych pielgrzymów). Oddajemy torby do przechowalni i prowadzeni przez przewodnika wchodzimy wraz z tłumem do świątyni. Przewodnik, płynnie mówiący po angielsku hindus okazuje się być misjonarzem buddyjskim. Jego charyzma trochę nas przeraża. Podziwiając kolejne wota i posągi Buddy z różnych okresów i regionów kultu powoli wraz z tłumem zbliżamy się do relikwii. Zgodnie z zaleceniami staramy się nie uwieczniać na zdjęciach żywych osób, chociaż kusi by sfotografować licznych tu mnichów buddyjskich i uwiecznić się samemu na tle posągów.
Powoli, dzieląc się wrażeniami opuszczamy opustoszałą w międzyczasie świątynię. To już koniec wrażeń na ten dzień. Krótka trasa do hotelu , kolacja i zasiadamy wspólnie z naszym opiekunem i kierowcą przy basenie, by przy butelce araku podsumować ten naprawdę cudowny i pełen wrażeń dzień.
Dzień 4
Budzący telefon, szybkie mycie i już jesteśmy gotowi. Pakowanie nie przysparza problemów – trzeba po prostu zabrać wszystko co tu przywieźliśmy. Pierwsza przygoda czeka nas już po zejściu na śniadanie gdzie jesteśmy świadkami jak małpy skradając się by przechytrzyć hinduską obsługę szybkim skokiem zdobywają stolik by po chwili uciec ze skradzionymi bananami i pieczywem. Niestety akcja toczy się zbyt szybko by ją uwiecznić schowanym w plecaku aparatem. Po chwili nadrabiamy stratę fotografując już z samochodu całe rodziny małp zbiegające się do rzucanych na ziemię bananów. Po chwili 1 oficjalny punkt programu: świątynia hindu.
Choć ma tylko 300 lat a większa część budowli jest wręcz współczesna to i tak robi wrażenie. Obserwując straszliwe, wrogie naszej kulturze postacie bogów przestajemy się dziwić generowanej tu nienawiści. O ile buddyzm wzbudził refleksję, tu raczej budzi się groza. Ruszamy dalej.
Kolejny przystanek park korzenny. Przewodnik oprowadza nas po zacienionej, bardzo zadbanej, przepięknej ekspozycji rosnących tu roślin. Fotografujemy kolejno: chili, pieprz, drzewo sandałowe, wanilię, goździki, kurkumę, kakaowce i wiele innych roślin dla których ta wyspa stanowiła tak cenną kolonię Portugalii. Przytłoczeni ilością i różnorodnością oglądanych roślin oraz ich tak licznymi zastosowaniami dochodzimy do miejsca gdzie kolejny przewodnik omawia ich przetwory. Po chwili chętni zdejmują koszule i lokalni masażyści przystępują do pracy z nadzwyczajną łatwością odkrywając problemy stawowe każdego z nas. Po 1 godzinnym masażu i demonstracji w pełni przekonani przystępujemy do zakupów w tutejszym sklepiku. Mimo wysokiej ceny decydujemy się nabyć zestaw na mój wysoki cholesterol oraz kremy dla Dagi. Kremy szybko okazują się super, co do cholesterolu to okaże się w kraju
Pełni wiórków i mleczka kokosowego, zrelaksowani masażem ruszamy dalej. Mijamy świątynię Dambulla by po kilkunastu kilometrach remontowanej drogi dojechać do Sigirii. Po drodze sesja zdjęciowa na polu ryżowym. Sigiriję trudno opisać. Tą wznosząca się na 200 m skałę przebudowano na monstrualną fortecę; jest to po prostu VIII cud świata. I mimo towarzyszącego upału pełni entuzjazmu pokonujemy 1200 schodów dzielących nas od szczytu. Mijamy kolejno 2 warstwy murów obronnych, fosy (gdzie niegdyś żyły krokodyle), baseny, ogród skalny, tarasy. Przed nami wreszcie skała właściwa a na niej niesamowite malowidła sprzed 1600 lat i równie niesamowite widoki. Po chwili zasapani i mokrzy osiągamy platformę lwa i odpoczywamy fotografując liczne tu małpy. Ostatni etap – podejście do paszczy lwa – mimo iż z dawnej monumentalnej sylwetki wielkiego kota pozostały już tylko kamienne wielkie łapy to i tak podejście po szerokich na 50 cm metalowych schodkach wiszących nad przepaścią robi wrażenie.
Na górze pozostałości zespołu pałacowego i jak zwykle zajebisty widok. Schodzimy mijając kolejne naturalne, stworzone przez złączone głazy wrota zastanawiając się jakim frajerem musiał być król który dał się stąd wywabić i zabić.
Droga powrotna od niewielkiego targowiska z pamiątkami u podnóża twierdzy do naszego busa to nasz największy w życiu sukces w targowaniu zakończony zakupem za 2200 ręcznie robionej i tradycyjnie malowanej przeraźliwej maski.
Wracamy; dojeżdżamy do Dambulle. Świątynia to kolejne kilkaset schodów w upale. Całe szczęście że zrezygnowaliśmy z lunchu. Idę dzielnie pokonując schody gdy nagle nadbiegająca z przeciwka małpa wyrywa mi z ręki kwiatek który miałem ofiarować Buddzie – o mało nie umarłem ze strachu.
W kolejnych jaskiniach kolejne posągi leżącego Buddy (te z I w.n.e robią wrażenie), na dole – kolorowo – złoty kicz.
Wracamy. Przed nami 5h jazdy. Po drodze Suresh kupuje tutejsze miseczkowate naleśniki co wydatnie podnosi nastrój. Kontaktuje się też z hotelem zamawiając nam kolację do numeru – na tą w restauracji nie mamy szansy zdążyć. W hotelu jesteśmy przed zamknięciem baru- jest OK: przy piwku i araku podsumowujemy wyprawę. Jesteśmy zmęczeni ale było warto
Dzień 5
Dzień na plaży nam się marzy i oto jest; wypoczywamy pławimy się w oceanie wystawiając obolałe kończyny na ożywczy masaż.
Około 100 pojawia się Suresh. Podsumowujemy uzgodnione szczegóły jutrzejszego wyjazdu. Daję mu euro do wymiany – na czarnym rynku jest lepszy kurs niż w banku. Leżak – bar – ocean – plaża bar : super, pod warunkiem że nie trwa to zbyt długo. Budzenie zamówione, lunch boxy też, plecaki spakowane, idziemy spać. Przed nami kolejna porcja wrażeń za 145$/2 dni/osobę.
Dzień 6
Rano to już rutyna. W 15 min jesteśmy gotowi i ruszamy w ciemną noc. Tym razem to bus czeka już na nas. Wracam jeszcze pędem do numeru - zapomniałem osłony obiektywu – i – już jedziemy. Po chwili 1 przystanek: port w Kalutarze, codzienny ranny bazar rybny: olbrzymie tuńczyki >120kg; makrele, marliny, mątwy, rekiny, ryby koralowe. To wszystko robi wrażenie. Momo wczesnej pory panuje tu duży ruch, nic dziwnego, to miejsce zaopatrywania się wszystkich restauracji i hoteli regionu. Po sesji fotograficznej ruszamy w drogę.
Po kolejnych 20min skręcamy ku rzece i zjeżdżamy do przystani. Po chwili mała motorówka wiezie nas w górę rzeki. Mijamy kolejne pensjonaty, hotele. Czym dalej tym skromniej, wymarzone miejsce na małą własną rezydencję na stare lata. Fotografuję liczne tu warany - do 1,5 m, kameleony, legwany; widzimy zimorodka. Na chwilę zatrzymujemy sie przy małym katamaranie gdzie dyżurny tubylec umożliwia nam sesję zdjęć z małym i jeszcze mniejszym krokodylem które o dziwo nas się nie boją. Po chwili wpływamy w boczną odnogę rzeki. Otacza nas ponury półmrok namorzynowego lasu, co robi silne wrażenie. Po chwili przewodnik wypatruje małego, ale tym razem dzikiego krokodyla - którego mimo słabego światła udaje mi się uwiecznić. Ruszamy dalej. Kolejny przystanek to prywatna farma na której mnożone są żółwie morskie. Oglądamy wylęgarnię, fotografujemy się z kilkunastokilogramowymi różnokolorowymi stworami, cięższe podziwiamy w basenie. Najbardziej urokliwe są pływające w I basenie kilkucentymetrowe maleństwa które po wyjęciu z wody machają prześmiesznie zamienionymi w płetwy łapami chcąc wydostać się z powrotem do wody.
Jedziemy dalej. Tu powieść drogi przerywa krótki techniczny postój nad urokliwą zatoczką gdzie pijemy świeży (wyciskany) sok wieloowocowy. Po drodze wydatnie zmienia się wybrzeże. Długie, nieosłonięte niczym piaszczyste plaże omywane wysoką łamiącą się falą oceanu zastępują urokliwe zatoczki. Pominięte dziś ciekawe miejsca jak m/in Galle czy pomnik ofiar tsunami obejrzymy jutro w drodze powrotnej. Dziś spieszymy się na safari. Pomysł by nie wracać tą samą drogą upadł po konfrontacji z Sureshem - to tylko tak dobrze wygląda na mapie - w rzeczywistości przeprawa przez góry zajęłaby nam o wiele więcej czasu.
Około 1400 dojeżdżamy do hotelu. Z balkonu roztacza się malowniczy widok na pola ryżowe i pracujących na nich uzbrojonych w motyki chłopów i małe śmieszne 2 kołowe traktorki - najwyraźniej specjalność tutejszego rolnictwa. Spędzamy kwadrans w basenie graniczącym niemalże z oddzielonym wyłącznie siatką polem ryżowym. Śmiesznie jest tak stojąc w wodzie ze wzrokiem na wysokości gleby obserwować liczne brodzące wśród ryżu czaple. Ale czas goni, idziemy się przebrać i o 1430 pakujemy się na pakę przedpotopowego land rovera.
Po 20 km podskoków dojeżdżamy do bramy parku, gdzie aby ją przekroczyć okazują się niezbędne paszporty o czym zresztą Suresh uprzedzał). Safari trwa od 1500 do 1800, niestety czym bardziej ożywają zwierzęta tym mniej się robi światła dla aparatu. Nie jest to Kenia, ale wrażenia będą niezapomniane: a to wygrzewający się nad jeziorem krokodyl, a to pływający pelikan, mnóstwo pawi, zwierzyny płowej, różnorodnego ptactwa, dzików. Park przylega do oceanu gdzie roztacza się widok na przepiękną dziewiczą plażę. W licznych tu płytkich jeziorkach pławią się stada bawołów.
I wreszcie - "klu" programu - na odległym wzgórzu coś się poruszyło, wokół nas pojawia się nagle około 20 land roverów, wszystkie pełne turystów spragnionych wrażeń. Każdy wyciąga przed siebie swój obiektyw, choć tylko nieliczni mają szansę - ściągnięty 300mm zoomem lampart staje się ledwo widoczny dopiero po cyfrowym powiększeniu zdjęcia - nie jest to cud fotografii ale zawsze mogę bez ściemy powiedzieć że lamparta widziałem. Mam takie wrażenie że on mnie też.
Światło zamiera, życie ożywa, robię zdjęcie skrytego wśród gałęzi tukana - i to już niestety koniec bajki. Wracamy. Po 1/2 h podskoków dojeżdżamy do hotelu. Czas jest najwyższy, tyłek zamienił mi się w befsztyk. Szybki prysznic - jesteśmy cali w pyle - i kolacja a la carte - miłe zaskoczenie po hotelowym (skądinąd bardzo smacznym) bufecie.
Dziś pełnia, święto buddyjskie i towarzysząca mu prohibicja. Ale Suresh zaprasza na drinka (jego własna, oparta na tylko na spostrzeżeniach ocena Polaków daje do myślenia). Z dumą pokazuje kupiony wcześniej arak. Sącząc trunek omawiamy kolejny niezwykły dzień. Ze zdumieniem spostrzegam że nasz przewodnik zaczyna bełkotać. Na nieprzywykłego do picia zmęczonego małego hindusa alkohol zadziałał błyskawicznie. Dajemy sygnał do rozejścia się. Jutro też jest dzień.
dzień 7
Śniadanie również a la carte: przepyszny dżem ze skórek pomarańczy podany do naleśników to wyjątek w regule że Anglicy z najlepszych na świecie produktów robią najgorsze na świecie potrawy. Ruszamy w drogę. Nasz towarzysz ma ostre zatrucie, trzyma się dzielnie ale ciężka próba przed nim. Towarzysząca mu zona dokłada wszelkich starań, Suresh kupuje ludowe lekarstwo, my włączamy się nifuroksazydem i może wspólnymi siłami uda się go uratować. Czas pokazuje że z tych wszystkich zabiegów najskuteczniejsza okazała się coca cola. I przystanek przy znalezionym przeze mnie w przewodniku naturalnym syfonie - wybuchającym co kilkadziesiąt sekund słupem wody i pary na kilkanaście metrów w górę. Urokliwa zatoczka, lokalne sklepiki oferujące różnorodnych kształtów suszone ryby o jednorodnym zdecydowanym zapachu - super. Godzinę później zatrzymujemy się na chwilę przy świątyni i bazarku gdzie robię sesję zdjęciową wychodzących właśnie ze szkoły dzieci i kupuję na spróbowanie nerkowce- hinduska pakująca je do torebki palcami budzi nasz niepokój, ale raz się żyje. Brązowa otoczka okazuje się być łupiną a nie karmelem. Daga twierdzi że w Polsce są lepsze, ale mi smakują. Na kolejną moją prośbę przy kolejnym bazarku Suresh kupuje słynne w tym rejonie bawole mleko (zsiadłe, konfekcjonowane w glinianych prymitywnych misach zakrytych pergaminem obciągniętym sznurkiem i przetrzymywanych przez cały dzień na słońcu). Degustację odkładamy ze zrozumiałych (przynajmniej dla nas ) względów do jutra, gdy będziemy mieli do dyspozycji pokój z własną WC.
Po drodze do Galle zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przy łowiących z długich tyczek ludziach czaplach – obecnie łowią bardziej turystów niż ryby – nic dziwnego – w końcu turyści lepiej biorą.
Nie mogę się oprzeć i kupuję od jednego z rybaków prymitywny, wykonany z kokosa model katamarana. Chce za niego 400R, nie mam serca się targować. Z samochodu uwieczniam wyspę. Jakieś kuriozum: wg przewodnika to full exclusiv za 800$.dobę – w naszej ocenie warte co najwyżej 8$ (cóż, snobizm kosztuje). Zatrzymujemy się ponownie nad zatoką Unawatuna – wg przewodnika to super miejsce nurkowe – wg nas, totalna porażka. Są co prawda na brzegu 3-4 firmy PADI ale co z tego, gdy pływając w masce i rurce widzimy martwą w 90% rafę i to przy widoczności gdzie ledwo mogę obejrzeć własną nogę. Nie byliśmy jeszcze co prawda na Wielkiej Rafie Barierowej ale z dotychczas oglądanych w Meksyku, Kubie, Hawajach, Puerto Rico, Kenii i Egipcie te ostatnie (z wyłączeniem może Hurgady) były najlepiej zachowane. Po krótkiej kąpieli w urokliwej ( w części nadwodnej) zatoce ruszamy dalej.
Galle. Fort holenderski robi wrażenie aczkolwiek upał ogranicza nasze historyczno – militarne zapędy do eksploracji 2 fajnych murów i 1 bastionu. Zdjęcia udane – światła aż za dużo – i dalej w drogę.
Jadąc przez Galle mijamy obszary tragedii, nadal widać jakie spustoszenia zrobiła przed 5 laty fala tsunami. Stajemy przy pomniku poświęconym 1270 ofiarom największej w historii katastrofy kolejowej i 5000 ofiar wśród mieszkańców Sri Lanki. Przypomina mi się wczorajsze opowiadanie prowadzącego farmę żółwi Hindusa, który w tej katastrofie stracił rodzinę i dom a w wiosce zginęło ponad 150 osób. Po chwili po prawej stronie widzimy posąg Buddy ofiarowany pamięci ofiar tragedii przez rząd Japonii. Suresh jest z tego bardzo dumny.
Kolejny postój to kopalnia kamieni księżycowych. Model kopalni i film w języku polskim widzieliśmy już w pracowni jubilerskiej w Candi więc robimy tylko zdjęcia szybu (14m głęboki, korytarz poziomy do 20m, całość ocembrowana kijami, cały czas pracują pompy odprowadzając podchodzącą wodę) – robi wrażenie jego prymitywizm, przypomina się gorączka złota w XIX w – nic się w technologii nie zmieniło.
Oglądamy kamienie (półszlachetne i szlachetne ) w różnych fazach obróbki, od płukania na sicie do oprawy w złoto. I wreszcie – „klu” programu – sklep jubilerski. Oczywiście nie możemy się oprzeć i po chwili (1 chwila = 40 min, w tym dopasowanie i targowanie) Daga ma swój pierwszy w życiu pierścionek z kamieniem księżycowym.
Kolejny punkt programu to workshop batików i oczywiście sklep. Są piękne, na szczęście nie są niezbędne dla wystroju naszego salonu więc oszczędzamy 50$. Namówiony przez nas Suresh wynajduje niepozornie wyglądający lokal w którym zgodnie z naszym życzeniem zjemy posiłek z tubylcami. Siedzimy na balkonie nad portem rybackim, po nami po chwili z wody wyłania się wielka głowa – to około 1m długości żółw wynurzył się by zaczerpnąć oddech – żeruje w płytkiej wodzie portu wśród licznych tu śmieci. Kelner w popłochu podaje nam 4 łyżki i 2 widelce – to chyba wszystkie zgromadzone to sztućce – wszak miejscowi jedzą palcami. Po kolejnej chwili stają przed nami talerze z góra ryżu z owocami morza i przyprawami, do tego osobno kurczak w chili i jakby komuś było mało ostry gęsty sos chili. Pyszne, choć pali tak że domawiamy drugą kolejkę coli. A wszystko to za 400R/osobę – bajka.
Wracamy. Zapada zmierzch uniemożliwiając sfotografowanie mijających nas licznych przedpotopowych ciężarówek o drewnianej zabudowie pokrytej malowidłami. Do hotelu docieramy przed 1900 – więc udaje się nam jeszcze wypić strzemiennego z towarzyszami z poprzedniej wycieczki którzy właśnie szykują się do domu. Nam został jeszcze jeden tydzień.
dzień 8
Rano jogging od 0600 do 0630: bajka: parujący piasek chłodzi stopy ale już w drodze powrotnej upał. Zgodnie z obietnicą złożoną wczoraj Sureshowi siedzimy na plaży i namawiamy kolejną grupę Polaków aby powierzyła mu organizację swoich wycieczek. Jest naprawdę dobry i naszym zdaniem należy mu pomóc. Sesja zdjęciowa z oswojoną małpką która siedząc fotografowanemu na głowie nie umie się powstrzymać aby go nie iskać, z kobrą (na odległość) i pytonem. Kąpiele, Dagi drzemka i moje bazgrolenie. Nie mogę nagrać na MP3 - zawilgotniało w sejfie. Lunch i wreszcie można się napić.
Przed kolacją długo odkładany rekonesans na z/w hotelu: kilka sklepików z niczym, dzieci proszą o cukierki (zapomnieliśmy wziąć z Polski), tory kolejowe szersze niż w Polsce, poza tym nędza. Zdjęcia super kolorowego koguta i doszliśmy do asfaltu, nic nie ma, sprawdzamy ceny lokalnego tut tuka i wracamy do hotelowego getta.
dzień 9
Rano w recepcji spisaliśmy pociągi do Galle. Suresh odniósł sukces - 12 osób jedzie z nim jutro. Na terenie hotelu zaplątał się waran - próbował dostać się do hotelu ale obsługa go pogoniła. Duży nie był ale miał konkretny ogon. Daga przekonała się do tutejszego piwa. No i w sejfie zaparował aparat a wczoraj MP3. Klima musi chodzić non stop i suszyć a na następny wyjazd trzeba wziąć torbę i pochłaniacze wilgoci. Jutro znowu laba a w niedzielę pociągiem do Galle i dalej. A - i jeszcze jeden sukces poranny: 30 min joggingu - spacer, lepiej niż wczoraj. Sprawdziłem cenę wypłynięcia z rybakami na połów: 2000R (podniesione z 200R po chwili namysłu) - niech się gonią.
Dzień 10
Ranny jogging plażą. Po drodze wczorajsi rybacy – zeszli do 1500R, uzgadniamy że płynę z nimi w poniedziałek o 0600 za 1000R. Ryb złapią za 100-200R więc to i tak dla nich interes życia. Kończę bawoli twaróg – jest super, ale przy all inclusive nigdy nie jestem głodny. Wczoraj wieczorem udana sesja fotograficzna z gekonem – okazał się być trudnym modelem – chował się w cieniu i ciężko było złapać ostrość. Później dzika frajda – prawdziwie nasza, polska – zjawiła się para Polaków, od 2 dni szukają hotelu na zmianę, w żadnym nie da się mieszkać „fatalne warunki”, z naszego też odjeżdżają ze skwaszonymi minami – później będą opowiadać jak to na Sri Lance jest do dupy.
Wieczorny spacer do przedmieścia Kalutary – oczywiście plażą - umożliwił spotkanie z 1,5 m waranem leżącym na granicy morza i lądu: to wygrzewającym się na piasku, to chłodzonym omywającymi go falami przypływu. Początkowo myśleliśmy że nie żyje ale gdy kolejna fala zalała go w całości – leniwie przesunął się około ½ m w głąb lądu i ponownie nieruchomo zaległ.
Na plaży przy hotelu lokalna para młoda robi sobie zdjęcia przy nastrojowym świetle nisko wiszącego słońca. On, kurdupel okularach ubrany w czarny garnitur, ona, Azjatka młoda (chyba)w białej sukni z 3m długim welonem.
Dzień 11
0630 pobudka. Nogi bolą, Mikołaja nie było (jest 6 XII 2009) więc odpuszczam jogging. Aruwedyjskie lekarstwo na cholesterol (1 łyżeczka z dużej butelki +1/2 łyżeczki specjalnego miodu z małej butelki na ½ filiżanki ciepłej wody na czczo) i szykujemy się do ostatniej wyprawy.
Ruszamy w 2 tuk tuki, kurs ustalony na 200R, mamy godzinę do pociągu. Po 100 m tuk tuk zatrzymuje się w miejscu, za kierownicą zasiada ojciec zmieniając syna, spoko, 50 m dalej stop przed skrzyżowaniem, silnik gaśnie, zapala się, gaśnie ...po 10 min walki zmieniamy podwodę. Na stacji jesteśmy na 40 min przed odjazdem. Kupujemy bilety 120R/osobę(darmo) i idziemy wytracić czas na bazarku. Wchodzimy na peron na 10 min przed odjazdem, po kolejnych 25 min nadjeżdża expres. Robię zdjęcia od czoła, odnajdujemy 2 klasę i wsiadamy. Szukając wolnych miejsc dochodzimy do pierwszego wagonu, znajdujemy kilka rozrzuconych po wagonie 3 klasy miejsc siedzących (trudno, będziemy siedzieć osobno). Koszmarny upał, wilgoć, powietrze można kroić nożem. Po chwili pociąg rusza , powiew z okna ratuje nam życie. Po chwili nasuwa się sama I refleksja: gdyby to było w Polsce to przy tej ilości ludzi i temperaturze umarlibyśmy ze smrodu, a tu spoko. Standard pociągu jak w osobowym do Małkinii przed 25 laty. Za to za oknem przesuwają się szybko egzotyczne widoki. Współtowarzysze podróży spoglądają na nas dyskretnie, my na nich też. Siedząca obok mnie mała, może 3 letnia dziewczynka napotyka mój wzrok i pali się ze wstydu (zupełnie jak nasza Alka). Ze stacji na stację robi się coraz luźniej, na 5 przystanku z kolei wysiadamy. W pociągu udało się nam zebrać wywiad: cena tuk tuka to 70R/km. Ruszamy w 2 takie pojazdy do Kottawy. Co prawda napotkany w Kalutarze nauczyciel niemieckiego namawiał nas usilnie na obejrzenie laguny w Ambalangoda (mają tam być podobno wyspy, rafy, góry, krokodyle, mango i bóg wie co jeszcze, ale przynajmniej z pociągu żadnej laguny nie było widać). Droga mozolnie pnie się pod górę a nasze tuk tuki razem z nią. Po zjechaniu z głównej drogi zaczynają się góry ze stokami pokrytymi tarasowo układającymi się poletkami herbaty. Po chwili zatrzymujemy się na dopompowanie kół – chyba jestem za ciężki – hinduski kierowca patrzy na mnie z wyrzutem. Po kolejnych 10 min skręcamy z asfaltu i po chwili dojeżdżamy do lasu deszczowego. Wysiadamy. Kierowca i miejscowi mówią coś o pijawkach, nerwowo przebierają nogami i oglądają sobie wymownie stopy – pewnie nie chce im się iść. Nasi współtowarzysze wahają się, my nie przestraszeni ruszamy. Po chwili zatrzymuje nas olbrzymia pajęczyna, niestety mimo wysiłku nie potrafię jej w tym świetle uwiecznić. Daga pokazuje zabawną liszkę przemieszczającą się hożo po jej palcu – uznajemy że jest niewarta fotki – i ruszamy dalej. Nagle ścieżka zwęża się, dalsza droga wymaga odgarniania gałęzi. Po chwili robi się znów luźno. Robimy zdjęcia. Las nie powala, jedyne paprocie drzewiaste były przy szosie, wielkolistnych pnączy nie ma, ale nic to, ogólnie jest fajnie. Trochę zastanawia nie przygotowanie szlaku (w końcu to park narodowy) dla turystów. Nagle słyszę krzyk Dagi. Oglądam się. Liszki takie jak poprzednio ale różnej wielkości, to chodzą po jej nogach, to wpite w skórę zwisają nieruchomo. Pijawki !!! Patrzę na swoje nogi, to samo. Zrzucam crocsy, strzepuję, pstrykam, odrywam wredne, obrzydliwe gadziny. W międzyczasie ze zgrozą stwierdzam że coraz to nowe nałażą mi na nogi. Próbuję wytrzepać buty, porażka!
Zarządzamy odwrót. Z obrzydzeniem wkładam obwieszone pijawkami stopy w pełne pijawek crocsy i biegiem ruszamy do tuk tuka. Wpadamy na nieporośniętą roślinami drogę i w końcu światło. Odrywamy kolejne paskudztwa,. Te zrzucone próbują powrócić i wpić się ponownie w nasze stopy. Zaglądamy pod ciuchy: wielka, tłusta pijawa zwisa Dadze poniżej pępka. Z obrzydzeniem chwytam ją w dwa palce i odrywam – puszcza niechętnie i próbuje mi się wpić w palec. Nagle podejmuję decyzję ; przerywam czyszczenie, włączam aparat i ustawiam ostrość na pijawce wiszącej na moim paluchu. Wszyscy patrzą ze zdumieniem gdy wykonuję sesję fotograficzną. W końcu to jedna z największych przygód w czasie tej podróży. Skoro już i tak cierpimy, czemu mam jej nie uwiecznić? Usłużny stary Hindus podaje nam paczkę soli – nacieramy nią kończyny; walka dobiega końca, jeszcze tylko wytrząsnąć kilka gadzin z sukcesem dobierających się do mojego tyłka przez spodnie i wskakujemy do tuk tuka.
Stary Hindus wręcza mi bilety: 2x30R za tą przyjemność. Starannie odliczam zniszczone banknoty, Hindus bezceremonialnie wyjmuje mi z dłoni stówkę – jak rozumiem – reszty nie trzeba.
Jedziemy, patrzę która godzina i widzę gwałtowne krwawienie spod zegarka zalewające mi dłoń. Po odpięciu paska i oblizaniu nadgarstka widać sączącą rankę – pijawka już zdążyła odpaść.
Rykszarz stara się nas naciągnąć na dłuższą trasę proponując kolejne atrakcje. Odmawiamy. Okrężną drogą - łapiąc dodatkowe kilometry wiozą nas w kierunku stacji. Do odjazdu zostało 5 min, ponaglani rykszarze uspokajają nas: na pewno zdążymy – zapewniają. Coraz to zatrzymują się na 10-15 s uzgadniając coś między sobą. Wreszcie na kilkadziesiąt sekund przed odjazdem pociągu zatrzymują się około 1km przed stacją i próbują renegocjować stawkę. Z kilometrówki wynika że należy im się po 2800R a im to nagle urasta do 4500R. Oczywiście opowieść że tuk tuk nie jest jego i że wszystko idzie dla właściciela (ciekawe skąd właściciel wie, jaką stawkę za kilometr uzgodniliśmy?). Ucinamy szybko dyskusję zaokrąglając do 3000R za 1 pojazd i szybko dojeżdżamy do stacji. Wpadamy do kasy i widzimy właśnie odjeżdżający pociąg, następny za 45 min ale nie można się spóźnić bo kolejny dopiero po 3h. Z zakupionymi biletami udajemy się do parku by w cieniu rozłożystych drzew zjeść nasze lunchowe banany z widokiem na holenderski fort i ocean. Na peron wkraczamy na 10 min przed planowym odjazdem pociągu.
Peronowy dziurkuje nasze tekturowe bilety (takie jak przed 20 laty u nas). Pociąg już podstawili, wchodzimy do wagonu drugiej klasy, zajmujemy ostatnie wolne miejsca – sądząc po zapachu – niedaleko toalety. Ruszamy. I znów wędrujący sprzedawcy orzeszków, napojów, kandyzowanych krewetek, ciastek, chili i innych dziwnych rzeczy próbują zwrócić naszą uwagę mijając nas co około ½ góra 1 min. No i żebracy, kaleki - których nie widzieliśmy przez 10 dni pobytu – tak jakby wszyscy zgromadzili się właśnie w tym pociągu. Podróż mija szybko. Ze stacji bierzemy 2 tuk tuki i po 15min jesteśmy w hotelu. Szybka, odświeżająca kąpiel w oceanie by pozbyć się potencjalnie niezauważonych pijawek i zasiadamy z whisky w barze, gdzie zastaje nas tropikalna ulewa. Jej niespodziewany skutek to wywrotka jednej z Polek na śliskiej podłodze tarasu i złamanie szyjki kości ramiennej co potwierdza się w czasie wizyty w szpitalu w Kalutarze. Do rezydentki oczywiście nie udało się dodzwonić. Przez recepcję zamawiamy lekarza. Po potwierdzeniu że oczywiście zapłacimy, po zapowiedzianej ½ godz pojawia się karetka z elegancko ubranym, cały czas śmiejącym się, sympatycznym 40 letnim hindusem. Ręka zabezpieczona chustą trójkątną, wsiadamy do przyzwoicie wyposażonego ambulansu i jedziemy. Lekarz zawstydza nas trochę swoim biegłym angielskim. Szpital robi dobre wrażenie: czysto, jasno, przestronnie. Ludzi niedużo, sprawna obsługa – uśmiechnięta – nijak nie przypomina to naszych SOR ów.
Działamy według schematu: kasa>>konsultacja>>kasa>>RTG>>kasa>>unieruchomienie>>kasa>>odwóz ambulansem. Przyjmują Euro, Dolary, Rupie, karty kredytowe. Ceny nie powalają. Całość usługi zamyka się w 1h i wraz z odwiezieniem karetką do hotelu nie przekracza 100$. Jutro jeszcze konsultacja ortopedy ale wygląda na to że obyło się na strachu.
12 dzień
Odsypiamy wczorajszy, pełen wrażeń dzień. Nawet ocean jakoś leniwy dzisiaj., nie ma fal – po raz pierwszy. Czekamy na Suresha, trzeba jeszcze kupić pamiątki, prezenty, może arak. No i przede wszystkim wykorzystać w pełni 3 dni które tu jeszcze będziemy. Po południu dochodzimy pieszo do przedmieść Kalutary, odbijamy w prawo do stacji kolejowej Kalutara Nord przy supermarkecie. Sklep nie prowadzi alkoholu, Arak proponowano mi jedynie na zapleczu jednego z małych sklepików i w cenie 1800R/flaszkę.
Kupujemy herbatę złotą i srebrną (dużo taniej niż w fabryce), kardamon, curry. Na plaży w dużym sklepie z pamiątkami zupełnie ładne wyroby i również dużo taniej niż w centrach turystycznych. Nabywamy 9 figurek łącznie za 4800R, Budda około 2-3x droższy od tej samej wielkości słonia (ciekawe dlaczego?), dosyć ładne batiki w dużym wyborze i również dość niedrogo (od 700R)ale po namyśle stwierdzamy że są nam niepotrzebne. Zostawiamy 400R na kadzidełka i wracamy.
13 dzień
Dzień jak co dzień. Suresh potwierdził zaproszenie, umawiamy się około 1600.
Nagle zamieszanie na plaży, dwie, około 15 osobowe grupy mężczyzn ągają synchronicznie dwa ramiona olbrzymiej okrężnicy rozłożonej na szerokość około 1km i około 800m w głąb oceanu. Przyłączam się do nich, Daga fotografuje. Po około ½ h wytężonej pracy obie grupy spotykają się. Kilka dorodnych sztuk pobłyskując w słońcu wyskakuje z pułapki, pozostałe w worku na końcu sieci wyciągamy na brzeg. Głównie drobnica, około 150kg, w tym kilkadziesiąt sztuk większych (ale nie przekraczających 1,5kg) które lądują w osobnej skrzynce – pewnie na sprzedaż. Wokół gromadzą się ptaki i psy ale wszystkie zachowują się leniwie i z godnością. Kilka rai, płaszczka rekinia, płastugi lądują w oceanie, pozostałe po selekcji zanoszone są w koszach do wioski.
Po południu pojawia się Suresh. Prowadzi nas plażą poza hotel i ścieżką dla miejscowych docieramy do zaparkowanego tuk tuka (własny Suresha – jest z niego bardzo dumny). Wsiadamy we czwórkę do tyłu (ciasno, resory się ugięły), Suresh za kierownicą, ruszamy. Po drugiej stronie głównej szosy rozciąga się osiedle małych, zapyziałych domków w małych zapyziałych ogródkach. Nad nimi, między koronami wielkich, rozłożystych drzew przebiegają stada małp. Próbuję fotografować ale są nieufne i nie pozwalają zbytnio się zbliżyć, wyraźnie nie są w przyjaźni z mieszkającymi tu ludźmi. Po kilku minutach zatrzymujemy się przed małym niedokończonym domkiem. Suresh otwiera bramę, wchodzimy do środka. Przedstawia żonę: drobną jak on, drobnokościstą, młodziutką śliczną Hinduskę. Wręczamy nabyte na tę okoliczność drobiazgi, wchodzimy do domu. Jeszcze nie dokończona budowa, skromie ale czysto i przytulnie, poczęstunek z ciastem i herbatą. Po chwili pojawia się teściowa (matka?) trzymając na rękach malutką córeczkę Suresha – śliczną. Robimy zdjęcia i wracamy do hotelu.
Dzień 14
Koniec balu. Leżymy na plaży delektując się ostatnim dniem słońca i ciepła przed grudniową depresją w ojczyźnie. Nagle na plaży pojawia się słoń. Ożywamy, coś się dzieje! Godzinę później uczestniczymy w uroczystości zaślubin polskiej pary z udziałem słonia (przybranego na tę okoliczność w barwne szaty), tancerzy i tancerek, cywilnego księdza płci żeńskiej no i oczywiście pary młodej. Fajny pomysł: trochę kiczu, trochę egzotyki ale całość budzi ciepłe uczucia.
15 dzień
plaża, lenistwo, etc ...
1900, czekamy na transport na lotnisko pijąc strzemiennego arakiem. Na lotnisku kupujemy arak w strefie wolnocłowej , ale w Polsce z całą pewnością nie będzie już tak smakował.
| Quizy: | ilość: 47 | punkty: 275 |
| Forum: | ilość: 1 | punkty: 1 |
| Komentarze: | ilość: 159 | punkty: 159 |
| Konkursy: | ilość: 1 | punkty: 50 |
| Relacje z podróży: | ilość: 1 | punkty: 30 |
| Suma | 209 | 515 |
| Zobacz jak naliczane są punkty | ||
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.