Sud de France

22 kwiecień 2009
Sud de France

Jasne, że kocham egzotyczne kraje, odmienność i zagadkowość dalekich lądów oraz wyzwania towarzyszące podróżom w odległe miejsca. Czasem jednak nie ma to jak stara, dobra Europa - bez jetlagów, sensacji żołądkowych i z jedynym zagrożeniem czyhającym w morskich głębinach w postaci garaletowatej meduzy.

Les Calanques

Eksplorację południa Francji rozpoczynamy lądując w administracyjnej stolicy regionu Prowansja-Alpy-Wybrzeże Lazurowe - Marsylii. Massalia, bo tak nazwali to miasto greccy żeglarze z Fokai, którzy założyli tu port handlowy w 600 p.n.e., to druga co do wielkości metropolia we Francji i jednocześnie najstarsze miasto Republiki słynące ze swojej indywidualności. Jej mieszkańcy chętnie podkreślają swoją odrębność chakterystycznym marsylijskim akcentem (którym ponoć biegle władał Joseph Conrad), a na pytanie ‘Skąd jesteś?’, rzadko mówią ‘Z Francji’, ale dumnie odpowiadają ‘Z Marsylii!’ Spragnieni bardziej naturalnych krajobrazów opuszczamy jednak miasto, odkładając bardziej dogłębne zwiedzanie na następny raz. Po prawie godzinnej podróży wzdłuż ciągnącego się na wschód od Marsylii Masywu Calanques docieramy do Cassis - niewielkiej nadmorskiej mieściny z ogrodzonymi niskimi kamiennymi murami winnicami i gajami oliwkowymi w tle. Zakładamy bazę na kempingu i rozpoczynamy oględziny wioski od tradycyjnego śródziemnomorskiego lunchu. Nie możemy przecież zapominać, gdzie jesteśmy - Francja to światowe centrum kulinarne, gdzie obowiązkiem każdego jest spędzenie co najmniej kilku godzin dziennie na rozkoszowaniu się uciechami stołu. Kolejne dwie godziny wykorzystujemy więc na degustację miejscowych przysmaków - przez nasz stół przewija się soup de poissons i salade de fruits de mer z towarzysząca im obowiązkową butelką miejscowego rosé, a po nich deser i małe, gorzkie café. Wszystko podawane jest bez pośpiechu, który jest tutaj jednym z grzechów głównych. Jak nakazuje miejscowy zwyczaj, kończymy dzień sjestą, a następnego ranka maszerujemy już między wzgórzami Parku Narodowego. Po około litrze wylanego po drodze potu stajemy na szczycie jednego ze wzniesień. Pod nami rozpościera się widok na wąski i głęboki kanion wyżłobiony przez dawno nieistniejącą już rzekę oraz zatokę En Vau otoczoną wyrastającymi spektakularnie z morskiego dna wapiennymi klifami. Błękitna woda w zatoce mieni się odcieniami turkusu i granatu, który nadają jej porastające dno łąki morskiej trawy. Schodzimy w dół, gdzie u podnóża góry znajduje się mała, praktycznie pusta plaża. Najwyraźniej droga, którą trzeba pokonać, żeby tu dotrzeć zniechęca większość turystów. Jedynym sposobem bowiem, by się tu dostać jest trwająca półtorej godziny piesza wędrówka z Cassis lub ponad godzinny rejs kajakiem. Można tu co prawda dopłynąć również łódką, ale ponieważ zrzucanie kotwicy w En Vau jest zabronione, zejście na brzeg jest na dobrą sprawę niemożliwe. Dla ochłody dajemy szczupaka do wody i wyskakujemy z niej tak szybko jak do niej wskoczyliśmy. Woda jest znacznie zimniejsza niż się spodziewaliśmy. To przez wypływające tu podwodne źródła krasowe, które spływają pod ziemią z położonych w głębi lądu skalistych zboczy Prowansji. Wygrzewamy się błogo na słońcu do momentu, kiedy pojawiają się strażnicy parku przerywając naszą sielankę. Okazuje się, że dziś obowiązuje wysoki stopień zagrożenia pożarowego, więc przebywanie na terenie parku jest zakazane. Przez kilka następnych dni wspinamy się w różnych sektorach starając omijać się strażników. Jeden z dni odpoczynkowych poświęcamy też na odkrywanie zatoczek opływając je kajakiem. Dopiero teraz widzimy prawdziwy charakter tego unikatowego miejsca - wrzynające się w ląd zatoki przypominają norweskie fiordy, a ich strome brzegi dochodzące do ponad stu metrów zapierają dech w piersiach. Ostatniego dnia naszego pobytu zabieramy się z parą angielskich sąsiadów z kempingu do jednej z niewielu calanque, gdzie wstęp dozwolony jest nawet podczas upałów - Luminy. Zostawiamy tu jednak Anglików i kroczymy dalej na wschód na Grande Candelle, gdzie spędzamy resztę dnia na długiej, przypominającej wysokogórskie wspinanie Le Temple.

Grand Luberon

Następnego dnia kończymy naszą przygodę z prowansalskimi fiordami i ruszamy na północ do położonego w samym sercu Prowansji Buoux. Tam próbujemy swoich sił na piaskowcu, ale po wspinaniu w pewnej skale Calanques szybko dajemy za wygraną i w zamian postanawiamy zwiedzić okolicę. Górski masyw Luberon słynie z pocztówkowych krajobrazów fioletowych zboczy porośniętych lawendą, ale ze względu na porę roku (lawenda kwitnie końcem czerwca i początkiem lipca) musimy zadowolić się samymi widokówkami. Krążąc po okolicy natrafiamy przypadkiem na Saignon - małą, malowniczą wioskę osadzoną na szczycie wzgórza, gdzie zatrzymujemy się na popołudniową kawę. Klucząc wąskimi, kamiennymi uliczkami odkrywamy co chwila małe, cieniste dziedzińce z tryskającymi wodą fontannami. Mijamy XII-wieczny kościół romański Notre Dame de Pitié i wdrapujemy się na szczyt skały, która dominuje krajobraz Saignon i która wyrasta z położonej poniżej doliny Cavalon. Pod nami rozpościera się panorama górskiego łańcuchu Luberon i otaczających go równin, a gdy wiatr przegania chmury przed nami ukazują się również leżące ma peryferiach Alp szczyty Mont Ventoux oraz Lure. Wraz ze zbliżającym się zmierzchem wsiadamy do auta i wyruszamy na poszukiwanie miejsca noclegowego. Po krótkiej jeździe parkujemy na jednym z niezastąpionych aires, czyli rozmieszczonych co kilkanaście kilometrów przy drodze rejonów piknikowych. Rozbijamy biwak obok kamperowców zza Odry i przy świetle czołówek kończymy zaczętą wcześniej partię petanki. Gawędzimy do późna z sąsiadami gotując kolację na kuchence, a gdy dopada nas wreszcie zmęczenie uderzamy w kimono.

Wybrzeże

O świcie postanawiamy wrócić na słoneczne wybrzeże. Na wysokości Cassis zbaczamy na serpententynową Route des Crêtes, która oplata szczyt falezy Cap Canaille i która przy silnym wietrze zamykana jest dla ruchu drogowego. Mijamy znajdującą się po drugiej stronie góry La Ciotat - miejsce narodzin jednego z pierwszych filmów w historii kina (Wjazd pociągu na stację w Ciotat braci Lumière) oraz popularnej, towarzyskiej gry w kule zwanej pétanque. Pierwszy postój robimy dopiero w Bandol znanym przede wszystkim z ciemnoczerwonego wina o intensywnym smaku, produkowanym z dość rzadko spotykanych winorośli Mourvèdre. Odpoczywamy przez kilka godzin na plaży, po czym decydujemy się kontynuować naszą podróż dalej na wschód. W okolicy Tulon zabieramy na pokład autostopowiczkę, która wciśnięta w tylnie siedzenie między zwój wspinaczkowej liny a skrzynkę wina zakupioną w Bandol przekazuje nam kilka praktycznych rad i wskazówek dotyczących naszej dalszej podróży. Podwozimy naszą współpasażerkę do Lavandou i posuwamy się dalej mijając małe nadmorskie kurorty. Przejeżdżamy obok Saint-Tropez, gdzie swego czasu Louis de Funès zawzięcie zwalczał nudystów i tuż po zachodzie słońca wjeżdżamy na krętą, górską drogę w okolicach Saint-Raphaël. Po jakimś czasie, z oddali, dochodzą do nas rozmywające się w deszczu światła miasta. To nasz następny przystanek - Cannes.

Alpy Nadmorskie

Nocując po raz pierwszy od dwóch tygodni w miękkich i wygodnych łóżkach budzimy się dopiero przed południem. Croissant i café crème w jednej z tłumnych i gwarnych kawiarni dają nam kopa, po którym jesteśmy gotowi wyruszyć na rekonensans. Spacerując po mieście przyglądamy się rozgrywkom wszechobecnej na południu Francji petanki odbywającym się na miejscowym bulodromie. Przechodzimy obok Palais des Festival, którego schody zdobi rozpoznawalny czerwony dywan i zawijamy do portu, gdzie stoją zacumowane stare, zabytkowe jachty biorące udział w kończących się właśnie regatach Régates Royales. Odpoczywamy przez resztę dnia, ale już nazajutrz stwierdzamy, że starczy tych nadmorskich kurortów. Jedziemy wzdłuż części wybrzeża, która jest tak zurbanizowana, że nawet nie zauważamy, kiedy wyjeżdżamy z jednego miasta i wjeżdżamy do kolejnego. Zaczynamy tęsknić za przyrodą Prowansji. Odbijamy na północ od zatłoczonych plaż i podążamy pnącą się wzgórzami Alp Nadmorskich szosą. Zatrzymujemy się w spokojnej i zacisznej wiosce Saint Jeannet osadzonej na ogromnej półce skalnej. Nad wioską, która wydaje się nie być jeszcze opanowana przez turystów, góruje imponująca turnia Baou de St. Jeannet. Kluczymy w alejkach szukając wiodącego do niej szlaku, a potem wspinamy się w kierunku skalnej ściany. Przez kolejne kilka dni katujemy wspinaczkowe drogi, podczas gdy dzwonnica w Saint Jeannet wybija regularnie ostatnie godziny naszej eskapady...

POŁUDNIE FRANCJI PRAKTYCZNIE

DOJAZD

Autokarem - do Marsylii od 370 PLN w dwie strony (333 PLN poniżej 26 roku życia), podróż około 36 godzin, bilety na: veolia-eurolines.pl

Samolotem - jedyne tanie połączenia do Marsylii o jakich wiem to te z Londynu (RyanAir.com, EasyJet.com i ba.com) oraz z Berlina do Nicei (EasyJet.com od 100 € w obie strony)

Dojazd z lotniska do centrum 8.50 € w jedną stronę

KOMUNIKACJA

Rozkład jazdy metra i autobusów miejskich w Marsylii oraz połączeń między Marsylią a Cassis i innymi miasteczkami w okolicy na: lepilote.com/english.asp

Rozkład jazdy pociągów i rezerwacja biletów na: voyages-sncf.com

NOCLEGI

Cassis posiada tylko jeden kemping - zazwyczaj przepełniony Les Cigales. Cena za osobę 5,70 €, namiot 4,80 €, samochód 1,90 €; otwarty od 15 marca do 15 listopada. campingcassis.com
 
Można też spać pod skałami, zwłaszcza jeśli ktoś planuje wspinanie w Luminy. Należy pamiętać jednak o zabraniu ze sobą dużej ilości wody oraz o tym, że rozpalanie ognia w Calanques jest ABSOLUTNIE ZAKAZANE!

WSPINACZKA

Les Calanque to rejon, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Dla miłośników piaskowców jest też Buoux w przepięknym regionie Luberon, a także mało odwiedzane Saint Jeannet na północ od Nicei. Najlepszy przewodnik po Calanques (wersja tylko francuska) to Escalade Les Calanque (30 € do nabycia w Cassis)

topo.uka.pl - kilka praktycznych informacji na temat rejonu Calanque i Buoux

gory.wyd.pl/archiwum.php?art=1434 - trochę topo rejonu Luminy

STRONY WWW

meteo.fr - prognoza pogody

geoportail.fr - mapy Francji w różnych skalach (najpierw kliknij na „France continentale”, a potem ustaw skalę z prawej strony)

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2009-05-07 19:27

    Ja także kocham południe Francji ( Prowansje) , nie uprawiam wspinaczki, ale kiedy była w kwierniu 2009 w Tajlandii na Ton Sai - plaża koło Ao Nang (Krabi ) widziałam wielu ludzi z całego świata, którzy wspinali się na skałach. Spotkałam, również dwóch Polaków z Nowego Targu, którzy przyjechali powspinać się. Podziwiam i życzę powodzenia.

itchyfeet

  • 3/5
  • Ranga: Wytrawny eksplorer
  • Płeć:Mężczyzna
  • Fotograf:Nowicjusz

Aktywności użytkownika

Forum: ilość: 2 punkty: 2
Komentarze: ilość: 3 punkty: 3
Konkursy: ilość: 2 punkty: 100
Publikacje: ilość: 7 punkty: 210
Relacje z podróży: ilość: 6 punkty: 180
Prenumeraty:   punkty: 200
Suma 20 695
Zobacz jak naliczane są punkty

Ostatnio odwiedzili mój profil

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowali�my dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się