Skellefteå – niewielkie miasteczko położone na północy Szwecji, niewielkie jak na nasze warunki. Liczy sobie około 30 tysięcy mieszkańców, co jak na okolice okołopodbiegunowe stanowi już liczbę znaczącą. Właśnie przez nie przejeżdżamy. Oglądam sobie to miasteczko przez szybę samochodu. W zabudowie dominują domki jednorodzinne lub niewielkie bloki, rzuca się w oczy brak ogrodzeń przy posesjach. Przed domami stoją samochody. Wzdłuż ulic biegną chodniki, a przy nich ścieżki rowerowe. Na skrzyżowaniach, sygnalizacja świetlna. Jest piękny, słoneczny dzień. Można by rzecz zwykle miasto, zwykłe życie, zwykli... ludzie. No właśnie, ludzie. Patrząc na miasto odczuwam pewien dyskomfort. Czegoś mi brakuje. Przyglądając się domostwom, ulicom, samochodom zaparkowanym na parkingach widzę, że… nie ma ludzi. Nie chodzą po ulicach. Nie jeżdżą rowerami. Na ulicach nie widać nawet jednego przemieszczającego się samochodu. Jadąc przez to miasto czuję się jakbym przejeżdżał przez skansen lub przez plan filmowy z naturalistycznie przygotowanymi dekoracjami. Przypomina mi się film, pt. Tajemnica Andromedy, w którym na ziemię spadł satelita a wirus, który „przywlókł” ze sobą zabił całą ludność niewielkiego miasteczka (z dwoma wyjątkami). W tym filmie widok wyludnionego miasta jest upiorny. Taki właśnie widok mam przed sobą. Jest piękny, słoneczny dzień, a w mieście nie widać znaku życia. Odruchowo spoglądam na zegarek. Jest trzecia... trzecia w nocy! No tak, przecież to pora nocna, miasto śpi. Dociera do mnie, że w strefie geograficznej, w której się wychowałem jasny i czytelny podział doby na dzień i noc tutaj nie ma zastosowania. Przyzwyczajony do widoku miasta tętniącego życiem za dnia, trudno mi zaakceptować widok pozornie wyludnionego miasta. Wyjeżdżamy z miasta i jedziemy dalej, ale widok pustego miasta w biały dzień zapada mi mocno w pamięci. W mieście tym rozstajemy się też z drogą E4 i skręcamy w prawo. Do Norwegii już niewiele.
Nie pamiętam kiedy minęliśmy koło podbiegunowe. Zazwyczaj w Skandynawii są tablice informujące o tym, że przekracza się ta magiczną granicę. Wiem, że jestem już po drugiej stronie, gdy mijamy niebieską tablicę z logo Unii Europejskiej i napisem NORGE. Na mojej mapie, która zawsze mi towarzyszy w podróży i biorąc pod uwagę drogę, którą jedziemy Norwegia jest już za kołem polarnym. Krajobraz zaczyna się zmieniać, o ile jadąc przez Szwecję dominowały tereny leśne, to im dalej na północ tym więcej otwartej przestrzeni, lekko górzystej. Las zaczyna być już w tych terenach pojęciem abstrakcyjnym. Tym, którzy nie spali na lekcji geografii nie muszę wyjaśniać dlaczego, choć… Kiedy wróciłem już z Norwegii pokazywałem zdjęcia tzw. dalszej rodzinie, z którą nie często się widuje. Jedna z osób uczestniczących w tej projekcji wyraziła głębokie zdziwienie, gdy pokazałem kilka slajdów dokumentujących tzw. białe noce. Oglądając je pozwoliła sobie na opinie, że gdyby nie zobaczyła zdjęć to by nie uwierzyła, że tam dzień trwa 24h. Pytanie tylko jest następujące, czy to winna tych co się uczyli, czy może tych co nauczali? Fakt uczęszczania tej osoby do jednej z tradycyjnych uczelni wyższych przemilczę. Wracając jednak do tematu. Wierzchołki gór pokryte są czapami śnieżnymi, a w najlepszym przypadku dużymi połaciami śnieżnymi. Zatrzymujemy się na jednej ze stacji benzynowej. Niewielki drewniany domek, który zamiast tradycyjnego pokrycia dachowego ma… równo przystrzyżony trawnik. Klasyczny norweski widok. Po wyjściu z samochodu owiewa mnie lodowaty wiatr. Kładę to na karb godziny wczesnoporannej, co jak się później okaże będzie błędem.
Cel naszej autokarowej podróży stanowi miejscowość Skutvik, w której to będziemy rozbijać pierwszy obóz, aby nadrobić zaległości w spaniu i skąd następnego dnia przerzucać się będziemy promem na sławetne Lofoty. Jestem już zmęczony podróżą. W końcu 20h w busie do przyjemności nie należy. Z odrętwienia wyrywa mnie komunikat kierowców, którzy mówią, że dalej nie pojedziemy. Skończył im się czas pracy, tzn. nie mogą już dłużej jechać ze względu na przekroczenie dopuszczalnych norm. Do celu podróży zostało raptem 60 km. Z drugiej strony, gdyby nie te liczne przerwy, które robili, aby zatankować po 10 litrów, bo się bali, że następna stacja może być o litr za daleko, to pewnie byśmy dojechali. Rozwiązania są dwa. Pierwsze, czekamy osiem godzin, bo tyle muszą odpoczywać kierowcy. Drugie, wystawiamy rowery i jedziemy sami do pierwszego obozu. Po naradzie wybieramy drugą wersję. Rozglądam się po okolicy. Stoimy gdzieś na jakimś parkingu, a wokół ani śladu cywilizacji. I nie będę ukrywał, że poczułem się też trochę jak Guliwer w krainie liliputów. Skarlałe sosny, skarlałe brzozy stwarzają poczucie obcowania w świecie przeznaczonym dla istot niewielkiego wzrostu. Lilipucia roślinność nie może jednak dziwić. Wprawdzie przez pół roku świeci tutaj non stop słońce, ale z kolei drugie pół roku to istne ciemności egipskie, a w świecie roślin nie obowiązuje przecież zasada myślę, więc jestem, a raczej jej parafraza, widzę słońce, więc żyje. Po drugie, nawet jeśli trwa dzień polarny to nie można zapominać, że za kołem polarnym trudno oczekiwać tropikalnych temperatur, a do tego wieją lodowate wiatry. To moje pierwsze z nim zetknięcie wczesnym rankiem nie było przypadkowe. Po prostu, wówczas się tylko ze mną przywitał. Wspominałem o tzw. „wmordewind”. Tutaj jednak grasuje jego jeszcze bardziej nieprzyjemny brat „icewmordewind”. Jeszcze z najmłodszych lat, z pierwszych klas szkoły podstawowej pamiętam jak nauczycielka pokazywała nam dwa obrazki sosny pospolitej. Na jednym obrazku sosna była piękna, dorodna, dojrzała i prosta. Na drugim była pokręcona we wszystkie możliwe strony i bardziej przysadzista od swojej poprzedniczki. To efekt działania słońca i wiatru, mówiła nauczycielka, ta pierwsza sosna rosła w środku lasu, gdzie była chroniona od wiatru, a by mieć dostęp do słońca musiała piąć się w górę, ta druga rosła na polu, gdzie nie musiała rywalizować o dostęp do słońca, ale za to zmagała się z wiatrem. Otóż, tu gdzie wypadł nam pierwszy nieplanowany postój wszystkie sosny i brzozy są małe, wielkości człowieka, pokręcone tak, że wydaje się jakby ktoś pastwił się nad nimi plącząc je różnymi drutami. Przy czym, w odróżnieniu od tej mojej pokręconej sosny z lekcji geografii te tutaj, rzadko kiedy mają swój obwód większy od przedramienia dorosłego człowieka. Taki swoisty bezkresny ogród bonzai w wersji XXL.
No nic. Na razie w planach dotarcie rowerem do Skutvik. Po nieprzespanej nocy w busie wydaje się to mało atrakcyjne, ale gdy jako alternatywę mam 8-godzinny bezczynny postój to wolę jechać. Nie znoszę bezczynności. Najpierw jednak pierwszy turystyczny posiłek no i przede wszystkim rozpakowanie rowerów. Przemek – nasz przewodnik zajmuje się zainstalowaniem kuchni, a my rowerami. Widok 19-osobowej grupy grzebiącej przy rowerach wygląda bardzo ciekawie. Każdy prostuje kierownik, dokręca pedały i ustawia swojego mechanicznego rumaka. Skojarzenie z koniem nie jest przypadkowe. Jeśli on nie dojedzie do celu to my tym bardziej.
Po posiłku wskakujemy w stroje rowerowe i jedziemy dalej na północ. Tym razem już na rowerach. Wreszcie, na rowerach. Rowerach po norweskiej E6 – legendarnej drodze arktycznej. Zmęczenie szybko ustępuje. Jednak to niesamowite uczucie. Ja i rower, a wokół mnie niczym nieskażona przyroda. Z dala od cywilizacji. Góry i morze. Albo góry zatopione w morzu. Lub po prostu fiordy, które ponoć niejednemu z ręki już jadły.
Grupa szybko się rozpada na pojedynczych kolarzy. Jednak rower daje taką wolność, że mogę zatrzymać się gdzie chcę i kiedy w chcę, w busie takiej możliwości nie miałem. Pisałem już z resztą o tej rowerowej wolności. Każdy z nas na swój sposób zachwyca się tą bezkresną przyrodą. Każdy z nas staje gdzie chcę, podziwia, robi zdjęcia. Widzę, że zwartego peletonu na tej wyprawie to my stanowić nie będziemy. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Jadę i zamiast patrzeć przed siebie rozglądam się na boki. Co chwila tuż obok drogi płynie górski strumień lub woda wręcz spada z pionowych ścian. Dalej płynie rurą umieszczona pod asfaltem i z drugiej strony drogi wpada wprost do morza. Z jednej strony pionowa ściana, z drugiej otwarte morze. Z oddali majaczy mi większy strumień, z którego wystaje mnóstwo różnej wielkości kamieni. Szum, jaki wywołuje woda próbująca przedostać się poprzez nie do morza zapewne niejednemu nie pozwoliłaby usnąć. Jeden z tych kamieni z daleka wydaje się być żółty. Podjeżdżam bliżej i widzę, że to mój kolega Krzyś, ubrany w żółtą koszulkę kolarską rozłożył się na środku strumienia. Oczywiście nie na wodzie. Leży na jednym z kamieni i moczy nogi w wodzie. Wstawaj, mówię do niego, bo Cię noc zastanie. No raczej mi to tu nie grozi, odpowiada i dodaje, że pod tą szerokością geograficzną można pobić rekord w jeździe dziennej. Zostawiam go samego, zasłuchanego w muzykę górskiego potoku i jadę dalej.
Zaczynają się górki. Przerzucam przerzutki. Jedna. Za mało. Jeszcze jedna. Też za mało. Górka wydaje się być bardziej stroma niż myślałem. Zrzucam z przodu, za chwilę i to wydaje się być za mało. Niestety nie mam zbyt wielkiego manewru. Ponieważ mój rower ma kasetę szosową, a przy takim układzie trudno oczekiwać „luźnych” przełożeń. Przerzucam na najwyższą przerzutkę z tyłu i… spada mi łańcuch. Jestem bardziej zdziwiony niż zdenerwowany. Zsiadam, zakładam łańcuch i wsiadam, i jadę. Kawałek tylko. Łańcuch znów spadł. Zsiadam po raz drugi. Tym razem przyglądam się uważniej, ale niczego nie mogę dostrzec. Niczego, co byłoby odpowiedzialne za takie zachowanie mojego rumaka. Znów zakładam łańcuch i znów wsiadam na rower. Przejeżdżam kawałek i znów słyszę zgrzyt spadającego łańcucha. Tym razem jednak zdążyłem przekręcić jeszcze ze dwa razy pedałami, co jak okaże się później miało fatalne skutki. Powoli mijają mnie znajomi. Przez te moje kłopoty ze spadaniem łańcucha, spadłem i ja na koniec tego zindywidualizowanego peletonu. Po raz kolejny zakładam łańcuch i podkręcam śrubę odpowiadającą za wychylenie wózka, który także często jest nazywany hakiem. Pomaga. Jadę dalej. Cały czas pod górę. Uspokojony pokonaniem przeszkód technicznych zaczynam znów zajmować się kontemplacją widoków z wysokości siodełka rowerowego. Na szczycie zastaje Arenta. To z nim będę spał w namiocie, ale to okaże się dopiero na campingu. Robi zdjęcia. Dołączam do niego. Panorama ze szczytu tego podjazdu robi imponujące wrażenie. Aż po horyzont tylko morze i góry. Nigdzie ani śladu działalności człowieka. Patrząc na takie widoki trudno uwierzyć w przeludnienie na ziemi. Po nasyceniu oczu i udokumentowaniu widoków na elektronicznej kliszy fotograficznej czas na inną przyjemność. Zjazd. Jadąc pod górę, co zdarzyło mi się już wielokrotnie, chcąc sobie dodać otuchy (najdłuższy podjazd w moim życiu miał 27 km) staram się pamiętać, że każdy podjazd ma swój koniec, ale za to przyjemność ze zjazdu nie kończy się nigdy, jak smsy w jakieś sieci. Chowam więc aparat fotograficzny do kieszeni i wsiadam na rower, nawet nie próbując pedałować. Wiem, że to zbyteczne, bo po kilkuset metrach będę miał na liczniku powyżej 50km. Tak jest i tym razem. Słychać tylko szum w uszach. Tym, którzy nie jeżdżą na rowerze, aby doznać takiego uczucia proponuję wystawić głowę z samochodu przy prędkości 50km. Oczywiście, jadąc jako pasażer, a nie jako kierowca.
Tego mi było trzeba. Zjazdu. Maksymalnie prędkość dochodzi do 62km. Niestety prędkość wytrącają liczne ostre zakręty. Trudno opisać co się czuje jadąc z taką prędkością na rowerze. O nieprzespanej nocy w busie już dawno zapomniałem. Liczy się teraz tylko zjazd. Na dole czeka na mnie rozwidlenie dróg i Ci z naszej grupy, którzy jechali pierwsi. Dojeżdżam do nich. Czekamy na resztę grupy. Jeszcze raz przyglądam się rowerowi. Nie potrafię zrozumieć, że tyle starań dołożyłem, aby rower był sprawny, a tu na samym początku taka niespodzianka. Zanim dojadą wszyscy mam chwilę, aby lepiej przyjrzeć się przerzutce tylnej i kątem oka dostrzegam, że coś mi „wisi” w kole. Niemożliwe! Szprycha. Biorę ją w palce i widzę, że przy piaście ma ścięty nypel. Jakim cudem? No tak, jak mi łańcuch spadł, zakręciłem zbyt mocno i łańcuch ściął nypel. Szprycha wisi sobie w środku koła. Nagle czuję chłód na karku. Przecież z tą luźno latającą szprychą zjeżdżałem z góry. A gdyby tak wkręciła się w szprychy lub w łańcuch… Zakręcam kołem i widzę, że lekko bije. Czułem to bicie w czasie zjazdu, ale złożyłem to na karb nierówności drogi. A gdyby tak wkręciła się w szprychy lub w łańcuch…, ciągle mi się kołacze w głowie.
No to mi się narobiło, mówię do grupy. Oglądają mój rower. Dojedziesz, mówi Marek, człowiek po 70 z kolarską przeszłością, masz 36 szprych w kole, więc jak Ci jednej braknie to się nic nie stanie. Musisz tylko teraz ostrożniej jechać, aby nie wpaść w jakiś większy dołek, ale jakby była i ta 36 to by nie zaszkodziło. Nawet nie ukrywam swojej złości. Impreza tak naprawdę jeszcze się nie rozpoczęła, a już mogła się dla mnie skończyć. I nadal może się skończyć, bo nie wziąłem zapasowej szprychy. Opowiadam jak doszło mojego defektu. Człowieku, kto Ci ten rower serwisował, mówi ktoś do mnie. Co to za partacze? Wściekam się jeszcze bardziej. Starałem się przewidzieć wszystko, ale nie przewidziałem czyjeś niekompetencji. Niech no ja tylko wrócę, zaczynam wygrażać pod adresem serwisu rowerowego. Problem w tym, że nie słusznie, bo jak wróciłem do domu to zaprowadziłem rower do serwisu. I cóż się okazało? Otóż, wspomniany hak był wygięty. I to powodowało spadanie łańcucha po za kasetę. A dlaczego był wygięty? Przecież rower przed wyjazdem sprawdziłem. Po serwisie jeździłem na rowerze i nie było problemów. Otóż, przy pakowaniu rowerów na przyczepę ktoś wcisnął pomiędzy mój rower jakąś torbę. Zrobił to na tyle silnie, że wygiął hak. Resztę dokonała prawie 48-godzinna podróż roweru na przyczepie skazanego na oddziaływanie haka naprężonego przez uciskającą torbę. Jaki z tego morał? Otóż nie wystarczy pomyśleć o wszystkim, aby zapewnić sobie bezstresową podróż. Trzeba także pomyśleć za innych.
Wszyscy już dojechali do miejsca pierwszej zbiórki. Powoli ruszamy w dalszą drogę. Żegnamy się z E6 i jedziemy lokalną drogą na Skutvik. Do przejechania około 20km. Wlekę się w ogonie stawki z popsutym kołem i takim samym humorem. Do Skutvik dojeżdżamy około 15. Dopiero po 18 ma przyjechać nasz bus, w którym są wszystkie nasze rzeczy. Niektórym jest mało. Pada pomysł pojechania do znajdującej się w okolicach tej miejscowości latarni morskiej. Ja odpadam. Z chyboczącym się kołem nie mam zamiaru się nigdzie wybierać. Pociesza mnie Marek, nie przejmuj się jak przyjedzie samochód to coś zaradzimy. Idę z kilkoma osobami na camping, reszta jednak jedzie. Na tarasie pijemy herbatę i czekamy na busa, patrząc na fiordy.
Samochód przyjeżdża zgodnie z planem. Jestem trochę przemarznięty, bo o ile w czasie jazdy wytwarzane ciepło chroniło mnie przed tym arktycznym wiatrem, tak sterczenie na otwartej przestrzeni tylko w stroju kolarskim przy takim właśnie wietrze do przyjemności nie należy. Schronienie się do środku baru na campingu tylko niewiele pomogło. Rozpakujemy bagaże i stawiamy namioty. Najpierw czas na kąpiel. Pierwszą od 36 godzin. Później czas na kolację. A po kolacji czas na mój rower. Nie śpieszymy się, bo przecież noc nas tu nie zastanie. Trochę mnie stresuje Przemek mówiąc, że nie wie czy ma klucz do kasety, ale okazuje się, że klucz jest. Drugą dobrą wiadomością jest to, że Sylvinho ma szprychy, które pasują do mojego koła. Marek zajmuję się wymianą szprych i centrowaniem koła w warunkach polowych. Okazało się bowiem, że na wymianie tej jednej urwanej się nie skończyło. Kilka było tak po wyginanych, że nadawały się tylko do kosza. Po tym nieplanowanych przeze mnie serwisie koło lekko bije, ale jest to bicie w granicach dopuszczalnych norm. Mam szczęście, że w grupie mamy byłego kolarza. Sam bym koła niewycetrował. Dla mnie to wyższa matematyka.
Pomimo nieprzespanej nocy chce nam się jeszcze usiąść w kółeczku i wspólnie pogadać. Rozmawiamy o treningu przez tą wyprawą. Każdy miał inne warunki i czas do tego, aby solidnie potrenować. Przeciwko treningowi przemawiała praca, studia, domowe obowiązki, ale i tak każdy z naszej grupy miał przejechane co najmniej kilkaset kilometrów przed tą wyprawą, choć niektórzy zaliczyli i kilka tysięcy. W ogóle muszę powiedzieć, że na widok naszej grupy niejednemu ankieterowi badającemu opinię publiczną zaświeciłyby się oczy. Myślę, że stanowimy tzw. reprezentacyjną grupę społeczną. I to zarówno wiekowo jak i zawodowo. Kogo tu nie ma. Uczeń, student, pracownik naukowy, urzędnik, anglistka, biznesmen, ginekolog, emeryt, że wymienię tylko kilka zawodów. Tak sobie siedząc i rozmawiając straciliśmy rachubę czasu, aż do chwili, gdy ktoś nie spojrzał na zegarek i nie wykrzyknął: O! Matko! Już jest północ! Zaczynamy pospiesznie rozchodzić się do swoich namiotów. Problem jest tylko w tym, że nikomu niespecjalnie chce się spać. I to pomimo nieprzespanej poprzedniej nocy spędzonej w busie. Wchodząc do namiotu żegna nas słońce, które niczym się nie różni od słońca widzianego w tzw. tradycyjny dzień. Ten dzień przyniósł mi sporo wrażeń i to niekoniecznie takich jakich bym sobie życzył. Ta wyprawa zaczęła mi się do awarii, co do tej pory mi się jeszcze niezdarzyło. No nic, myślę sobie, leżąc już w namiocie, jutro też jest dzień. I to w dodatku, polarny dzień.
Na zdjęciu: Odpoczynek na skrzyżowaniu dróg E6 z 81 prowadzącą do Skutvik
Bardzo fajna relacja, ale znalazlam w niej dwa bledy. Pierwszy to drobiazg - sztuke zmniejszania drzew czy krzewow Japonczycy nazywaja bonsai, nie bonzai. Wielu ludzi (w Polsce) mowi/pisze "bonzai", moze dlatego, ze myla dwa slowa - bonsai (drzewka) i banzai - tak wolaja Japonczycy cieszac sie np. ze zwyciestwa. A druga rzecz - kilkakrotnie piszesz o tym, ze denerwuje Cie u ludzi brak podstawowej wiedzy geograficznej. Tymczasem sam napisales, ze niedaleko Skutvik "przez pół roku świeci non stop słońce, ale z kolei drugie pół roku to istne ciemności egipskie". Tak, jak napisales, jest tylko na biegunach. Rownoleznik ~66* (granica kola podbiegunowego) wyznacza obszar, na ktorym wystepuje zjawisko dnia polarnego i nocy polarnej, ale ich dlugosc rosnie wraz z szerokoscia geograficzna - od 24 godzin na rownolezniku 66*33\' do pol roku na biegunach. I tak np. na Nordkappie dzien polarny wystepuje jesli dobrze pamietam tylko od polowy maja do 29 lipca, dalej na poludnie zaczyna sie coraz pozniej i konczy coraz wczesniej. Wiosna i jesienia w okolicach Lofotow wystepuja i dzien, i noc, tak jak np. w Polsce, choc dlugosc nocy szybko rosnie jesienia i maleje wiosna, a dlugosc dnia - odwotnie. Dlatego jesli chce sie zobaczyc zjawisko dnia i nocy polarnej, nie wystarczy wybrac sie za kolo podbiegunowe w dowolny dzien roku, chyba ze naszym celem jest biegun:) Pozdrawiam
| Quizy: | ilość: 6 | punkty: 38 |
| Komentarze: | ilość: 5 | punkty: 5 |
| Konkursy: | ilość: 1 | punkty: 50 |
| Relacje z podróży: | ilość: 3 | punkty: 90 |
| Prenumeraty: | punkty: 200 | |
| Suma | 15 | 383 |
| Zobacz jak naliczane są punkty | ||
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.