Kreteńska kraina wiecznej szczęśliwości.

Kochanka bogów, epatująca urodą, kusząca i słodka. W Krecie banalnie jest się zakochać, a jednak jej czar i magnetyzm zniewala zaraz po wyjściu z samolotu.

 

Pomijając atrakcje w postaci pijanego Polaka, który próbuje lekko uchylić drzwi i przewietrzyć samolot na trasie Warszawa – Chania, loty na Kretę nie należą do najdłuższych. Po dwóch godzinach wysiada się płycie lotniska otoczonej czerwoną ziemią, niczym w Przeminęło z wiatrem. Wiatru jednak brak. Sierpniowa temperatura 38 stopni wbrew pozorom dodaje tylko energii i ładuje akumulatory.

Poznawałam Kretę od strony czysto turystycznej. Osiedlona przez biuro podróży w wiosce, kiedyś portowej, Kavros, miałam do dyspozycji solidny All inclusive, basen, plażę i dużo greckiej roślinności. Choć epitet ‘grecki’ nie jest tu do końca stosowny. Kreta tworzy niejako osobną enklawę, jest państwem w państwie. Pozostawiając sprawy wagi państwowej stałemu lądowi sama funkcjonuje na własnych zasadach, z których podstawowa brzmi: „No problem”. Kreteńczycy do wszystkiego podchodzą bez zbędnej ekscytacji i z nastawieniem, że nie ma rzeczy niemożliwych. Nawet podatki potrafili spacyfikować wykorzystując prostą lukę prawną. W momencie, gdy greckie prawo nakazuje płacić podatki od nieruchomości, a nie od budowy, Grecy zostawiają wariantywnie pręty wystające z dachów swoich domów, sugerujące potencjalne pięterko. Dzięki temu ich domy są wiecznie w kategorii budowy, a nie budynku. Ponieważ kombinatorstwo jest w pisane w krew Polaka prawie tak mocno jak antytalent do footballu – Grecy z dnia na dzień wydali mi się braćmi.

Mimo kilometrów Grecja wydaje się bliższa nam mentalnie niż mniej odległe Włochy. Tu osobna kultura konstytuuje się nad morzem Egejskim jako autonomicznym, nie zaś nad Śródziemnomorskim – nadrzędnym. Brak tam tradycyjnej siesty, pozamykanych po południu sklepów, gwaru wieczornych rozmów i notorycznego zaczepiania kobiet na ulicy. Nie ma tam też hiszpańskiej maniery wyniosłości ani Portugalskiego poszukiwania sensu życia w fanatycznym katolicyzmie (przynajmniej architektonicznie). Zamiast tego wszystkiego jest spokój. Jak dla mnie wynikający z antycznego rodowodu filozoficznego, pierwszej definicji piękna pojętej na helleńskiej harmonii. Spokój Krety nie jest ospały ani ignorancki. Jest mądrym zdystansowaniem się i przejściem nad całym tym ludzkim harmiderem do porządku dziennego. Od wgnieceń na samochodach począwszy aż na wychowaniu dzieci skończywszy – wszystko odbywa się wg wcześniej już wspomnianego „No problem”. Dzięki temu wszyscy napotkani Kreteńczycy wydali mi się lekkoduchami, którzy mają po prostu szczęście. Podświadomie szukałam w tym opiekuńczej ręki bogów Greckich, którzy przecież Kretę ukochali już na samym początku. Zeus z sentymentem rozlewał swoje boskie dary na kraj lat dziecinnych, to tam porwano Europę, to tam narodziła się pierwsza antyczna cywilizacja, którą dane mi było poznać. Mówię oczywiście o kulturze Minojskiej, która ok. 2000 lat p.n.e. przechadzała się od Aptery po okolice Iraklionu i budowała pierwsze kolumny na czerwonej ziemi Krety. To tam początek bierze większość słynnych mitów greckich: Minotaur, Nić Ariadny, Dedal i Ikar, Narodziny Zeusa. Celem większej specyfikacji proponuję zajrzeć przed wyjazdem do Parandowskiego, albo zaufać potencjalnym przewodnikom, którzy pod powłoką sztucznych kompetencji i jednego szkolenia w biurze podróży, próbują przemycić nam połowiczne informacje nie udzielając odpowiedzi na konkretne pytania turystów. Właśnie dlatego lepiej poznawać kraj, tudzież wyspę, na własną rękę. Wypożyczając samochód mogłam zwiedzić wspomniane wyżej Knossos, Rethymnon, Hora Sfakion, Agia Roumeli i wąwóz Samaria. Koszty oczywiście były przynajmniej 50% niższe niż te proponowane mi oficjalnie przez panią rezydentkę. W Knossos z naiwnością małego dziecka przechadzałam się po ruinach pałacu legendarnego króla Minosa (od którego imienia każdy król kultury Minojskiej zwany był Minos). Nie bez powodu miejsce to nazywa się archeologicznym Disneylandem. Mając oczywiście na uwadze ekstrawagancję, z jaką Artur Evans, odkrywca Knossos, podszedł do zagadnień związanych z odbudową pałacu podchodziłam do całości z dużym dystansem. I faktycznie, wiele rzeczy wydaje się być nazwana na modłę monarchii brytyjskiej. Mimo wszystko urzekło mnie to miejsce, kompletnie oczarowało. 40 stopniowe słońce palące rozgrzane od kilku ładnych tysięcy kamienie, cykady irytująco szeleszczące wśród okalającego pałac lasku igłowego. Koty wygrzewające się w tym nieprzyzwoitym wręcz upale… Nieprzyzwoitym, bo odkrywającym dekolty i skracający spódniczki, sprawiającym, że oddech przyspieszał, a bicie serca podążało za nim galopującym rytmem. Miałam wrażenie, że rozpuszczają się chmury na niebie. Mimo stylizacji na córkę młynarza białe spodnie i tunika wydały się nagle irytująco ciężkie i grube. Podobnie było w Rethymnonie, gdzie wracając zatrzymaliśmy się dla ochłody. Ta nadeszła dopiero przy zimnym greckim piwie, któremu poświęcić wypada kilka linijek: Grecy piwa nie potrafią robić. Być może przemawia przeze mnie bliskość do granicy z Czechami i fanatyczne uwielbienie dla polskich marek złotego trunku, ale czułam tam autentyczny niedosyt. Brakowało przede wszystkim charakterystycznego syku, który pojawia się tuż przed tym, gdy paznokciem podważa się zawleczkę puszki, albo otwieraczem podważa kapsel. W drugiej kolejności brakowało piwu charakteru. Ze względu na klimat piwo jest tam traktowane jak alkoholowa oranżada, gdzie bąbelki mogą być, ale nie muszą i gdzie ilość dolewanej doń wody jest kompletnie nieistotna. Mimo wszystko, jeśli już pić greckie piwo, to tylko Mythos. Chętniej poleciłabym Amstela, ale to i tak pochodzi z zupełnie innej części Europy. Wracając jednak do Rethymnonu, który skłania do tak alkoholowych refleksji: piękny. Jak wszystkie chyba kreteńskie miasta i miasteczka ma bardzo wyraźny etap włoski architektury. Latarnia w porcie i fragmenty starego design poprawiają humor i zapełniają pamięć w aparacie fotograficznym. Natomiast włoska twierdza Fortezza, broniąca miasta od strony morza, zdecydowanie zaskakuje. Kiedy człowiek przyzwyczaił już oczy do XV, XVI i XVII wiecznej architektury Włoch, nagle dozna szoku i popadnie w konsternację. Pierwszy raz w życiu Włosi, który rezydowali tam właśnie od XV do XVII wieku (z krótką przerwą na Arabów), wydali mi się tak mało monumentalni i finezyjni. Zbudowali potężny fort oparty na geometrii zabudowań i masywności dekoracji. Rozumiem, że militaria rządzą się własnymi prawami, ale fort w Chani, innym mieście Krety, jest już zupełnie inną budowlą. Dlatego chyba warto wybrać się do Rethymnonu. I oczywiście dla niezapomnianych widoków, w których dominuje błękit morza i biel zabudowy.

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2009-11-03 22:13

    Interesująco podane, przeczytałem z ciekawością. Podzielam wiele z tych uczuć i opinii.

  • Gość Gość
    Do moderacji
    2009-10-06 16:36

    zal mi ciebei czyli tego co to napisla?!

  • Do moderacji
    2009-09-07 21:43

    BrawoIII Chciałem zapytać, ale dostrzegłem przypis i ... wszystko jasne

PeytonSawyer

  • 0/5
  • Ranga: Początkujący odkrywca
  • Fotograf:Nowicjusz

Aktywności użytkownika

Publikacje: ilość: 1 punkty: 30
Suma 1 30
Zobacz jak naliczane są punkty

Ostatnio odwiedzili mój profil

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się