Wycieczka rowerowa, rzeka Li i widok, który znajduje się na banknocie 20 Yuenów (6-10.01.2012)

Ponownie wróciliśmy do Gilinu i od ręki wiedzieliśmy gdzie się udać po bilety. Poszliśmy do tej samej kobiety, która sprzedała nam bilety do Dazai. Generalnie pracuje ona jako jednoosobowe okienko z biletami autobusowmi. Nasz następny przystanek jest najpopularniejszym miejscem w całej prowincji Guangxi. Nic więc dziwnego, że autobusy do Yanshuo odjeżdzają praktycznie do 10 minut (18Y/9 zł). Niestety pogoda wcale się nie poprawiła i po naszej „przygodzie w Dazai” byliśmy zmarznięci i zmęczeni. Postanowiliśmy, że jeśli znajdziemy fajny hotelik z ogrzewaniem i ciepła wodą 24g/dobę to zostaniemy dłużej. Sceneria prowincji jest tak piękna, że to fajne miejsce by po prostu pobyć!!!
 
Fot: Na Ulicy Yangshuo

Fot: jezioro w Yangshuo
Dojechaliśmy na miejsce po 1,5 godzinie i ignorując taksówkarzy pomaszerowaliśmy pieszo w kierunku naszego wybranego gościńca – Monkey Jane. Jest on w przewodniku określony jako wielka imprezownia, ale w ogóle na to nie liczyliśmy ze względu na sozon zimowy. Pokój był super, ciepły i za niską cenę (80Y.40 zł) więc zostaliśmy 4 dni. Od ręki polubieliśmy Yangshuo. Przepiękne stare budynki wkomponowane w skaliste otoczenie. Nasz gościenic znajdował się w samym centrum tuż przy najbardziej obleganej ulicy zakupowej (w zasadzie deptaku bo nie ma tam ruchu motorowego). Mimo że widoki były super to nie podobała nam się atmosfera tego miasta ;-(. Wszystko drogie i pod turystów. Kawiarnie, pizzerie i luksusowe restauracje były ponad nasz dzienny budżet. Jednak udało nam się znaleźć na to sposób i szybko 'wywęszyliśmy' tanie kawiarenki z lokalnym jedzeniem. Tak naprawdę to odkryliśmy nowe smaki w Yanshuo co po prawie dwóch miesiącach spędzonych w kraju jest dość niezłym osiągnięciem! Delektowaliśmy się przepysznymi gorącymi kociołkami z ryżem, mięsem i warzywami oraz udało nam się znaleźć przepyszną potrawkę z bakłażanu i mielonego mięsa na gorącym półmisku. Dostałam trochę obsesji na punkcie bakłażanu w Chinach – niesamowite na ile sposobów potrafią oni go przyrządzić.


Fot: Deptak w Yangshuo nocą

Fot: Kociołek z ryżem

Fot: Potrawka z bakłażana na gorącym półmisku

Fot: Sklep z pamiątkami

Fot: Sklep z ręcznymi robótkami
Pierwszego dnia nie robiliśmy nic a nic tylko odpoczywaliśmy. Czytaliśmy ksiązki, oglądaliśmy filmy is spacerowaliśmy po kurortowych uliczkach Yangshuo. Kolejnego dnia niebo się trochę przejaśniło, więc postanowiliśmy wynająć rowery i pojechać poza miasto. Możliwości są niezliczone i odkąd kupiliśmy nasz przewodnik po Chinach to byliśmy podekscytowani tą opcją spędzania wolnego czasu. Nie ma nic lepszego niż trochę wysiłku w przepięknej scenerii. Mapa, którą otrzymaliśmy w gościńcu okazała się niezbyt dokładna i popedałowaliśmy na południe zamiast na północny-wschód jakimś cudem. Coś ostatnio jesteśmy doskonali w gubieniu się gdzie kolwiek jedziemy! W tym przypadku jednak w ogóle nam to nie przeszkadzało, bo jak powiedziałam opcji jest wiele wokół Yangshuo i gdziekolwiek się pojedzie to jest coś do zobaczenia. Wyczynem z naszej strony było zato wkomponowanie się w tutejszy rych uliczny. Okazało się, że zasad jako takich nie ma, ale trzeba się tylko zachowywać naturalnie i nie robić gwałtownych ruchów. Generalnie ten co włącza się do ruchu ma pierwszeństwo więc ludzie nigdy nie patrzą na ulicę, w którą wjeżdżają! Może się wydawać, że jazda rowerem jest niebezpieczna w Azji, ale według naszego doświadczenia są oni bardziej przyzwyczajeni i tolerancyjni w stosunku do rowerów i skuterów niż w Europie. Pojechaliśmy więc 6km poza miasto do tzn. Wzgórza Księżycowego (nazwa wzięta od kształtu półksiężyca) i wspieliśmy się na górę (30 min po schodach, 30Y/ 15 zł wstęp). Nie za bardzo nam się chciało, biorąc pod uwagę wspinaczkę w Dazai, ale podobno widoki są tego warte. Okazało się, że w tego wzgórza można oglądać całą okolicę, która wygląda trochę jak nie z tej ziemi. Formacje skalne Guangxi powtsają poprzez reakcje chemiczne w skałach, które powodują ich separację od siebie. Te same reakcje chemiczne powodują, że stają się oce coraz wyższe z roku na rok ponieważ gleba pod nimi się utlenia i opada. Za 10 lat miejsce to będzie wyglądać jeszcze bardziej bajkowo. Często sportowcy wspinają się na Skałę Księzycową, choć my nikogo takiego nie spotkaliśmy. Za to mogliśmy poznać przesympatyczną starszą panią (około 85 lat), która sprzedawała zimne napoje i pocztówki na samym szczycie. Nie wiem jak ona w takim wieku się tam wspieła, ale było coś w niej co nie pozwoliło po prostu obejść jej z daleka. Życzliwość, szczęście i entuzjazm aż z niej wypływały. Pokazała nam pełno wspisów podróżnikó w jej pamiętniku i powiedziała, że sama nauczyła się angielskiego, niemieckiego i trochę japońskiego tylko poprzez kontakt z turystami – niesamowite! W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na farmie truskawek by spytać o ceny. Spodziewaliśmy się oczywiście wygórowanych cen - dla nas białych - ale o dziwo cała torba kosztowała nas tylko 10Y/5 zł. To niska cena za taki luksusowy owoc, którego już dawno nie próbowaliśmy. W Chinach generalnie jemy banany, mandarynki i pomelo (przerośniety grejpfrut o twardym i słodkim miąszu) więc lunch z truskawek to było coś.

Fot: Wzgórze księżycowe



Fot: Widoki po drodze

Fot: Przystanek na truskawki (ten różowy rower nie jest Tomka oczywiście haha)

Fot: Po drodze
Dojechaliśmy do skrzyżówania, które powinniśmy wybrać w pierwszej kolejności i byliśmy na drodze do wioski Fuli, która była na naszym planie. Położona nas rzeką Li, oferuje przepiękną scenerię formacji skalnych zatopionych w wodzie. 10 km to niby nie dużo, ale te 10 było poprzez kilka wzgórz, więc trochę bardziej wyczerpujące niż nasza poranna przejażdżka. Wkońcu dotarliśmy na miejsce po około godzinie i pierwsze co wywęszyliśmy to oczywiście jedzenie. W centrum wioski znajduje się mały rynek, na którym sprzedają zup w stylu Guilin. Nowy dodatek do naszej listy dań w Chinach. I zapłaciliśmy tylko 4Y/2 zł za te pyszności. To właśnie nam się podoba w małych wioskach. Ludzie są tak życzliwi i szczerzy, że nawet nie starają się ciebie naciągać. Ten kucharz spokojnie mógł sobie zażyczyć 10Y za tą zupę i wcale byśmy tego nie kwestionowaliśmy, ale mimo wszystko dał nam cenę lokalną cenę i wielki uśmiech.

 Fot: Zupa w stylu Guilin

Fot: Suszenie makaronu

Fot: Lokalny rynek

Fot: Wioska Fuli
Następnego dnia wybraliśmy się do wioski Xingping oddalonej o 25 km od Yanshuo. Jest ona najbardziej znana z tego, że to jej widok znajduje się na banknocie 20Y. Początkowo chcieliśmy tam pojechać rowerem, ale te wzgórza dzień wcześniej dały nam się we znaki. Wzieliśmy więc lokalny autobus (18Y/9 zł). Kiedy dojechaliśmy na miejsce to poszliśmy na spacer wzdłuż Rzeki Li i spotkaliśmy parkę podróżników (Lucia – Chinka mieszkająca w Argentynie i Elia z Grecji), którzy szukali drugiej pary by podzielić koszt wynajęcia łódki bambusowej. Początkowo powiedizeliśmy nie, ponieważ cena była 400Y/200 zł, ale Lucia ponegocjowała trochę i zeszli do 200Y/100zł za łódkę za 2 godziny. Nasze plany co do trekkingu wzdłuż rzeki nie wypaliły, więc postanowiliśmy wziąć ten kruz razem z nimi. Powiem szczerze, że warto było bo widoki są nieziemskie nawet przy brzydkiej pogodzie. 2 godziny na łódce w zupełności wystarczy przy takich niskich temperaturach. Udało nam się po drodze odwiedzić wioskę rybacką i zjeść świeże mandarynki prosto z drzewa – pychotka! Byliśmy prwie sami na rzece i mimo, że pogoda niebyła idealna to i tak lepiej niż słońce i setki łodzi na horyzoncie;-)
Lucia wytłumaczyła nam wiele rzeczy z Chińskich zwyczajów i jak się okazało, nie tylko nas pewne rzeczy irytowały, ponieważ ona bardzo krytycznie się o nich również wypowiadała. Dorastała w zupełnie innej kulturze i dopiero teraz wróciła by studiować w swoim kraju i by go poznać na nowo. Jej rodzina prowadzi restaurację w Argentynie i podobno Chińczycy są do niej nie wpuszczani. A to ze względu na ich zachowanie i przeszkadzanie innym klientom. Śmieszne jak niektóre narodowości nie trzymają się razem w ogóle. Spędziliśmy miłe parę godzin z tą dwójką i zakończyliśmy na miłym posiłku w lokalnej restauracji. Wymieniliśmy adresy i na pewno zostaniemy w kontakcie. Są bowiem tacy ludzie, których spotykamy i wiemy, że mamy coś wspólnego już po paru minutach. Takie znajomości warto utrzymywać.

Fot: W tle słynny widok choć w zimie nie wygląda tak samo jak w lecie



Fot: Widoki z łodzi

Fot: Most w Xingping

Fot: skały Xingping i puste łodzie w sezonie zimowym

Fot: We wiosce rybackiej
Zostaliśmy w Yangshuo jeszcze jeden dzień i nie udało nam się kupić biletów na pociąg do Chengdu. Jak się okazało okienko to nie przyjmuje zagranicznych klientów i ma to coś wspólnego z rejestracją paszportów. Trochę byliśmy rozczarowani, ponieważ w obliczu nadchodzącego Chińskiego Nowego Roku byliśmy pewni, że nie uda nam się dostać biletów w dniu odjazdu pociągu. Kiedy dojechaliśmy do Guilinu nasza obawa się potwierdziła a bilety były wysprzedane 5 dni do przodu. Mogliśmy oczywiście wybrać autobus nocny, ale unikaliśmy ich przez cały pobyt w Chinach i nie zamierzaliśmy zmienić zdania. Są one bowiem bardzo niebezpieczne nie tylko ze względu na brawurę jazdy ale i na ludzi specjalizujących się w okradaniu pasażerów podczas snu. Po Chengdu chcieliśmy jechać do Kunmingu, więc spytaliśmy o te bilety. Okazało się, że były dostępne więc w ciągu zalednie kilku minut zmieniliśmy nasz plan podróży i postanowiliśmy zakończyć nasze Chińskie wycieczki na prowincji Yunnan. Było to po części spowodowane faktem, że nie chcieliśy zostać w Chinach na czas Nowego Roku. Kolejny przystanek to w takim razie Kunming!

Dodaj komentarz

BEATAiTOMEK

  • 1/5
  • Ranga: Miłośnik wojaży
  • Fotograf:Zaawansowany

O mnie

Kochamy podróże, fascynują nas różne kultury, starożytne cywilizacje i budowle. Kiedy tylko możemy to uciekamy z domu by eksplorować. A że 25 dni roboczych w roku to za mało więc postanowiliśmy wziąć urlop bezterminowy i ruszyć w świat. Zaczeliśmy 30.09.2011 ;-) Podróż trwa!!!.

O nas:
Beata - Manager Marketingu w globalnej korporacji, zapalona organizatorka wszelkiego rodzaju wypraw, uwielbia historie, miejsca mniej odwiedzane i trasy mniej uczeszczane. Wielka milosniczka zwierzat znana z dokarmiania wszystkiego co spotka po drodze;-)
Tomek - Inzynier HVAC na kontrakcie jednej z sieci supermarketow, zapalony fotograf amator ale prawie profesjonalista, uwielbia fotografowac ludzi ;-) Lubi dobry film, ksiazki detektywistyczne i oczywiscie gry komputerowe;-)

Nasz blog pisany jest głównie dla rodziny i przyjaciół, ale cieszymy sie bardzo jeśli inni też czytają i im się podoba;-) Dziękujemy bardzo za wszystkie komentarze!!!

Polub nas na Facebooku, gdzie zamieszczamy linki do relacji i zdjęcia - http://www.facebook.com/pages/Beata-Tomek-Globetrotting/186528848076412

Email: b_and_t_globetrotting@hotmail.co.uk

Zainteresowania: Historia, Kultura, Fotografia, Podróże

Aktywności użytkownika

Forum: ilość: 6 punkty: 6
Komentarze: ilość: 3 punkty: 3
Konkursy: ilość: 1 punkty: 50
Publikacje: ilość: 1 punkty: 30
Relacje z podróży: ilość: 2 punkty: 60
Suma 13 149
Zobacz jak naliczane są punkty

Mój blog

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się