2012.01.21 – 31, Peru, Aycucho, Huancavelica, Huancayo – Gringo w centralnych Andach

R.C.
Mieliśmy duże nadzieje, że spędzimy kilka uroczych tygodni z kokosem w ręku na Peruwiańskim wybrzeżu, jednak to nie ta bajka. Znad oceanu pojechaliśmy w centralne Andy, rzadko odwiedzany zakątek Peru. Do miejscowości Aycucho dostaliśmy się „colectivo” w 8 godzin. Autobus jeździ, ale tylko jeden a bilety były wyprzedane na kilka dni wcześniej. Po północy obudziliśmy pół kamienicy przy rynku aby wynająć pokój. Aycucho jest pięknie położone na dawnym szlaku, Inkaskim prowadzącym z Cuzco do Limy. Kiedyś ważny ośrodek handlu dziś tętniące życiem miasto „uniwersyteckie” z pięknie zachowaną kolonialną zabudową. Kolonizatorzy wymyślili, że właśnie tutaj wybudują 33 kościoły, jeden na każdy rok życia Chrystusa, mieli wyobraźnię. Kościoły są tu wszędzie, a że Żaneta żadnego opuścić nie chciała spędziliśmy tam kilka dni.



Aycucho oraz cały obszar centralnych Andów to miejsce, w którym „gringo” to rzadko spotykany osobnik o jasnym umaszczeniu. Idąc ulicami wzbudzaliśmy sensację, strach oraz zainteresowanie. Starsze kobiety żujące „coś” wołały za nami „gringo, gringo” spazmatycznie się śmiejąc, wieśniaczki z gór uciekały, widok nasz miejscowe dzieciaki „zamurowywał”. Wyciskaliśmy setki rąk, odpowiedzieliśmy na setki pytań: skąd, dokąd, czy u nas jest zimno, ile z Polonii leci się samolotem oraz najważniejsze, czy nam się tutaj podoba. Rejon centralnych Andów nie posiada szczególnie niezwykłych miejsc, nie sprowadziły się tutaj jeszcze agencje, biura, pośrednicy turystyczni, komercja zapomniała o tym kawałku Świata, i nam to właśnie się najbardziej tutaj podobało, naturalność. Ale weź to wytłumacz miejscowemu, nie zrozumie. Tutaj zamawiając w barze „cenę - danie dnia” kobieta będzie tak długo grzebała w garze zupy chochlą, aż wybierze dla ciebie największy kawał mięsa, pytając o cenę biletu nie jesteś zbywany „zapytaj szofera”, dostajesz dokładną instrukcję, dokąd, za ile, a jak spróbują policzyć cię więcej, zabierają od ciebie wydaną resztę, przeliczają i robią awanturę szoferowi. W informacji turystycznej nie próbują skasować ekstra pieniędzy za darmową mapę, rozkładają ją przed tobą i długo tłumaczą gdzie warto się wybrać. Przykłady można mnożyć. W skomercjalizowanych „kołchozach turystycznych” jest przeważnie dokładnie odwrotnie i zdecydowanie drożej. W Aycucho zostaliśmy trzy dni organizując sobie w międzyczasie wycieczką do pomnika upamiętniającego bitwę o Aycucho. Wioska, do której dojechaliśmy była dość ładna, ale sam monument to paskudztwo na polanie w górach.

Szkoda nam było się żegnać z uroczym Aycucho, pięknymi widokami, ludźmi, bazarem z tanimi pysznym jedzeniem i wieczną fiestą.

Cały dzień zajęło nam dostanie się do miejscowości Huancavelica. Postanowiliśmy jeździć w dzień, aby nacieszyć się widokami.


Kiedyś to było jedno z najbogatszych miast w Peru. W pobliżu znajdowały się kopalnie srebra. Teraz miasteczko odradza się. Buduje się drogi i chodniki, ratuje się część ciekawszych pozostałości kolonialnej architektury, całość wygląda jednak dość miernie. Zamieszkująca te tereny etniczna ludność całkowicie zrekompensowała nam braki przede wszystkim pogody. Wyszukaliśmy restaurację z super jedzeniem, cukiernie z przepięknymi ciastami a w pokoju w prawie najdroższym hotelu w miasteczku (6$) mieliśmy jeden z najszybszych Wi-Fi na Świecie!!!! Przeszliśmy wszystkie uliczki po kilka razy, przywitaliśmy się ze wszystkimi mieszkańcami, oswoiliśmy część etnicznych sprzedawczyń „tuny – jadalnych kwiatów kaktusów”, w restauracji wszyscy miejscowi zazdrościli nam porcji, jakie nam podawano, nawet miejscowi nędzarze zaczęli nas rozpoznawać i krzyczeli za nami „ gringo, polakko”.
 





Co ciekawe, pierwszy raz po opuszczeni Indii spotkaliśmy się właśnie tutaj z nędzą, ludźmi, który nie mają już nic. Odwiedziliśmy gorące źródła będące wizytówką miasta. Jednak były zbyt zimne, aby się w nich zanurzyć przy chłodnej deszczowej pogodzie. W Huancavelica czekaliśmy na pociąg w kierunku Huancayo, odnogi jednej z najwyżej położonych kolei na Świecie. Podczas pory deszczowej nikt nie wie czy pociąg pojedzie czy nie, czy trasy już nie zmyło. Choć w ostatni dzień na stacji na tablicy było napisane kredą, że pociąg odjedzie 30.01, nie daliśmy rady czekać dłużej. Miasto pożegnało nas fiestą żołnierską, przyjechał ktoś ważny, była musztra i wciąganie flag na maszt. Nic ciekawego. Megametropolis, Huancayo, największe miasto w tej części Peru, jedyne co mi się marzyło to z niego wyjechać.

 Pod naszym łóżkiem stała „kaczka” taki szpitalny nocnik, w takim razie my spaliśmy na stole operacyjnym. Przed snem zastanawiałem się ile osób przegrało nierówną walkę z Peruwiańską służbą zdrowia i poległo na naszym materacu. Rankiem oświadczyłem mojej małżonce, że pakuję się i spadam. Rafał, może damy szansę temu miejscu, wyjedźmy za miasto, podobno to jest piękna dolina. Wyjechaliśmy do wioski Cochas Grande. Po co, nie udało nam się tego określić. We wsi wybudowano „coś” gdzie sprzedawano pamiątki. Nawet zakupiliśmy przyrząd do wywoływania deszczu. Teraz siedzimy i kombinujemy jakby go przerobić na przyrząd do odstraszania deszczu. Zdecydowanie ciekawszą wycieczkę zrobiliśmy do klasztoru Franciszkanów w Concepcion. Na miejscu przewodniczka oświeciła nas jak ciężką pracę wykonywali mnisi przy chrystianizacji Peru. Podobno z ludnością Inkaską poszło im całkiem dobrze, ale chrystianizacja Indian z Amazonii okupiona była wieloma ofiarami. Klasztor Santa Rosa de Ocopa to przyczółek, do którego przybywali mnisi. Tutaj uczyli się żyć w Amazonii, mieli do dyspozycji 25 tysięcy ksiąg, muzeum Amazonii, mapy i rady kolegów. Po nauce wyruszali z krzyżem na tratwach z dziką Amazonię. Niewielu powracało, a tym, którym się udało wymagali długotrwałego leczenia. Patrząc na puste przeważnie zamknięte kościoły zastanawiam się czy ich poświęcenie nie poszło na marne. Ale Ameryka Południowa to podobno nadzieja chrześcijaństwa, chyba tylko na papierze. Wróciliśmy do Huancayo, wybraliśmy się jeszcze na cotygodniowy bazar „dziesięciolecia”, zjedliśmy kurczaka z frytkami i poszliśmy spać do szpitala. Rankiem jedziemy dalej, już prawie do Amazonii odwiedzić kilka zapomnianych kompleksów ruin przed Inkaskich w tym jedne z najstarszych i najważniejszych w tej części Peru. 
 
 
Zapraszamy również do galerii fotografii z podróży w miare możliwosci uaktualnianej:

http://shutterstock.com/g/rchphoto

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2012-02-20 12:10

    Z życia miasta fantastyczne zdjęcia...Nooo i przyrząd do wywoływania deszczu :)

ZRCichawa

  • 0/5
  • Ranga: Początkujący odkrywca
  • Fotograf:Zaawansowany

O mnie

Żaneta i Rafał Cichawa – jesteśmy małżeństwem z Wrocławia; fascynują nas podróże z domem na plecach; przed nami wielka wyprawa, pozostawiliśmy rodzinę, przyjaciół, dom, pracę i wyruszamy w Świat; pierwsze nasze kroki kierujemy do Azji – startujemy 31.10.09 r. Warszawa- Moskwa – Delhi. Znajomych i przyjaciół oraz ludzi ciekawych Świata zapraszamy na Bloga. Postaramy się przekazać to co nas urzekło i przedstawić to co zobaczyliśmy w fotograficznym skrócie.
kontakt:
Zaneta - z.cichawa@onet.eu
Rafal - r.cichawa@onet.eu

Zainteresowania: Kultura, Fotografia, Podróże

Aktywności użytkownika

Komentarze: ilość: 36 punkty: 36
Suma 36 36
Zobacz jak naliczane są punkty

Mój blog

Ostatnio odwiedzili mój profil

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się