We wtorek udało nam się dotrzeć do miasta Van, które słynie z 3 rzeczy: ruin zamku - twierdzy, serowych śniadań i przepięknych kotów rasy „Turecki Van”. Zgadnijcie sami, co było więc największą atrakcją tego miasta?
Koty Van żyły kiedyś dziko w okolicach jeziora Van i stąd ich nazwa. Jeśli jednak zagłębimy się w literaturę dotyczącą tych niesamowitych kotów, okazuje się, że pierwotnie nazywane były Kurdyjskimi Vanami, z racji tego, że wschodnia część Turcji należała kiedyś do Kurdów, co mamy nadzieję pewnie znów niedługo nastąpi.
Od 1969 roku koty Van uznane zostały oficjalnie za odrębną rasę i od tamtego momentu są kotami hodowlanymi i nie można ich spotkać w środowisku naturalnym. Na czym polega niezwykłość tych kotów? Dla mnie wystarczy, że są po prostu kotami :) Ale rzeczywiście rasa ta jest znana z tego, że ich oczy są różnego koloru, tzn. jedno oko jest niebieskie a drugie bursztynowe, a białe, mięciutkie futro nadaje im elegancji. Inną cechą charakterystyczną jest to, że Tureckie, czy raczej Kurdyjskie Vany potrafią pływać! Podobno między „palcami” mają dodatkową fałdę skóry i kiedy kot jest w wodzie i rozczapierza łapkę, fałda skóry pełni rolę błony (jak u żaby), która ułatwia kotu pływanie, a nawet nurkowanie. Vany wykształciły tę zdolność na przestrzeni lat dzięki temu, że polowały na ryby w jeziorze Van.
Wobec powyższego, za główny cel wizyty w mieście Van postawiłam sobie zobaczenie kota tej rasy. Udało się! W trakcie wizyty w ruinach zamku strażnik powiedział nam, że w pobliskiej restauracji mieszka taki kot i można go zobaczyć. Kotek był przepiękny – cały biały, tylko jedna łapka brązowa i rzeczywiście miał dwukolorowe oczy. Łasił się do nas niesamowicie, a jego ulubionym zajęciem było ssanie palca osoby, która akurat go głaskała :) Kot był naprawdę niesamowity, ale nasze serca podbił malutki Turecki Vanik, który mieszkał obok, w sklepiku z pamiątkami. Wiadomo – małe jest piękne!
To wszystko było możliwe, dzięki gościnności naszych hostów z CouchSurfing, czyli Ufuka i Tugby, którzy gościli nas w swoim ogromnym mieszkaniu przez dwa dni. Ufuk jest bardzo zapracowanym człowiekiem i czas spędzaliśmy głównie w towarzystwie jego partnerki Tugby (przyp. Andrzej – i wcale tego nie żałujemy ;)), która jest kobietą piękną, inteligentną, zdolną, ma świetne poczucie humoru, a jej pasją jest wspinaczka górska. Jest też bardzo odważna i świetnie gotuje. Ideał.
Skoro jednak mowa o kobietach, to trzeba wspomnieć o naszej rodaczce – Agnieszce. Spotkaliśmy ją w Vanie, dzięki jej tureckiemu chłopakowi, który jadąc sam samochodem i widząc nas, stwierdził, że na 100% jesteśmy Polakami. Nie mylił się. Powiedział, że poznał nas po kolorze skóry :) Agnieszka, która właśnie przygotowywała się do trekingu na Ararat, okazała się pasjonatką kraju o nazwie Turcja i wszystkiego, co z nią związane: od j. tureckiego, przez religię po kulturę różnych grup etnicznych zamieszkujących tereny wschodniej Turcji. Agnieszka posiada szeroką wiedzę na ten temat i bardzo żałowaliśmy, że tak krótko mogliśmy z nią porozmawiać. Mamy nadzieję, że jeszcze kiedyś się zobaczymy, może na trasie...
Nasz pobyt w mieście Van przedłużył się nieco. Nie sposób było oprzeć się gościnności naszego hosta Ufuka i urokowi jego partnerki Tugby, którzy namówili nas, żebyśmy zostali u nich jeszcze jeden dzień. Byliśmy tym nieco zaskoczeni, tym bardziej, że poprzedniego wieczora przygotowaliśmy danie, które nie do końca im smakowało :) A były to papryki nadziewane ryżem z mięsem i pomidorami. Zadanie to było utrudnione, bo kiedy farsz znalazł się już w papryczkach i należało je zapiec, okazało się, że w domu nie ma piekarnika... W tym celu należało udać się z tacką do pobliskiej piekarni, gdzie w najprawdziwszym piecu chlebowym, opalanym drewnem, nasze danie zostało upieczone. Jeżeli chodzi o smak, bardziej nam smakował chleb z tego pieca niż nasze faszerowane papryczki... ale przynajmniej piekarze mieli ubaw.
Następnego wieczora już nie musieliśmy nic gotować, ale postanowiliśmy, że rano musimy wreszcie ruszyć w stronę granicy turecko-irańskiej. Oczywiście nie mogło pójść wszystko zgodnie z planem. Zbyt łatwo by przecież było...
Andrzej Budnik - rogaty Baran chodzący swoimi ścieżkami, niepoprawny optymista i zdeklarowany backpacker uwielbiający wyjazdy z kategorii "niskobudżetowe". W podróży fascynują go góry, ludzie oraz doznania kulinarne. Amatorsko zajmuje się fotografią. Obecnie w 3,5-letniej podróży lądem dookoła świata. Więcej na LosWiaheros.pl
Zainteresowania: Kultura, Fotografia, Podróże
| Forum: | ilość: 10 | punkty: 10 |
| Komentarze: | ilość: 23 | punkty: 23 |
| Konkursy: | ilość: 1 | punkty: 50 |
| Suma | 34 | 83 |
| Zobacz jak naliczane są punkty | ||
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.