Tulou i Diaolou prowincji Guangdong

Jak już wspomniałam uprzednio, dział mniejszości etnicznych Muzeum w Szanghaju bardzo nas zainteresował. Mapy demograficzne wskazywały na istnienie wielu plemiom w Chinach. Zainteresowało nas to tak bardzo, że przeszukaliśy nasz przewodnik w poszukiwaniu informacji na ten temat. Udało się, że akurat jechaliśmy w kierunku prowincji Fujian i Guangdong, gdzie dwie z bardzo interesujących grup etnicznych mają swoje siedziby.


Fot: Panorama nad wioską Gaobei


Fot: Widok na 3 największe Tulou

Lud Hakka zamieszkuje obie prowincje i wybór wiosek, które można odwiedzić jest wielki. Mieszkają oni w tzw. Tulou, które znajdują się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Są to ogromne kontrukcje zbudowane z ziemi, ryżu i bambusa i są starożytnym odpowiednikiem dziesiejszych apartementowców. W jednym Tulou, który spełnia również funkcje obrone, może mieszkać aż 80 rodzin.


Fot: Wewnątrz największego Tulou

Odwiedziliśmy wioskę Gaobei w prowincji Fujian (bilet wstępu 65Y/30 zł). By się tam dostać wybraliśmy Chińską zorganizowaną wycieczkę – tak jest, zgadza się – byliśmy na Chińskiej wycieczce. Tak się zdarzyło, że wycieczka była tańszym i łatwiejszym sposobem by się tam dostać. Nigdy nie podejrzewałam, że będziemy jednymi z tych ludzi, co idą posłusznie za czerwoną chorongiewką pani przewodnik – to nie jest nasz styl podróżowania. Od samego początku wycieczka była dość chaotyczna. Mieliśmy być odebrani spod samego hostelu, ale oczywiście nie chciało się kierowcy podjechać po nas 500m więc musieliśmy iść do autokaru. Nie bardzo ich obchodzi, że my im za to płacimy a nie na odwrót;-) Po drodze zmusili nas do przejścia przez calutki, ogromny supermarket z herbatą pod pozorem postoju na WC. My nawet nie spojrzeliśmy na te wszystkie produkty o wygórowanych cenach, ale nasi współtowarzysze wycieczki kupowali jak szaleni. Bardzo nas to zdziwiło, ale później się dowiedzieliśy, że w Chinach chodzi o to jak cię widzą. Jest między nimi taka niepisana zasada, że jak się przyjeżdża z wczasów to należy przywieźć kupę prezentów i zostawić na nich nalepki z cenami. Dlatego też im bardziej wygórowana cena duperelki tym lepiej!!!

   Fot: Wewnątrz mniejszego Tulou


Fot: Reprezentant starszyzny roku Hakka


Fot: Dziedziniec jednego z opuszczonych Tulou

Później już na miejscu mieliśmy przerwę na lunch – całe 7 min – nie mniej i nie więcej! Na naszej wycieczce były również dwie Holenderki i one zdziwiły się bardziej niż my. Wszyscy usiedli w jednej sekundzie przy stole i zaczęli jeść z taką szybkośćią, że nie wiedzieliśy jak na to zareagować hahha Po czym wszyscy wstali w tym samym czasie i wyszli a my się ucieszyliśmy, że mamy tyle jedzenia tylko dla siebie. Niestety szybko nas Pani przewodnik przegoniła od słołu bo czas już było iść zwiedzać. Udaliśmy się w swoją stronę po czym jakaś młoda dziewczyna zatrzymała nas mówiąc, że to nie dozwolone i powinniśmy poczekać na przewodnika. Przypomnieliśmy jej, że przecież i tak nie rozumiemy po Chińsku i tylko się uśmiechnęła. To nie pierwszy i nie ostatni raz jak ludzie zakładają, że umiemy czytać i mówić po Chińsku. Dlaczego?? Nie mam pojęcia. Wspieliśmy się najpierw na punkt widokowy, by zobaczyć cała wioskę z góry, podczas gdy nasza wycieczka udała się do następnego sklepu ;-) Nic ci ludzie nie mogą sami robic podczas wycieczek haha


Fot: Segregowanie herbaty


Fot: Wewnątrz dużego Tulou


Fot: Lokalny artysta

Jako że mieliśmy więcej wolnego czasu niż inny to mogliśmy powałęsać się po wielu Tulou o różńych kształtach i wielkości. Te mniejsze mają tylko dziedziniec w środku a te większe mają małe wbudowane Tulou wewnątrz. Trochę jak małe miasteczko z uliczkami, sklepami i mieszkaniami. Te największe Tulou zrobiło na nas ogromne wrażenie. Chcieliśmy się wspiąc na 5-te piętro, ale nam nie pozwolono. Później się okazało, że jak się kupiło od nich fotografię to się dało albo za tradycyjną łapóweczką. Żebyśmy wiedzieli to przecież byśmy zapłacili bo widok musiał być fantastyczny. Ludzie Hakka zajmują się głównie turystyką, sprzedażą herbaty oraz papierosów, które produkują tam na miejscu. Są bardzo przyjaźni i wcale nie naciskają na ciebie by coś kupić, co jest miłą odmianą ;-) Na końcu wycieczki zabrali nas do następnego sklepu ze słodyczami ( tym razem nie wyszłam nawet z autobusu) i potem już na miejscu do wielkiej galerii zakupowej. Podziękowaliśmy i poszliśmy do domu a oni nie mogli wprost uwierzyć. Bo taka jest właśnie sprawa z Chińskim turystą. Nie zadaje pytań i nie narzeka!!! Nie pyta dlaczego ciągną go po tych wszystkich sklepach, dlaczego ma tylko 7 minut na lunch i dlaczego nie wolno mu iść do ubikacji kiedy tylko chce haha Chińska wycieczka jest doświadczeniem samym w sobie i warto to przeżyć chociaż raz;-)


Fot: Najlepszy uśmiech jaki otrzymaliśmy w Chinach ;-)


Fot: Lokalne papieroski ;-) Próbki były dostępne na miejscu


Fot: Z największym Tulou w tle


Fot: Segregacja herbaty i szczery uśmiech ;-)


Fot: Wewnątrz Tulou

Z Guangdong postanowiliśmy pojechać do Kaiping by zobaczyć kolejne piękne konstrukcje, o których nigdy nie słyszeliśmy. Diaolou - wieże w Kaiping powstały na początku XX wieku i są fuzją wielu stylów architektury. Zostały zbudowane przez Chińskich dorobkiewiczów zwanych Huagiao, którzy powrócili z wypraw z Ameryki Północnej, Półudniowej, Europy czy Azji Południowej. Jako że niewolnictwo było już w tym czasie zabronione, wielu deweloperów zachęcało ich do pracy poprzez obietnice wysokich zarobków. Później jednak przyszło im pracować w niewolniczych warunkach, o ile w ogóle udało im się dotrzeć do celu. Wielu zginęło na statkach lub zachorowało na tropikalne choroby a ci, którzy przetrwali i powrócili do domu, przywieźli majątki i wspomnienia, które potem przekształcili w przepiękne i niestandardowe domy/wieże obronne.

Fot: Jenda z wież wioski Zilli



Fot: Ozdobny detal na jednej z wież



Fot: Jedna z mieszkanek wioski Zilli


Całe wioski zostały zbudowane w tym stylu architektury i jest ich kilka do wyboru w całej prowincji. Niestety trudno jest je objechać lokalnym środkiem transportu w jeden dzień, więc by zobaczyć wszystkie trzeba wynająć kierowce. My naszym zwykłym stylem nie zdecydowaliśmy się na drogiego kierowcę, ale udało nam się za to obejrzeć tylko dwa miejsca. Do Kaiping dostaliśmy się lokalnym autobusem (3 godziny, 55Y/27 zł w jedną stronę) i potem kolejnym autobusem dojechaliśy do miasteczka Chican, gdzie znajduje się jedna z najlepiej zachowanych ulic tego stylu architektury. Oczywiście jest tam o wiele więcej budynków do zobaczenia niż tylko jedna ulica i tak się też zdarzyło, że serwują tam najlepsza zupkę z mięsnymi pierożkami jaką znaleźliśmy do tej pory w Chinach ;-) Żeby jednak zobaczyć całą wioskę Diaolou trzeba podjechać parę kilometrów taksówką (25Y/ 12 zł).



Fot: Miasteczko Chican



Fot: Ulica w Chican



Fot: Czarujący Chican



Fot: Nasze pierożki w przygotowaniu



Fot: Jemu się nie podobało na pewno ;-) Ale jak trzeba to trzeba!

Mieliśmy czas tylko na jedną więc zdecydowaliśmy się na wioskę Zilli, która ponoć ma najlepiej zachowane wieże. Jest ich około 15 z czego 3 są otwarte do zwiedzania. Piękne budowle i takie inne od tego co do tej pory widzieliśmy. Do tego umieszczone wśród pól ryżowych co dodaje wielkiego uroku temu miejscu. Nawet przy średnio dobrej pogodzie wyglądała ta wioska przepięknie!!! Wieże w środku wypełnione były pięknymi meblami – niektóre o stylu barokowym. Musiały być one oznaką luksusu w tych czasach. Do tego wiele starych kufrów na ubrania (odpowiedniki dzisiejszych walizek) i obrazy wielkich – podobnych do Tytanika – statków kruzowych. Pewnie Huagiao byli również uznawani za podróżników i odkrywców pewnego rodzaju biorąc pod uwagę ich doświadczenia za granicą.



Fot: Widok z wieży w Zilli

Taka jednodniowa wycieczka nie wychodzi tanio ale zdecydowanie warta jest wysiłku, kasy i czasu. Zobaczenie miejsca, o którym nie często się czyta jest zawsze dużym plusem w podróży ;-)

Dodaj komentarz

BEATAiTOMEK

  • 1/5
  • Ranga: Miłośnik wojaży
  • Fotograf:Zaawansowany

O mnie

Kochamy podróże, fascynują nas różne kultury, starożytne cywilizacje i budowle. Kiedy tylko możemy to uciekamy z domu by eksplorować. A że 25 dni roboczych w roku to za mało więc postanowiliśmy wziąć urlop bezterminowy i ruszyć w świat. Zaczeliśmy 30.09.2011 ;-) Podróż trwa!!!.

O nas:
Beata - Manager Marketingu w globalnej korporacji, zapalona organizatorka wszelkiego rodzaju wypraw, uwielbia historie, miejsca mniej odwiedzane i trasy mniej uczeszczane. Wielka milosniczka zwierzat znana z dokarmiania wszystkiego co spotka po drodze;-)
Tomek - Inzynier HVAC na kontrakcie jednej z sieci supermarketow, zapalony fotograf amator ale prawie profesjonalista, uwielbia fotografowac ludzi ;-) Lubi dobry film, ksiazki detektywistyczne i oczywiscie gry komputerowe;-)

Nasz blog pisany jest głównie dla rodziny i przyjaciół, ale cieszymy sie bardzo jeśli inni też czytają i im się podoba;-) Dziękujemy bardzo za wszystkie komentarze!!!

Polub nas na Facebooku, gdzie zamieszczamy linki do relacji i zdjęcia - http://www.facebook.com/pages/Beata-Tomek-Globetrotting/186528848076412

Email: b_and_t_globetrotting@hotmail.co.uk

Zainteresowania: Historia, Kultura, Fotografia, Podróże

Aktywności użytkownika

Forum: ilość: 6 punkty: 6
Komentarze: ilość: 3 punkty: 3
Konkursy: ilość: 1 punkty: 50
Publikacje: ilość: 1 punkty: 30
Relacje z podróży: ilość: 2 punkty: 60
Suma 13 149
Zobacz jak naliczane są punkty

Mój blog

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się