Mapa: Powrót w głąb Chin
W Guilinie zostaliśmy tylko 30 min. Nie lubimy dużych miast więc nie było potrzeby się tam zatrzymywać. Nasz przewodnik Lonely Planet mówi, że autobus do Parku Narodowego Longji powinien odjeżdżać za jakieś pół godziny. Sprawdzamy kilka minibusów bez pozytywnego rezultatu. W końcu zagaduje nas pani z agencji turystycznej i wskazuje nam czas i miejsce, z któego odjeżdża nasz minubus. W sezonie turystycznym należy taki transport rezerwować, ale jako że my przybywamy w zimie to nie widzimy takej potrzeby.
Fot: Po drodze do gościńca
Bilet wstępu do Parku jest oczywiście o wiele droższy niż w przewodniku bo ceny w Chinach idą w góre chyba co parę miesięcy (90Y/45 zł). Już nas to nie dziwi w ogóle - przywykliśmy do tego. Spod bram parku do najbliższej wioski - Dazai jest około 2 km pod górkę. Zastanawiamy się z Tomkiem czy tam wybrać gościniec, czy wspinać się do wioski Ping'an na samym szczycie góry. Decydujemy się zostać w Dazai a treking zostawiamy na kilka następnych dni. Pytamy o drogę kilka kobiet z plemienia Zhunag mieszkających w Dazai, ale nasz Chiński a ich Angielski ogranicza się do kilku słów powitania. Okrężną drogą, chodząc po zboczach tarasów ryżowych w końcu docieramy na miejsce.
Fot: Z plecakami wspinamy się do gościńca
Fot: Tomek na krawędzi tarasów ryżowych
Fot: Tak wysoko nad doliną chodziliśmy po tarasach by znaleźć nasz gościniec
Mimo że nasz gościniec położony jest u podnóża góry, jego taras oferuje przepiękne widoki. Zostawiamy nasze plecaki, podają nam przepyszny smażony ryż na lunch i jesteśmy już gotowi by ruszać w górę. Mamy tylko parę godzin przed zmrokiem, więc chcemy wykorzystać czas jak najlepiej. Szlak jest dobrze oznaczony, ścieżka w góreę wykamieniowana i nasza przechadzka wypełniona jest fantastycznymi widokami. Po drodze odwiedzamy kilka wiosek o pięknej architekturze regionalnej oferujących ciepłe napoje i posiłki. Bradzo nam się tam podoba i już nie możemy się doczekać tego co będziemy oglądać następnego dnia.
Fot: Widok na wioskę Dazhai z tarasu naszego gościńca
Fot: Widok na wioskę Dazhai
Fot: Nasz pyszny lunch
Fot: Na szlaku - lokalna tragarka niosąca produkty na szczyt góry. Oferują one też wnieść twój bagaż jeśli nie masz ochoty się z nim wspinać
we
Fot: Tarasy Ryżowe Grzbietu Smoka - czy widać tego smoka?
Wcinamy pyszne śniadanko i ruszamy w góry. Przejaśniło się trochę nad doliną Parku Longi i widoki wydają się lepsze niż poprzedniego dnia. Słońca nie ma, ale jak na zimę to i tak nam się dobrze trafiło. Każda pora roku przynosi tutaj inny krajobraz. Ten nasz jest bardzo jesienny – z żółtymi trawami, kolorowymi liśćmi i wodą stojącą na polach ryżowych. Idziemy szlakiem i widzimy znak na Wzgórze Złotego Buddhy. Wspinamy się kolejną godzinę (chyba bo nie patrzymy na zegarek) i w końcu docieramy do celu. Piękne widoki na tarasy są warte tego wysiłku. Są też znaki wskazujące do następnego punktu widokowego, który był na naszym planie. Idziemy więc dalej, w górę i w górę i nagle pierzynka chmur osłania całkowicie naszą drogę. Już wtedy wiemy, że nie będzie żadnych widoków na szczycie. Ciężko jest znaleźć motywację by kontynuować wspinaczkę przy takiej pogodzie. Nie ma też ani jednej wioski, czyli nie ma jedzenia i nie ma wody prócz strumyka. Spotykamy lokalną kobietę, która wskazuje nam na śliskie kamienie i otrzega by uważać. Kiwamy głową i ruszamy przed siebie. Musimy przecież dojść do tej wioski na szczyt. Przeszło nam przez myśl chyba 100 razy by zawrócić, ale dotychczasowy wysiłek poszedł by na marne.
Fot: pole ryżowe pod wodą czekające na następny sezon upraw
Fot: Tarasy Ryżowe
Dochodzimy na szczyt (tak nam się przynajmniej wydaje) i wszystko wokół jest białe od szronu. Może i tarasów nie widać, ale sceneria jest bajkowa tak czy siak. Zaczyna się ścieżka w dół i bardzo olodzone kamienie. Znaków brak już od jakiejś godziny. Jest ścieżka w prawo i w lewo i używamy naszego instynktu by zdecydować, w którą stronę ruszyć. Idziemy przełęczą, po zboczu góry i po kolejnej godzinie docieramy do małej wioski. Czyżby to był Ping'an? Nie ma ani żywego ducha więc postanawamiamy iść dalej. Mgła troszkę opada i zaczynamy widzieć dolinę przed nami. Jest też droga – nasza strona góry nie miała przecież drogi??? Pytamy się w jednym z domów, którędy do Longji, ale odpowiedź jest dość niejasna. Ruszamy więc dalej podziwiając jeszcze piękniejsze widoki niż poprzedniego dnia. Zaczynamy się trochę denerwować bo nic nie wygląda znajomo. Znajdujemy szkołę i Tomek pyta się nauczyciela o drogę. Pokazuje nam, że Longji jest PO DRUGIEJ STRONIE GÓRY, 3 godziny drogi minimum przez przełęcz lub 6 godzin drogi na około. Patrzymy na zegarek i jest już po 15:00. Za dwie godziny się ściemni – nie damy rady!. Jak to się stało, że ten prosty treking w górę przerodził się w niekończącą się drogę do nikąd? Szybko oceniamy nasze opcje i postanawiamy ruszyć w dół góry i poszukać taksówki lub autobusu.
Fot: oszroniony szlak
Fot: Na szczycie (chyba)
Fot: Widoków nie ma ale też jest ładnie;-)
Nagle podjeżdża ciężarówka wyglądająca na chłodnię. Dzwi z tyłu się otwierają i jakiś facet pokazuje nam byśmy wsiadali. Ku naszemu zdziwieniu jest tam około 10 innych osób z różnych wiosek. Uśmiech przebiega nasze twarze bo ta cała sytuacja jest trochę surrealistyczna. Wsiadamy i stajemy blisko otwartych drzwi. Kątem oka mogę widzieć jak ciężarówka ślizga się po mokrej glinie tylko pół metra od krawędzi góry. "Jeśli spadnie w przepaść to skaczemy, jesteśmy pierwsi przy drzwiach" – mówię do Tomka. Trzeba zawsze mieć jakiś pan B w takich sytuacjach. Po najdłuższych 30 minutach naszego życia dojeżdżamy do miasteczka u podnóży góry. O dziwo w jednym kawałku. Nakazują nam wysiąść i machają na pożegnanie. Nic nas ta przejażdżka nie kosztuje – darmowa życzliwość jednak w Chinach istnieje. W tym momencie zaczyna walić gradem – co się stało z tą dobrą pogodą?
Fot: Nosidełko dla starszyzny - nie ma dróg ani pociągów na góre a wnieść jakoś trzeba
Idziemy ulicą w stronę miasta i staramy się złapać stopa. Przejeżdżają dwa samochody i omijają nas wielkim łukiem. Trzeci się zatrzymuje i podwozi nas na stację autobusową. Po raz kolejny nic nas to nie kosztuje. Szczęście w nieszczęściu bo nie zabraliśmy ze sobą za wiele pieniędzy a istnieje możliwość, że będziemy nowcować w tym mieście. Na stacji w końcu możemy kupić coś do jedzenia i picia. Jest 16:30 i cały dzień spędziliśmy chodząc po górach. Adrenalina robi jednak swoje bo nawet przez myśl nam nie przeszło, że jesteśmy głodni. Pytamy w okienku i mówią nam, że o 17:00 jest ostatni autobus do Dazai. Chyba w życiu nie byłam taka szczęśliwa z rozkładu jazdy autobusów! Później jest jakieś małe zamieszanie i jednak ten autobus ma nie przyjechać. Mówią nam, że musimy jechać do Ping'an na szczyt góry w parku Longji (jedzie tam bezpośredni autobus z Longshen). To miejsce jest 5 godzin trekingu od naszej wioski – nie uda nam się jednak dotrzeć do domu na noc.
Fot: Po drugiej stronie góry
Już siedzimy w autobusie, kiedy ten sam pan z okienka biegnie do nas i krzyczy, że autobus do Dazai jednak przyjechał. Zmieniamy szybko pojazd i patrzymy po sobie z wielkim uśmiechem i wyrazem ulgi. Może jednak mamy więcej szczęścia niż rozumu w tym dniu. Godzinka drogi w autobusie i będziemy w domu, pod pieżynką z elektrycznym prześcieradłem podgrzewającym nasze łóżka. Nie możemy się już doczekać. Nagle przypominamy sobie, że będziemy przejeżdżać przez bramę parku i nie mamy ze sobą biletów wstępu, które wczoraj kupiliśmy. Nie będziemy przecież płacić po raz drugi? Dobrze, że Tomek zabrał ze sobą klucz do naszego pokoju z nazwą gościńca i dzięki temu Pani strażniczka daje się przekonać, że wczoraj kupiliśmy bilety. Myślimy sobie: "Jeszcze tylko 20 minut i jesteśmy przy bramach parku!!!". 10 minut później autobus się zatrzymuje i młody chłopak mówi nam, że ze względu na grad i śliskość powierzchi kierowca nie chce jechać dalej. Do Parku jest 8 km i jest już zupełnie ciemno. Musimy iść pieszo w takim razie. Ten sam chłopak załatwia nam latarki i wodoodporne pelerynki z pobliskiego sklepu i ruszamy do przodu. Dobrze, że chociaż nie jesteśmy sami i jest z nami ktoś z Dazai. Po kolejnych 10 minutach zatrzymuje się ciężarówka i chłopak negocjuje z kierowcą, by zabrali nas na pakę. Jest tam pełno pudeł i różnych towarów i ledwo się mieścimy. Będzie nas to kosztować 20Y/10 zł a chłopaka nic. Nie ma tu miejsca na bezinteresowną pomoc obcokrajowcom. Cena jest bardzo mała za te 10 min na pace więc nie narzekamy. Jesteśmy już pod bramą parku i tylko myśl o ciepłym posiłku i elektrycznych prześcieradłach dodaje nam otuchy. W tej samej chwili widzimy, że cała wioska jest ciemna a chłopak zwraca się do nas i mówi: "Zapomniałem wam powiedzieć, że jak pada śnieg to wyłączają prąd w całej wiosce". Nie będzie elektrycznych prześcieradeł!
Fot: Już na miejscu przy ognisku
Fot: Najlepsza zupa na świecie przy świeczce;-)
Nasza gospodyni wita nas z uśmiechem i ulgą bo przecież nie wiedziała, gdzie się podziewaliśmy. Nie ma prądu, więc obiad gotuje nam przy palenisku w dobudówce do naszego gościńca. Siedzimy z cała rodzinką (i psem) przy ognisku i wcinamy najlepszą zupę z makaronem na świecie. Przynajmniej w tej właśnie chwili wydaje się najlepszą. W nocy były za to 4 kołdry i też było ciepło.....Rano trudno nam uwierzyć, że wczoraj się w ogóle wydarzyło. Jak patrzymy wstecz to wydaje się to nawet śmieszne. Co za dzień. Widok rano okazuje się zimowy, z pozostałościami białego śniegu z poprzedniej nocy. Czy jest ładniejszy? Nie wiem. Wydaje się, że to miejsce zawsze wygląda pięknie. Pod względem adrenaliny, Tarasy Ryżowe Grzbietu Smoka przebijają jak na razie nasze wszystkie z poprzednich przygód!!!
Kochamy podróże, fascynują nas różne kultury, starożytne cywilizacje i budowle. Kiedy tylko możemy to uciekamy z domu by eksplorować. A że 25 dni roboczych w roku to za mało więc postanowiliśmy wziąć urlop bezterminowy i ruszyć w świat. Zaczeliśmy 30.09.2011 ;-) Podróż trwa!!!.
O nas:
Beata - Manager Marketingu w globalnej korporacji, zapalona organizatorka wszelkiego rodzaju wypraw, uwielbia historie, miejsca mniej odwiedzane i trasy mniej uczeszczane. Wielka milosniczka zwierzat znana z dokarmiania wszystkiego co spotka po drodze;-)
Tomek - Inzynier HVAC na kontrakcie jednej z sieci supermarketow, zapalony fotograf amator ale prawie profesjonalista, uwielbia fotografowac ludzi ;-) Lubi dobry film, ksiazki detektywistyczne i oczywiscie gry komputerowe;-)
Nasz blog pisany jest głównie dla rodziny i przyjaciół, ale cieszymy sie bardzo jeśli inni też czytają i im się podoba;-) Dziękujemy bardzo za wszystkie komentarze!!!
Polub nas na Facebooku, gdzie zamieszczamy linki do relacji i zdjęcia - http://www.facebook.com/pages/Beata-Tomek-Globetrotting/186528848076412
Email: b_and_t_globetrotting@hotmail.co.uk
Zainteresowania: Historia, Kultura, Fotografia, Podróże
| Forum: | ilość: 6 | punkty: 6 |
| Komentarze: | ilość: 3 | punkty: 3 |
| Konkursy: | ilość: 1 | punkty: 50 |
| Publikacje: | ilość: 1 | punkty: 30 |
| Relacje z podróży: | ilość: 2 | punkty: 60 |
| Suma | 13 | 149 |
| Zobacz jak naliczane są punkty | ||
Zrobić 'Loop'* czy nie zrobić - oto jest pytanie!!! (Takheak, Kong Lo, Vientiane 25.03-1.04.2012)
Nagła zmiana planów, kac i cudowne wodospady (Pakse i Bolaven Plateau, 21-24.03.2012)
Sabaai Dii* Laosie...(Don Det, 4000 Wysp na Mekongu 16-20.03.2012)
Królowa Wszystkich Świątyń (Siem Reap i Angkor, 3-7.03.2012)
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.