Szef wszystkich szefów

9 styczeń 2012
Szef wszystkich szefów

Z samego rana Don Silverio i jego żona odstawiają nas na przystań. Są bardzo ciekawi naszego motoru, o którym opowiadaliśmy podczas wczorajszej kolacji. Idą z nami zobaczyć żółtą strzałę. Namawiamy ich, żeby się przejechali, ale Don Silverio mówi, że jest za niski, nie dostanie do ziemi nogami. Skąd ja to znam.

Pakujemy plecaki zawijając je szczelnie w plandeki i sznurkami przywiązujemy do metalowego bagażnika. Na koniec zostajemy wyściskani i wycałowani, a Don Silverio mówi:

- Zapraszamy ponownie, waszą rodzinę i znajomych z Polski również.

Jedziemy z powrotem do Coca. Postanowiliśmy, że nie zapłacimy takiej kasiory jak sobie życzą agencje za wjechanie na teren wioski Huaorani. Bo nawet jej nie mamy. Wymyśliliśmy, że pojedziemy motorem najdalej jak się da, a w ostatniej wiosce, może uda nam się zatrudnić jakiegoś lokalnego przewodnika za niższą cenę. Ruszamy w drogą w kierunku rzeki Shiripuno. Na mapie jest jakaś trasa, cienka kreska urywająca się gdzieś w połowie. Powinno być dobrze.

We wschodniej części Ekwadoru rozciąga się „El Oriente”, selwa, czyli dżungla. Między rzeką Napo a Curaray rozciąga się 600 000 hektarów ziemi, która jest domem Huaorani. Obszar ten obejmuje Park Narodowy Yasuni, który jest jednym z najbardziej zróżnicowanych biologicznie miejsc na ziemi. Niestety ten unikalny ekosystem jest skutecznie niszczony przez koncerny naftowe i tysiące kilometrów rur i przewodów paliwowych.

Przez większość czasu jest asfalt, co nas z jednej strony ogromnie raduje, ale z drugiej, szkoda, że cywilizacja wdarła się tak daleko w dżunglę. „Las petroleras”, czyli spółki naftowe to największa zmora Amazonii. Jak wiadomo ziemie Ekwadoru na terenie Orientu są bardzo bogate w ropę, którą władze państwa zdążyły już wyprzedać na 100 lat do przodu. Przy takiej polityce nic zatem dziwnego, że w tym kraju bieda aż piszczy. Aby łatwiej poruszać się po dżungli i mieć lepszy dostęp do szybów naftowych firmy wybudowały 150 km dróg „Via Auca”, które przechodzą przez serce dżungli. W ten o to sposób mamy komfortowy dojazd, ale ten asfalt to prawdziwe przekleństwo dla Huaorani i środowiska, w którym żyją. Inwazja firm naftowych powoduje wycięcie lasów, zanieczyszczenie środowiska i degradację siedlisk istot zamieszkujących dżunglę.

Jest gorąco, przesadnie gorąco. Jak nigdy jedziemy tylko w koszulkach. Mijamy kolejne szyby naftowe, z których buchał ogień. Cały czas towarzyszą nam wstrętne rury z ropą, których zniszczona selwa nie jest już w stanie wchłonąć.

-Widziałaś – krzyczy spod kasku Tomasz

Kręcę głową, że nie i nie mam pojęcia o co mu chodzi. Tomasz zawraca poczym zatrzymuje się. Teraz już widzę. Nie chcę wyjść na bezduszną jędzę, która nie liczy się ze zwierzakami, a szczególnie z ich życiem, ale w tym wypadku cieszę się, że te płazy są już martwe. Trzy długie i grube węże leżą na jedni rozgniecione pod ciężarem kół samochodowych. Wnętrzności wypływają, widać flaki i krew. Mam szczerą nadzieję, że nie spotkam ich żywych kuzynów, pełzających na wolności między tutejszymi zaroślami.

Jedziemy dalej. Asfalt zostawiamy w tyle i przenosimy się na piach z licznymi dołeczkami. Co jakiś czas zza drzew wyłaniają się drewniane chatki na wysokich palach. W żadnym nie ma okien, a między zbitymi deskami są szpary grubości kilku palców. I pranie, przed każdym domem obowiązkowo suszy się pranie. Dzieciaki pół nagie, umorusane po same uszy biegają na wykarczowanym polu.

W końcu dojeżdżamy do murowanej budki, przed którą stoją policjanci oparci o szlaban zagradzający wjazd dalej. Jest też drugi budynek, tutaj mieści się sklep i chyba coś na kształt restauracji. I jeszcze kilkanaście osób. Siedzą, jakby na coś czekali. Wszyscy są niscy, o mocno ciemnej karnacji i długich, czarnych włosach. To chyba ostatni przystanek przed wjazdem na teren Huaorani. Wzbudzamy ogromne zainteresowanie. Wszyscy nam się uważnie przyglądają. Większość niestety spogląda dosyć nieufnie. To samo mogę powiedzieć o sobie. Nikt tu nie wzbudza we mnie poczucia bezpieczeństwa, nawet policjanci wyglądają jakoś tak podejrzanie. Ale nie nastawiam się negatywnie. Musimy się nawzajem oswoić.

Schodzimy z motoru i czekamy na rozwinięcie akcji. To najlepszy sposób w nowym, nieznanym miejscu, chwilę zaczekać, rozejrzeć się, a potem zagadywać. Tym razem to nie my musimy zagadywać. Podchodzi do nas dwóch młodych chłopaków. Mówimy, że chcielibyśmy dojechać do wioski Bameno, do której plynie się jakieś dwa dni łodzią. Chłopaki wołają pewnego mężczyznę. Podchdozi do nas złotozębny, długowłosy Indianin, który porażając nas swym bogatym uśmiechem, przedstawia się jako Manuel.

- Bameno, nie ma problemu. Dogadajcie się z chłopakami – mówi.

Manuel jest szefem wioski Noneno, oddalonej o zaledwie godzinę drogi łodzią stąd. Tutaj, każda wioska Huaorani ma swojego szefa i tylko za jego pozwoleniem mogą do niej wjechać obcy. Pytamy Raula, jednego z chłopaków ile to będzie kosztowało. Chłopaki długo myślą. Spoglądają na nas, na motor, potem na siebie. I jeszcze długo myślą. W końcu pada kwota:

- 1000 dolarów.

Zaczynamy z Tomaszem głupio się uśmiechać, bo ta suma przewyższa nawet agencyjne ceny. Mówimy, że mamy 300 dolarów i tylko tyle możemy zapłacić. Podobno za te pieniądze nie da rady. Ale nie rezygnujemy. Siadamy z boku i jak gdyby nigdy nic czekamy. Może zmienią zdanie. Z Indianami to najlepiej przeczekać.

Po 15 minutach podchodzi Raul i pyta czy Tomasz nie mógłby pojechać z nim w jedno miejsce, z którego on zadzwoni do szefa wszystkich szefów i zobaczy co da się zrobić.

Odjeżdżają, a ja zostaję sama wśród całkiem obcych i uważnie mnie obserwujących ludzi. Kiedy tak sobie siedzę dochodzi do mnie, że w tym całym tłumie są tylko trzy kobiety. Reszta to mężczyźni, którym brakuje przynajmniej po trzy zęby. Jedni głośno się śmieją przy buteleczce piwka, inni urządzili sobie mały sparing, a jeszcze inni gapią się na mnie. Nich ten mój mąż szybko wraca, bo samotna, biała kobieta za bardzo zwraca tu na siebie uwagę.

Przysiada się do mnie Indianka i pokazuje mi czerwone koraliki zawieszone na nitce. Zaczyna mi opowiadać, że to owoce z drzewa, które rośnie obok jej domu. Że mają leczniczą moc i może mi je sprzedać. Okazuję umiarkowane zainteresowanie, bo to jedyny sposób, żeby nie być nagabywaną na kupno czegoś na kształt jarzębiny, na czarnym sznurku.

Mija już godzina, a Tomasza nie ma. Gdzie on do cholery może być. Znowu powtarza się sytuacja z Turbo w Kolumbii. Chociaż tym razem mam przy sobie telefon. Ale i co z tego jak nie ma tu zasięgu. Jesteśmy w dżungli, gdzie bieda aż piszczy. Tomasz siadł na motor, tym razem nasz, z totalnie obcym człowiekiem, który mówi mu gdzie ma jechać. I jeszcze te historie misjonarzy o przestępcach, o zabójstwach na tle kradzieży. Jak ja mam być spokojna? Okradną go, zabiorą motor, pal licho z motorem. Najgorzej, że jemu mogą coś zrobić. Dlaczego znowu muszę to przeżywać?

Są! Na szczęście. Tomasz jest cały i zdrowy i z motorem.

- Wiedziałem, że będziesz się martwiła .

- Dobra nie ważne, nie pierwszy raz. Gdzie wy w ogóle byliście? – pytam.

- Ooooooo, to nie była taka prosta sprawa z tym telefonem – szyderczo się uśmiecha. – Najpierw pojechaliśmy po telefon, za który Raul musiał zapłacić kaucje, ale że nie miał pieniędzy to pojechaliśmy do jego kuzyna po gotówkę. Potem wróciliśmy po telefon. Z tym telefonem pojechaliśmy na górkę, bo tylko tam jest zasięg. Zadzwoniliśmy. A potem jeszcze zwrot telefonu i kasy, się trochę zeszło.

- No, ale i co, dogadałeś się?

- Rozmawiałem z szefem wszystkich szefów i powiedział, że popłyniemy za 300 dolarów, ale musimy pojechać do Coca i się z nim spotkać.

- No to super!

Pakujemy się na motor i wracamy do Coca. Jedziemy pod wskazany adres. Na miejscu okazuje się, że to agencja. Widząc szyld już mieliśmy złe przeczucia. Wchodzimy do środka. W małym pokoju przy biurku siedzi mężczyzna w słomianym kapeluszu, z długimi włosami. Dookoła niego czterech młodych chłopaków, każdy z nich z kolczykiem w uchu. Po rysach widać, że to Huaorani. Przedstawiamy się i mówimy, że dwie godziny temu rozmawialiśmy przez telefon. Po krótkiej rozmowie szef wszystkich szefów wycofuje się z telefonicznej oferty i mówi, że za 300 dolarów nie ma mowy. Standardowo oferuje 120 dolarów od osoby za dzień. Jesteśmy strasznie wkurzeni, ale co możemy zrobić. Nic, najwyżej zrezygnujemy. Cwaniaczki, wyrwali się z lasu i teraz kasują nie wiadomo jaką kasę. Co za bzdura. Jestem wnerwiona. Czyż nie mam racji? To chyba lekka paranoja brać 120 dolców za pobyt w dżungli za jeden dzień, gdzie jedyny koszt jaki ponoszą za takiego turystę to zużycie gumowiaków, które im udostępniają.

Przy drugim biurku siedzi inny mężczyzna. Zaczyna mówić do nas po angielsku. Uff, ten język jest nam bliższy, ale na tym kontynencie nie za często go używamy. Okazuje się, że to również Huaorani, ale jak sam stwierdził:

- Wcześniej wyszedłem z lasu, skończyłem studia i zamieszkałem w mieście. Ale znam język Huaorani i ich kulturę – mówi. – Postaram się wam pomóc.

Zaczyna rozmawiać z szefem wszystkich szefów w ich języku. Po chwili przedstawia nam propozycję:

- Za 400 dolarów najpierw popłyniecie do pewnego małżeństwa, które mieszka za wioską Noneno. Tam spędzicie dwa dni i potem popłyniecie do Bameno razem z dwoma innymi turystami, którzy zostaną w wiosce aż dwa tygodnie. A wy wrócicie po pięciu dniach.

Oczywiście się zgadzamy. Płacimy kasę, ale pytamy o rachunek.

- Wszystko dostaniecie jutro przy łodzi.

Wiemy, że to trochę nie roztropne, ale wierzymy na słowo. Może Indianie Huaorani nas nie oszukają.

www.magda-tomek.com

Dodaj komentarz

TOMEKiMAGDA

  • 1/5
  • Ranga: Miłośnik wojaży
  • Fotograf:Nowicjusz

O mnie

Jesteśmy lekko niepoprawni, czasem nienormalni, momentami zabawni, zazwyczaj pozytywni, niekiedy niepohamowani, nigdy nie zaspokojeni, zawsze szaleni, na ogół średnio zorganizowani, w marzeń spełnianiu zdeterminowani. Lubimy poznawać, odkrywać, doznawać, doświadczać, przeżywać, kosztować, smakować i czasem leniuchować.

Magda i Tomek
www.magda-tomek.com

Zainteresowania: Historia, Kultura, Fotografia, Podróże

Aktywności użytkownika

Komentarze: ilość: 1 punkty: 1
Konkursy: ilość: 1 punkty: 50
Relacje z podróży: ilość: 1 punkty: 30
Suma 3 81
Zobacz jak naliczane są punkty

Mój blog

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się