Dojechaliśmy do Szanghaju.... bo jakby inaczej. Nie można przecież ominąć tej metropolii kiedy jest się w Chinach. Mimo że nie lubimy wielkich miast to byliśmy bardzo ciekawi atmosfery tego miejsca. Przejażdżka pociągiem TGV o prędkości 312km/h z Suzhou zajęła nam zaledwie 20 min (40Y/20 zł). Dla samego doświadczenia warto spróbować ;-) Marie wciąż jeszcze była z nami, jako że jej podróż kończyła się właśnie w Szanghaju. Miała też rekomendację co do hostelu, w którym powinniśmy zostać więc tak też zrobiliśmy. Hostel Mingtown Hiker (sieć hosteli o której pisaliśmy w poprzednim blogu) znajduje się zaledwie parę minut spacerkiem od słynnego deptaku nad rzeką zwanego: The Bund, parę minut spacerkiem do placu centralnego (People's Square) i w bliskiej odległości do starego miasta – lokalizacja idealna.

Fot: widok na Nowe Miasto z deptaku "The Bund" w Szanghaju

Fot: Deptak "The Bund" w Szanghaju

Fot: widok na Nowe Miasto z deptaku "The Bund" w Szanghaju
Sam hostel też był bardzo fajny z nowoczesnymi łazienkami, pralniami i pomieszczeniem komunalnym z bilardem i barem. Było oczywiście strasznie zimno w środku, bo nikt nie zamyka drzwi, ale zdąrzyliśmy się już do tego przyzwyczaić. Jedyny minus tej lokalizacji to brak tanich restauracji ;-( Sama dzielnica jest ultra nowoczesna z galeriami, ekskluzywnymi sklepami i drogimi kawiarniami. Musieliśmy się trochę naszukać by dostać coś prostego w rozsądnej cenie. W pobliżu Placu Ludu (People's Square) znajduje się ulica z jadłodajniami i tam można dość tanio zjeść. Są jeszcze francuzkie piekarnie (pozostałość po kolonizatorach) i zawsze to jakaś odmiana w żywieniu ;-) Zostaliśmy w Szanghaju 3 dni, spacerując, robiąc zdjęcia i podziwiając tą ogromną metropolię.

Fot: Karuzela w parku na Placu Ludu w Szanghaju

Fot:Architektura Szanghaju - mieszanka nowego i klasycznego stylu

Fot: Ulica Szanghaju
Przewodnik bardzo polecał Muzeum Narodowe w szanghaju, które o dziwo jest za darmo, więc tam też się udaliśmy. Po drodze spotkaliśmy - dwukrotnie - grupki młodych ludzi, bardzo chętnych do rozmowy po angielsku i bradzo zainteresowanych naszymi planami w Szanghaju. Kiedy wspomnieliśmy, że idziemy do muzeum, powiedzieli nam, że jest wielka kolejka o tej porze i że lepiej się z nimi wybrać na jakiś pokaz herbaty. Może i jestem wielką sceptyczką, ale dziwne, że dwie różne grupy ludzi przystawały dokładnie przy tym samym, a jak dotarliśmy do muzeum to było puste. Pewnie płacą im procencik za przyprowadzanie obcokrajowców lub byli to naciągacze, którzy zaciągają białych do restauracji i pozostawiają ich z wielkimi rachunkami. Tak szy siak Muzeum było super – jedno z lepszych jakie widzieliśmy. W szczególności spodobał nam się dział o Mniejszościach Narodowych, który wskazywał na ich wielką ilość i różne rozmieszczenie w Chinach. Nie mogliśmy uwierzyć ile ich było. Do tego mogliśmy zobaczyć eksponaty w postaci łodzi, ubrań weselnych i biżuterii. Piękne były też kaligrafie oraz porcelana. Aż dziw bierze, że coś takie jest za darmo a za jakieś malutkie światynie życzą sobie czasem kupę kasy. Ale jak już mowiłam – logiki w tym kraju nie ma ;-)




Fot: wszystkie powyższe to eksponaty Muzeum Narodowego w Szanghaju
Na południe od centrum znajduje się dzielnica Yuan Garden. Niby autentyczna wioska Chińska przekształcona w wielkie centrum handlowe. Może i kiedyś była tam wioska, ale teraz jest to wielki i NOWY kompleks budynków mieszczący sklepy, restauracje i bazary. Sztuczna pułapka na turystów jeśli by nas zapytać ;-) Po drodze jednak do tej dzielnicy znajduje się wiele starych, kolonialnych budynków i te widoki są znacznie przyjemniejsze niż tłumy turystów kupujących pamiątki. To samo ma się do Starego Miasta i Dzielnicy Francuzkiej, z tym że ta ostatnia przekształciła się w ekskluzyną 'sypialnię' dla bogatych Chińczyków i obcokrajowców. Wielkie i piękne apartamentowce kontrastują tutaj ze starymi 19-sto wiecznymi budynkami z czasów kolonizacji Francuskiej. Bardzo podobał nam się również Rynek Antyków w starym mieście. Nawet wraz z bardzo denerwującym nawoływaniem sprzedawców i tak jest to jedno z lepszych i przyjemniejszych miejsc na popołudniowy spacerek w Szanghaju.

Fot: Dzielnica Yuan Garden

Fot: Stare miasto


Fot: Rynek antyków na Starym Mieście
Oczywiście nie można odwiedzić Szanghaju bez wieczornego spaceru po deptaku. Tyle się słyszy o tym miejscui w zasadzie wszystko jest prawdą. Wielkie drapacze chmur, mieszanka kolonialnych budynków, głośnia muzyka i przepięknie oświetlona promenada. Jako że nasza wizyta zbiegła się z okresem przed świątecznym to mogliśmy się wsłuchiwać w znane i powtarzane bez końca piosenki Mareya Carey i WHAM. Niestety musieliśmy się pożegnać z Marie i ruszyliśmy dalej na południe do miasteczka kurortowego Hangzhou.

Fot: Szanghaj nocą
Hangzhou to przepiękna mieścina położona nad jeziorem i otoczona wielkimi górami. Trochę jakby kurort lub sanatorium. Marie poleciła nam to miejsce jako przyjemne i relaksujące. A że znajduje się ono tylko parę godzin jazdy pociągiem od Sznaghaju to nie zaszkodziło sprawdzić. Zostawaliśmy w hostelu nad samym jeziorem – przyjemne miejsce, ale wilgotne z oczywistych powodów;-) Mieliśmy w planie trochę pochodzić po okolicznych górkach i w końcu wynająć rowery, żeby objechać jezioro. Niestety pogoda się zepsuła i zaczęło padać. Te rowery miejskie to super sprawa bo ich wynajęcie kosztuje praktycznie nic. Należy oczywiście zostawić depozyt (350Y/150 zł), ale jeśli zwróci się rower za każdym razem przed upłynięciem 60 minut to jazda jest za darmo. Postojów rowerowych jest mnóstwo w całym mieście więc nie ma szansy by się nie dało.

Fot: Jezioro w Hangzhou

Fot:Zachód słońca nad jeziorem w Hangzhou
Deszcz jednak sprawił, że postanowiliśmy nasz plan zrobić pieszo. Wspieliśmy się na Wzgórze Pagody (skąd przy pięknej pogodzie były by super widoki na góry i jezioro) oraz obeszliśmy całe jezioro wkoło powolnym spacerkiem. Na mapie wydaje się ono takie wielkie ( Chińczycy radzą wziąźć taxi na drugą stronę), ale w rezczywistości można je obejść w 1,5 godzinki. Pięknie zrobione alejki, mosty i parki po drodze sprawiają, że jest to dość miły spacer! Odwiedziliśmy również Muzeum Jedwabiu (też darmowe) i mimo zmęczenia bardzo nam się ono podobało. Hangzhou nie przypadło nam do gustu aż tak bardzo by zostać dłużej i wieczorem spędziliśmy kilka godzin planując co zrobić dalej. Zdaliśmy sobie też sprawę z tego, że święta były tuż tuż za rogiem, a my nie mieliśmy żadnego planu. Początkowo miała być wyspa Hainan lub Hongkong, ale po drodze chcieliśmy jeszcze zobaczyć parę miejsc więc nie pasowało to nam w ogóle. Przez te parę godzin sprawdziliśmy strony internetowe schronisk górskich, prognozy pogody i dostępność miejsc w hostelach i w końcu zapadła decyzja, że jedziemy nad wybrzeże do Xiamenu. Czyli nie będzie wspinaczki na góre Lushan, ale i tak pokryta jest teraz zupełnie śniegiem. Poza tym sama myśl o tym, że będziemy wkrótce w miejscu, gdzie jest ciepło poprawiła nam humor. Tego samego wieczoru wsiedliśmy w taksówkę i pojechalismy na stację by kupić bilety do Xiamen na następny dzień. 7 godzin zamiast 20 w pociągu TGV robi wielką różnicę a cena jest taka sama jak za standardowy pociąg.

Fot: Jezioro w Hangzhou

Fot: Na luzie i kurortowo - spacerek nad jeziorem w piżamie?
Kiedy wysiedliśmy z pociągu w Xiamen, różnica w temperaturze była od razu odczuwalna. To nie tropiki, rzecz jasna, ale musiało być przynajmniej 15C różnicy między południem a północą Chin. Xiamen ma fajne rozwiązanie transportowe, czego inne miasta nie mają w Chinach. Linia autobusowa jest zbudowana na moście ponad drogami i ciągnie się przez całe miasto. To jakby odpowiednik metra tylko za pomocą autobusu – bez korków i problemów na drogach, jako że tylko autobusy tam jeżdzą. Postanowiliśmy się zatrzymać w Starym Mieście, które jest wielkim labiryntem małych, starych uliczek. Dzięki pomocy mieszkańców znaleźliśmy w końcu nasz Hostel, prowadzony przez Phila z USA i jego żonę Maggie z Chin. Hostel ten wygląda bardziej jak rodzinnie prowadzony gościniec, ale obsługa jest fantastyczna (pokój 120Y/ 60 zł za dobę).

Fot: widok na wyspę Xiamen
Phil potwierdził nam wiele naszych teorii o Chińczykach. Jako że uczy angielskiego w tym kraju już od 10 lat wie dobrze jak ten system działa. Powiedział nam, żeby nigdy nie próbować zaprzeczać do Chińczyków, że to co na zachodzie nie jest takie piękne jak im się wydaje. Nie uwierzą, zdenerwują się i potem cię znienawidzą. Nie rozumieją, że wyższe zarobki wiążą się również z wysokimi podatkami, cenami mieszkań i żywności. Nie chcą tego wiedzieć. Maggie za to powiedziała nam:”Nienawidzę pracować z Chińczykami, totalny brak dobrej obsług klienta” i biorąc pod uwagę, że sama jest Chinką to chyba nie potrzebuje to dalszego komentarza. Powiedziała nam również, że nienawidzi tego, że oni się tak pchają wszędzie, ale nie ma wyboru i też tak robi. Ciekawe ilu z nich tak myśli i mimo wszystko robi na przekór. W Xiamen zostaliśmy kilka dni po czym wybraliśmy się na kolejną wysepkę – GulangYu – nasz dom na Święta Bożego Narodzenia.

Fot: W końcu PLAŻA!!!

Fot: Park na wyspie GulangYu

Fot: Ciepło!!!
GulangYu jest małą wysepką o wielkości może 2km kwadratowych (dojazd promem za 8Y/4 zł w obie strony). Nie ma tam ruchu ulicznego i można ją obejść wokoło w ciągu paru godzin. Jest to miejsce, które znajduje się na liście najpiękniejszych miejsc w Chinach i najlepszych widoków prowincji Fujian. Wille z epoki Wiktoriańskiej są pozostałościami po Brytyjskich, Francuzkich i Japońskich kolonizatach. Pełno było wokół pięknych budynków, modnych kawiarenem i niespodziewanie - kościołów. Są one bardziej atrakcją turystyczną niż kościołami (tak jak dla nas ich świątynie), ale mimo wszystko bicie dzwonów w kościołach i kolędy powodowały, że czuliśmy się bardziej jak w domu.

Fot: Jedna z willi na wyspie

Fot: Wczasowo i Romantyczie ;-)

Fot: Nowożeńcy czy modele? Ciężko powiedzieć.

Fot: Wesołych Świąt!!!
Jedzenie było też inne. Wyspiarscy kucharze specjalizują się w owocach morza i rybach. Wszędzie na ulicach można było sprobować krabów lub kałamarnic. Na nasz posiłek wigilijny próbowaliśmy wybrać dania, które choć trochę przypominały te domowe. Były ryby i ostrygi, smażone ziemniaki, pierożki ze szpinakiem, smażone warzywa i zupa warzywna. Wiadomo, że nie tak jak w domu, ale zawsze miło. No i byliśmy na PLAŻY!!!


Fot: owoce morza

Fot: deser - suszone owoce

Fot: Tomka lunch
Fot:
Fot: Robienie pierożków
Za zimno na kąpiel, ale mimo wszystko pierwsza piaszczysta plaża od naszego wyjazdu z domu. Jak spacerowaliśmy po wyspie to wyobrażaliśmy sobie jak to miejsce musiało wyglądać w 19-wieku. Modne imprezy na tarasach wielkich willi, dźwięk gramofonów i tańce fokstrota. Musiało być pięknie. Również zdałam sobie sprawę z tego, że wszystkie miejscowości nadmorskie wyglądają tak podobnie. Romantycznie spacerujące pary po plaży, zapach świeżo usmażonej ryby i frytek, muzyka oraz małe sklepiki sprzedające pocztówki i pamiątki z muszelek. Nie ważne gdzie na świecie się jest – nadmorskie kurorty mają tą samą atmosferę!!! Na wyspie znajduje się wiele ogrodów, ptaszarnia, muzea itp. (jeden bilet wstępu 120Y/60 zł), ale nie widzialiśmy potrzeby by ich odwiedzać. Choć raz podczas naszej podróży nie mieliśmy ochoty odkrywać tego co nieznane, ale raczej zatapiać się w tym co znane i co przypominało dom ;-)

Fot: pamiątki z muszelek

Fot: deptak

Fot: Rozśmieszona przez Tomka

Fot: Kolonialne antyki

Fot: Przyprawy w butelkach
Bardzo zrelaksowani i wypoczęci postanowiliśmy się udać dalej wzdłuż wybrzeża w stronę Hong Kongu. Ciepłe temperatury powietrza przypadły nam do gustu, ale i chcieliśmy spędzić sylwestra w super otoczeniu tej wielkiej metropolii.
Kochamy podróże, fascynują nas różne kultury, starożytne cywilizacje i budowle. Kiedy tylko możemy to uciekamy z domu by eksplorować. A że 25 dni roboczych w roku to za mało więc postanowiliśmy wziąć urlop bezterminowy i ruszyć w świat. Zaczeliśmy 30.09.2011 ;-) Podróż trwa!!!.
O nas:
Beata - Manager Marketingu w globalnej korporacji, zapalona organizatorka wszelkiego rodzaju wypraw, uwielbia historie, miejsca mniej odwiedzane i trasy mniej uczeszczane. Wielka milosniczka zwierzat znana z dokarmiania wszystkiego co spotka po drodze;-)
Tomek - Inzynier HVAC na kontrakcie jednej z sieci supermarketow, zapalony fotograf amator ale prawie profesjonalista, uwielbia fotografowac ludzi ;-) Lubi dobry film, ksiazki detektywistyczne i oczywiscie gry komputerowe;-)
Nasz blog pisany jest głównie dla rodziny i przyjaciół, ale cieszymy sie bardzo jeśli inni też czytają i im się podoba;-) Dziękujemy bardzo za wszystkie komentarze!!!
Polub nas na Facebooku, gdzie zamieszczamy linki do relacji i zdjęcia - http://www.facebook.com/pages/Beata-Tomek-Globetrotting/186528848076412
Email: b_and_t_globetrotting@hotmail.co.uk
Zainteresowania: Historia, Kultura, Fotografia, Podróże
| Forum: | ilość: 6 | punkty: 6 |
| Komentarze: | ilość: 3 | punkty: 3 |
| Konkursy: | ilość: 1 | punkty: 50 |
| Publikacje: | ilość: 1 | punkty: 30 |
| Relacje z podróży: | ilość: 2 | punkty: 60 |
| Suma | 13 | 149 |
| Zobacz jak naliczane są punkty | ||
Zrobić 'Loop'* czy nie zrobić - oto jest pytanie!!! (Takheak, Kong Lo, Vientiane 25.03-1.04.2012)
Nagła zmiana planów, kac i cudowne wodospady (Pakse i Bolaven Plateau, 21-24.03.2012)
Sabaai Dii* Laosie...(Don Det, 4000 Wysp na Mekongu 16-20.03.2012)
Królowa Wszystkich Świątyń (Siem Reap i Angkor, 3-7.03.2012)
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.