W Coca jesteśmy bardzo wcześnie. Nie ma jeszcze nawet ósmej. Kolejne szare miasto, gdzie poza brudem na ulicach i obdrapanymi budynkami, nie ma nic więcej. Chcemy rozejrzeć się za jakąś tańszą możliwością dostania się do dżungli niż 120 dolarów za dzień od osoby. Tyle życzą sobie agencje. W jednej z informacji turystycznych dostajemy namiar na przewodnika, z którym umawiamy się na spotkanie. Niestety i w tym przypadku cena nie schodzi niżej jak 100 dolarów.
Podczas śniadania dzwonimy do ojca Michała, który stacjonuje na misji w Shushufindi. Numer do niego mamy od ojca Zbigniewa. Może on zna jakiś sposób tańszego dostania się na tereny Huaorani.
Po otrzymaniu zaproszenia do Shushufindi, po niespełna dwóch godzinach stoimy przed kościołem i pukamy do drzwi ojca Michała. Bardzo miłe i ciepłe przywitanie, a do tego nawet trafiliśmy na wcześniejszy obiad.
- O Huarani nie wiem za dużo i o ich terenach, też nic – mówi ojciec Michał – ale jak chcecie zobaczyć dżunglę, to mogę zadzwonić do mojego znajomego, który mieszka przy Lagunie Limoncocha. Ja tam jeżdżę łowić ryby, bo kajmany i piranie mnie już nie rajcują, ale jak chcecie połowić, to jest to świetne miejsce.
Pewnie, że chcemy. Piranii na wędce nigdy jeszcze nie miałam. W sumie to jeszcze nigdy niczego na wędce nie miałam.
Chwilkę rozmawiamy o naszej podróży i o życiu w Ekwadorze. Niestety, te same smutne historie o przemocy, przestępczości i biedzie.
Motor zostawiamy przy drewnianym domu na terenie rezerwatu. Powinien być tu bezpieczny. A sami bierzemy plecaki i schodzimy na pomost. Gdy tylko wychodzimy z gęstych krzaków, widzimy starszego Indianina, w małej, drewnianej łodzi. To zapewne Don Silverio. Obok niego siedzi starsza kobieta, jego żona oraz ich syn.
- Tomas – krzyczy z daleka Indianin.
- Si – tyle po hiszpańsku zdążyliśmy się już nauczyć.
Nasze plecaki lądują z przodu łodzi, a sami zasiadamy na drewnianej ławeczce. Słychać dźwięk silnika i czuć w powietrzu spaliny. Płyniemy na drugi koniec laguny, która jest przepiękna. Niebieska woda, a dookoła bujna roślinność. Po drzewach skaczą małpy, na gałęziach siedzą papugi. Bajecznie. Zachwycam się widokami, bo w tak pięknych okolicznościach przyrody nie da się inaczej. Ale jest we mnie też odrobinka niepokoju. Doskonale wiem, że pod łodzią, tam pod wodą jest inny świat. I może nie cały ten świat mnie przeraża, ale tysiące piranii, kilkadziesiąt kajmanów z wielkimi kłami. Tak, tego się boję. Staram się nie myśleć co by było, gdyby taki kajman postanowił przewrócić łódkę. Pal licho laptopy i aparaty, bo z naszych tłustych ciałek nie zostałby nawet kawałek.
Jesteśmy na miejscu. Pośrodku dżungli, na drewnianych balach stoi mała chatka. A obok niej specjalnie przygotowane dla gości cabanas.
– Mój dom – mówi do nas Don Silverio – Jak wam się podoba?
Jesteśmy wniebowzięci. Domki przykryte palmowymi dachami, dookoła tony zieleni i do tego tysiące dźwięków wydobywających się z głębi dżungli. Członkowie rodziny Don Silverio są jedynymi osobami mieszkającymi na terenie rezerwatu Limoncocha.
– Chcecie łowić piranie?
Cóż za pytanie, oczywiście, że tak! Wypływamy na środek laguny. Krojąc przynętę na niebieskim wiośle, Don Silverio mówi:
– Musicie sobie złowić kolację.
Po chwili czuję, że coś bierze. Szybko podrywam kij z żyłką i haczykiem, na którym jest już pierwsza ofiara. Niestety mój brak doświadczenia i chyba też mały strach pozwalają na ucieczkę mięsożernej rybie. Ale Tomaszowi się udaje. Stoi dumny z kijkiem i żyłką, z dyndającą na haczyku piranią.
– Wrzuć ją do koszyka – mówi Don Silverio.
Tomasz próbuje, ale sprytny zwierz wywija fikołka i teraz skacze po całej łódce. Na widok ostrych zębów zaczynam panikować i krzyczeć. Tomasz łapię wiosło i próbuje ogłuszyć napastnika. Don Silverio wydaje się być mocno rozbawiony całą sytuacją. Śmiejąc się mówi:
– Masz szczęście, że nie odgryzła Ci palców.
Nagle czuję, że coś złapałam. Coś naprawdę ciężkiego, na tyle, że nie mogę utrzymać kija.
– Mam coś! Pomóżcie! – krzyczę do chłopaków. I gdy tylko nadarza się okazja oddaję kij Tomkowi. Z wody wynurza się coś dziwnego. Długie to jakieś takie, śliskie. Jakby jakiś węgorz, albo mocno spasiony wąż. Sam widok wystarcza mi, żeby się bać tego czegoś. I chyba mam dobre przeczucia, bo jak tylko Don Silverio widzi co jest na końcu żyłki krzyczy:
– Nie wyjmujcie!
Okazuje się, że ten gatunek węgorza elektrycznego mógł sprzedać nam kilka Volt i sprawić, że wszyscy zaczęlibyśmy świecić.
Po niespełna godzinie, z pełnym koszem, wracamy do drewnianej chaty. Indianin odpala generator, zapala się światło. Teraz dopiero możemy smażyć kolację. Nie tak dosłownie my. Raczej żona Don Silverio, bo my w tym czasie płyniemy w poszukiwaniu kajmanów.
Wokół absolutna ciemność, latarką świecimy przed siebie i wypatrujemy czerwonych oczu. Niektóre z kajmanów mierzą sobie nawet 8 metrów. Kiedy po cichu podpływamy do jednego z nich ten otwiera paszczę pokazując nam swoje kły i szybko ucieka pod wodę. Mnie to wystarczyło, żeby wrzasnąć i podskoczyć ze strachu. Więcej radości sprawia mi przyglądanie się ośmiomilimetrowym żabkom, które jak gdyby nigdy nic siedzą sobie na zielonych liściach. Przez cały ten czas nie mogę odgonić się od natrętnych komarów, które zdążyły mi już zafundować z tysiąc ugryzień. Nawet Off nie pomaga, na te małe bestie.
Na kolację zostajemy zaproszeni do domu Don Silverio. Rodzina między sobą rozmawia w nieznanym nam języku. To keczua Indiański dialekt. Zajadając się piranią w towarzystwie jukki i słodkiego platano, to taki wyrośnięty banan, słuchamy historii Don Silverio, mrożącej krew w żyłach.
- Kilka lat temu płynąłem z czterema Niemkami. Podpłynęliśmy do jednego kajmana. Duży był, na pewno miał z 6 może 7 metrów. Musiał się wystraszyć, bo w pewnym momencie przeskoczył nad łodzią. Na szczęście nikogo nie wciągnął do wody – Indianin się uśmiecha – Dobrze, że po drodze nie zjadł żadnej białej głowy.
Po tych wszystkich wrażeniach padamy z nóg. Jeszcze tylko uważnie rozglądamy się po pokoju w poszukiwaniu nieproszonych gości. Żadnych węży, tarantuli, możemy wskakiwać pod moskitierę. Jednak jeszcze długo nie zasypiamy zastanawiając się do kogo należą coraz to nowe odgłosy z selwy.
Jesteśmy lekko niepoprawni, czasem nienormalni, momentami zabawni, zazwyczaj pozytywni, niekiedy niepohamowani, nigdy nie zaspokojeni, zawsze szaleni, na ogół średnio zorganizowani, w marzeń spełnianiu zdeterminowani. Lubimy poznawać, odkrywać, doznawać, doświadczać, przeżywać, kosztować, smakować i czasem leniuchować.
Magda i Tomek
www.magda-tomek.com
Zainteresowania: Historia, Kultura, Fotografia, Podróże
| Komentarze: | ilość: 1 | punkty: 1 |
| Konkursy: | ilość: 1 | punkty: 50 |
| Relacje z podróży: | ilość: 1 | punkty: 30 |
| Suma | 3 | 81 |
| Zobacz jak naliczane są punkty | ||
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.