I stało się. Opuściłem Seattle. Miasto naprawdę niezwykłe. Jak popatrzycie na wikipedii albo w przewodnikach to właściwie nic specjalnego tam nie ma, a jednak! Dawno żadne miasto mnie tak nie zachwyciło i nie chodzi tu o zabytki ale o atmosferę jaka w nim panuję. Seattle liczy około 500 tysięcy mieszkańców ale wraz z przedmieściami cała aglomeracja prawie 3,5 mln. Najbardziej urzekł mnie fakt, iż nikt tam się nie spieszy, nikt nie goni za pieniądzem, karierą. Miasto to żyje sobie swoim życiem i jest to życie niezwykle przyjemne. Spędziłem tam osiem dni i ani przez moment się nie nudziłem. Na plaży mnóstwo ludzi uprawia przenajróżniejsze rodzaje sportu, a to siatkówka plażowa, a to rolki, a to kajaki ale najbardziej zaciekawiła mnie jedna rzecz. A mianowicie jest to chyba jakiś nowy rodzaj sportu. Wyobraźcie sobie deskę surfingową, taką ze słonecznego patrolu. W sumie nic specjalnego, gdyby nie fakt, że nad zatoką nad którą leży Seattle nie ma w ogóle fal! Do tego wszystkiego dodajcie osobę stojącą na tejże desce i trzymającą w ręku wiosło. Cały ten sport przypomina pływanie weneckimi gondolami ale jakby w wersji nieco zmodernizowanej. Sport na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżniający, a jednak potrafił nie jeden raz skupić moją uwagę.
Spacerując plażą można natknąć się na wielu rowerzystów. Co ciekawe niezwykle lubują oni komunikację miejską i wspominane przeze mnie nie jeden już raz autobusy. Otóż każdy autobus na samym przedzie tuż przed kierowcą posiada specjalny stojak właśnie przystosowany do przewozu rowerów. Autobus zatrzymuje się w wybranym miejscu, a rowerzysta w spokoju najpierw rozmontowuje całą konstrukcję, a następnie umieszcza na niej rower i wsiada do środka. Jak się dowiedziałem ostatniego dnia (najwyższy czas!) przejazd autobusami po centrum miasta jest bezpłatny (bez względu na numer autobusu) a ponadto bilet poza miasto nie jest biletem jednorazowym tylko uprawnia do wielokrotnych przejazdów w określonych na nim godzinach. I właśnie jadąc sobie tym autobusem do centrum wysiadłem na stacji kolejowej. Koleje w Stanach nie są popularne, bo jak tu się nimi przemieszczać bez dwóch samochodów. Przecież jeden musiałby czekać na stacji początkowej a drugi na końcowej, no i jeszcze nie zapominajmy, że przecież każdy z domowników posiada swój samochód co przy standardowej rodzinie składającej się z 4 osób wymagałoby 8 samochodów, a może i nawet więcej jeśli liczyć by i psa :D I tak oto na głównym dworcu kolejowym w 3,5 mln aglomeracji rozkład pociągów podany jest na tablicy przypominającej tablicę szkolną. Różnica jest taka, iż w szkole pisze się kredą, a tu nazwy miast były wydrukowane, a całkowita ilość destynacji w ciągu dnia osiągała astronomiczną liczbę 8 miejscowości z czego Portland powtarzało się 3 razy. Choć muszę przyznać, iż dworzec naprawdę ładny i zabytkowy. W stylu nieco secesyjnym.
Idąc dalej postanowiłem po raz ostatni przespacerować się po Downtownie. I tak oto trafiłem na skwer na którym była opisana historia miasta. Otóż jego nazwa pochodzi od imienia wodza plemienia Indian, który pomógł osadnikom przetrwać na tym terenie w pierwszym okresie kolonizacyjnym. Później w ramach negocjacji z rządem amerykańskim Indian przesiedlono z ich ziem do rezerwatów umieszczonych nieco w głębi lądu, a w tym miejscu wybudowano nowe miasto. W jego środkowej części znajduje się tak zwany Pike. Jest to duża hala targowa umieszczona niemalże nad brzegiem morza, składająca się z kilku kondygnacji wypełnionych przenajróżniejszymi sklepami i restauracjami. Znalazłem tam również sklep z polską ceramiką i sztuką ludową. Asortyment naprawdę wysokiej jakości i z tego co się dowiedziałem jest dość popularny w tym rejonie. Sam osobiście nie natknąłem się na żadnego Polaka, ani nie słyszałem o większym skupisku Polonii w tym mieście ale w niemal każdym supermarkecie można znaleźć „Polską kiełbasę”, nieco przypominającą kiełbasę zwyczajną, natomiast na mieście istnieje również coś takiego jak Polish Hot Dog. Czym się różni od zwykłego Hot Doga? Nie mam bladego pojęcia.
Ale wracając do Pike. Otóż na górze znajdują się stoiska z rybami. Z tego co udało mi się dowiedzieć to sprzedawcy niekiedy wybranym rybom, o dużej paszczy, montują dwa niewidoczne sznurki przyczepione do zębów. Otóż w momencie gdy obok stoiska przechodzą dzieci, sprzedawca pociąga za sznurek powodując otwarcie paszczy i jednoczesny krzyk i pisk dzieciaków. Nieco dalej znajduje się to z czego w całych Stanach znane jest Seattle. I nie jest to film i występujące w nim pływające domy, a pewna mała kawiarnia, która w ciągu kilkudziesięciu lat stała się jedną z największych sieci kawiarni na świecie. Tak, tak, mowa o Starbucksie. Osobiście kawy w ogóle nie pijam, to tego dnia skusiłem się aż na dwie. Pierwszą oczywiście w najstarszym Starbucksie na świecie, a drugą na lotnisku czekając na samolot na Alaskę. I muszę przyznać, że jak kawy nie lubię to ta smakowała wyśmienicie. A do tego ten aspekt marketingowy, kiedy zamawiasz kawę, a sprzedawca pyta Cię o imię i zapisuje je następnie na kubku. Na mnie wywarło to bardzo pozytywne wrażenie.
Kończąc spacer po Downtown Seattle postanowiłem udać się w jeszcze jedno miejsce a mianowicie do China Town. Dotarłszy na miejsce zauważam stojący znak drogowy, a na nim napis: „Chinatown/ International District” jakby znak miał informować: Uwaga, strzeż się! Albo najlepiej w ogóle się nie zbliżaj:) Nie zważywszy na to wszedłem w dzielnicę, która okazała się niewielkim skupiskiem domów niczym nie różniących się od pozostałych z 5 wyjątkami. A mianowicie napisy na budynkach były w języku chińskim, latarnie uliczne przerobiono na chińską modłę i kolorując je na kolor czerwony, na zboczu umieszczono ogród chiński przepleciony licznymi grządkami z uprawianymi na nich warzywami. Nawet i kurnik się znalazł a przecież to wciąż prawie centrum miasta! No i najważniejsza sprawa wchodzi się do restauracji żeby zamówić coś do jedzenia a tam menu po chińsku, chińscy kucharze i ekspedientka która właściwie nie potrafi mówić w żadnym innym języku niż chiński. (a przypominam, iż Seattle wciąż należy do Stanów Zjednoczonych)
W sumie to dzielnica ta była dość ciekawym zwieńczeniem mojej przechadzki, zważywszy na fakt, iż szwendając się po jej uliczkach byłem jedynym białym :)
Teraz kilkadziesiąt godzin później jestem na końcu świata, w miejscowości niczym nie przypominającej tego co do tej pory widziałem i tak bardzo różniącej się od Seattle że powoli zaczynam tęsknić za tamtym miastem, ale droga ma to do siebie że pojawiają się na niej nowe przystanki a ten nazywa się Przystanek Alaska! :)
Świetny wpis! Prawie jakbym była w Seattle:) Chętnie zobaczyłam te kłapiące rybie paszcze;) A co do Starbucksa, to sieć z klimatem, przyjazną atmosferą - mimo że w Polsce jej kawiarnie wyglądają na miejsca do "pokazania się". Zapraszam do przeczytania historii swojej miłości do Starbucksa;) http://americanica.wordpress.com/2012/03/21/starbucks
Szczepan Ligęza - Student, podróżnik, fotograf kierujący się mottem: "Życie jest piękne, tylko trzeba umieć to dostrzec"
Zainteresowania: Ekologia, Historia, Fotografia, Podróże
| Komentarze: | ilość: 34 | punkty: 34 |
| Konkursy: | ilość: 2 | punkty: 100 |
| Publikacje: | ilość: 1 | punkty: 30 |
| Suma | 37 | 164 |
| Zobacz jak naliczane są punkty | ||
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.