Pamiętnik Włóczykija - Przystanek Alaska

Przystanek Alaska. Tyle razy leciał ten serial w telewizji, a mi ani razu nie udało się go zobaczyć, a dziś. A dziś siedzę sobie w pokoju w Larsen Bay na Kodiaku i nie mogę uwierzyć w to, że tu jestem. Mam ochotę wykrzyczeć ze wszystkich sił AAAAAlaska ale i tak nikt nie usłyszy bo ludzi tu jest mniej niż niedźwiedzi:) Przynajmniej tak mi powiedziano. Ale powoli, zacznijmy od tego jak ja tu dotarłem? Kiedyś planowałem wyjechać na studia do Argentyny i kiedy wszystko zmierzało w dobrym kierunku w ostatniej chwili się wycofałem, później myślałem o Work and Travel w Stanach ale też jakby odwagi brakowało. Później kombinowałem, aby dostać się na praktykę lub staż zagraniczny za pośrednictwem AISECu ale też się nie udało. Zawsze chciałem wyjechać ale coś w ostatniej chwili mnie powstrzymywało. Aż do pewnego pogodnego dnia, kiedy to spacerowałem sobie po Krakowie i spotkałem kolegę, którego nie widziałem całe wieki, a z którym razem studiowałem. Opowieść o jego wyprawie na Alaskę oraz inne usłyszane historie od drugiego kolegi, który dopiero co powrócił ze Stanów, gdzie był w ramach programu Camp America sprawiły, iż postanowiłem jechać! Jako, iż jest to mój ostatni rok studiów to możliwość pracy na Alascę pewnie już by się nie pojawiła. Postanowiłem więc działać. Przyśpieszyłem nieco swoją sesję, zdałem wcześniej wszystkie egzaminy, wypełniłem całą papierkową robotę niezbędną na wyjazd, a uwierzcie mi, iż takiej sterty dokumentów to chyba od podstawówki nie zebrałem co tu w przeciągu kilku miesięcy musiałem skompletować. Do tego wszystkiego rzuciłem dwie prace, które miałem w Warszawie i tak oto 1 czerwca wylądowałem na Kodiaku.
Alaska jest niesamowita, dziewicza, pusta, taka cicha, nienaruszona i inna od tego wszystkiego co do tej pory widziałem. Już sam przylot tu był nie lada przeżyciem i wyzwaniem zarazem. Warszawę opuściłem w poniedziałek 23 maja o godzinie 11.40. Pierwsza przesiadka miała miejsce we Frankfurcie. Rzeczywiście olbrzymi port lotniczy ale spodziewałem się mimo wszystko czegoś większego. Tam wsiadłem w samolot lecący do Vancouver. Niestety brak własnych słuchawek okazał się sporym błędem, gdyż puszczane na ekranie filmy były niedostępne. Po kilkunastu godzinach lotu wylądowałem na lotnisku i udałem się do miejsca odprawy paszportowej. Po przekroczeniu granicy Kanadyjskiej udałem się z bagażami i całą tą stertą dokumentów do odprawy granicznej ze Stanami Zjednoczonymi. Tam oczywiście raz jeszcze sporo papierkowej roboty, zaskakująco krótka rozmowa z amerykańskim strażnikiem granicznym, pieczątka w paszporcie, a nad głową napis: Witamy w Stanach Zjednoczonych. Wsiadłem następnie w nieduży samolot i o godzinie 21 czasu lokalnego wylądowałem w Seattle. Łączny czas podróży to 13,5 godzin, czas od momentu wyjścia z domu do wylądowania na lotnisku w USA wliczając czas spędzony w samolotach i na lotnisku to 21 godzin. A to dopiero połowa podróży jak się okazało.
Po spędzeniu ponad tygodnia w Seattle 31 maja Will odwiózł mnie na lotnisko. Była godzina 23.30 jak wziąłem wszystkie swoje rzeczy i pożegnałem się. Odlot do Anchorage miałem dopiero o 6 rano, jednak ludzie z firmy w której obecnie pracuję kazali się zjawić na odprawę o 4.30 rano. Jako, iż dojazd komunikacją miejską nie wchodzi w rachubę, a zwłaszcza o tej porze stąd też poprosiłem Willa o podwiezienie mnie na lotnisko zanim on pójdzie spać. Rozłożyłem się wygodnie na krzesłach blisko Alaskan Airlines i poszedłem kupić kawę, żeby jakoś dotrwać do rana. Oczywiście wybór padł na Starbucks. W Seattle chyba nie ma innych kawiarni:) Włączyłem laptopa i trzymając powieki rękoma, uniemożliwiając ich zamknięcie dotrwałem do rana. Rano otrzymałem bilety i wraz z 25 innymi pracownikami udałem się na odprawę.
Przed wejściem do samolotu oczywiście czekała mnie drobiazgowa kontrola łącznie z rozpakowaniem całego plecaka i wyjęciu płaszcza przeciwdeszczowego, który będąc jeszcze w Warszawie przez 15 minut upychałem do niewielkiej przegródki na samym dnie plecaka. Wsiadłem do Alaskan Airlines i po kilku godzinach lotu wylądowałem w Anchorage. Dookoła mgła i pochmurnie więc niewiele udało mi się zobaczyć ale jeszcze tam wrócę! O godzinie 10 wsiedliśmy do nieco mniejszego samolotu, tym razem lecącego na Kodiak. Lądowanie na Kodiaku jest rzeczą niezwykłą. Lecisz samolotem, długo długo nic, chmury i ocean dookoła a tu nagle samolot zaczyna obniżać kurs i spomiędzy chmur wyłania się przepiękna wyspa. Istna magia. Aż dziwię się, że to tu Władcy Pierścieni nie kręcono. Piękne, nieskazitelne góry, wyłaniające się wprost z oceanu i pas startowy nad samym jego brzegiem. Pierwszy raz bałem się podczas podchodzenia samolotu do lądowania. Czy aby na pewno nie wylądujemy w wodzie?
Po szczęśliwym lądowaniu wzięliśmy swoje rzeczy, po drodze mijając grupę amerykańskich Marines stacjonujących w okolicy. Nie wiem kogo oni bronią na tym Kodiaku ale chyba niedźwiedzi! Bo ludzi naprawdę tam jak na lekarstwo. No chyba, że stacjonują tam właśnie ze względu na przetwórnię ryb i masę obcokrajowców tam pracujących. Kto wie, a nuż widelec któryś z nich skonstruuje tam bombę ze starych puszek po rybach albo weźmie jako zakładników wioskę Innuitów. Nigdy nic nie wiadomo. Tak czy inaczej po kolejnej odprawie czekamy na następny samolot który zabierze nas już do Larsen Bay, czyli ostatniego przystanku w naszej wyprawie.
Jednak takiego samolotu to nikt z nas się nie spodziewał!!! Ale o tym za chwilę, bo zanim weszliśmy na pokład podzielono nas na tury. Ja znalazłem się w drugiej turze, a sposób w jaki wyczytywano moje imię był niezwykły. A kończył się słowami: Nie, ja tego nie jestem w stanie przeczytać! Więc kiedy, tylko ktoś zaczął czytać listę i nagle robiła się długa przerwa, a wzrok czytającego skupiony był wyraźnie na literach, zgłaszałem się mówiąc, że to zapewne o mnie chodzi:) Po kilkudziesięciu minutach czekania wreszcie wyszliśmy z hangaru, by wsiąść do awionetki! Chodź sam prędzej bym to nazwał taksówką powietrzną. Coś niesamowitego. Lecieliśmy w siedem osób! Drzwi samolotu zamykane byłe na klamkę taką jaka znajduje się w przeciętnym mieszkaniu. Lot trwał ponad 30 minut i był chyba najpiękniejszą rzeczą jaka mnie do tej pory w życiu spotkała. Oczywiście jeśli chodzi o krajobrazy ;)
Lecicie na wysokości może 200-400 metrów, dookoła was niesamowite pustkowia. Z lewej strony niezwykłe szczyty górskie ośnieżone do połowy, poniżej jeziora częściowo zamarznięte. Gdzieniegdzie niewielkie wodospady powstałe w wyniku topnienia się lodów i śniegu na szczytach gór. Wodospady te tworzyły malutkie rzeczki przemierzające olbrzymie pustkowia, rzeźbiąc niesamowite kształty w podłożu. Wyglądając natomiast przez prawe okno, naszym oczom ukazywały się przepiękne wzgórza przeplatane równinami i rzekami. Po tej stronie wszystko było zielone i widać, że właśnie budziło się tu do życia po zimowej przerwie. Hałas w środku podniebnej taksówki sprawiał, iż wszelka rozmowa była niemożliwa, ale prawda jest taka, iż nawet gdyby to było możliwe chyba nikt nie miałby ochoty słowa powiedzieć, by nie zakłócić tej przepięknej chwili.
Awionetka co chwilę unosiła się do góry po czym znów opadała. Tak jakby jechać windą w której nagle puszczają hamulce i zaczyna spadać, by po chwili znów piąć się ku górze. Ponadto na moją głowę nagle zaczynają spadać krople wody. Skąd się tam wzięły wolałem się nie zastanawiać, ale jedyne co mi do głowy przyszło to, że para wodna znajdująca się w powietrzu zaczyna się skraplać na zewnątrz samolotu, by następnie przez szczeliny trafić na moją głowę. W samolocie było w miarę ciepło więc wątpię by była to para wodna z wewnątrz. Ale kto wie. Patrząc jednak na konstrukcję tego samolociku i jego stan techniczny naprawdę zaczynam się nad tym zastanawiać. Będąc jeszcze na Kodiaku, zaczerpnąłem informacji ile by taki przelot mógł kosztować i okazało się, że 100 dolarów od osoby. Gdybym nie wiedział ile doznań taki lot potrafi przynieść sam pewnie bym się na to nigdy nie skusił. A tak lot ten pozostanie na zawsze w mojej pamięci. Ja, podniebna taksówka, białe przepiękne szczyty górskie z lewej strony i niekończące się równiny, rzeki, jeziora, zatoki i ocean z prawej. I nigdzie ale to nigdzie na dole żywej duszy czy jakichkolwiek zabudowań. Tylko my zamknięci w latającym pudełku i nieprzebrane piękno dookoła. Tatry skąpane w wodach oceanu:)
Na pytanie czy warto było wylecieć z Europy, nie spać prawie 60 godzin (21 w drodze do Seattle i 38 godzin od momentu obudzenia się rano 31 maja w Seattle do zaśnięcia po wypakowaniu i załatwieniu wszystkich formalności w Larsen Bay), przesiadać się 6 razy na lotniskach z całym bagażem w ręku, pozostawię bez odpowiedzi :)

Dodaj komentarz

Chapeu

  • 1/5
  • Ranga: Miłośnik wojaży
  • Płeć:Mężczyzna
  • Fotograf:Nowicjusz

O mnie

Szczepan Ligęza - Student, podróżnik, fotograf kierujący się mottem: "Życie jest piękne, tylko trzeba umieć to dostrzec"

Zainteresowania: Ekologia, Historia, Fotografia, Podróże

Aktywności użytkownika

Komentarze: ilość: 34 punkty: 34
Konkursy: ilość: 2 punkty: 100
Publikacje: ilość: 1 punkty: 30
Suma 37 164
Zobacz jak naliczane są punkty

Mój blog

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się