Lake Waikaremoana Great Walk
Wstaliśmy wcześnie rano, wcześniej niż musieliśmy, obudzeni przez hasającego po okolicy konia. Właściciel kręcił się już po posesji. Zgodnie uznaliśmy, że trzeba się przywitać... niezależnie od konsekwencji. Rzeczywiście kręcił się, bo znaleźliśmy go dopiero w restauracji, która z wewnątrz była równie oryginalna i przytulna zarazem jak wczoraj, gdy podziwialiśmy ją z zewnątrz.
Właściciel na dzień dobry wyraził swoją złość... na siebie samego, że zapomniał poprzedniego dnia przykleić kartkę na szybie restauracji. Na kartce napisał, że możemy rozgościć się w którymś znajdującym się na posesji domków i skorzystać z restauracji... Ja też nie mogłam tego odżałować. Nasze przypuszczenia okazały się niemalże idealnie zgodne z prawdą. Kiri - bo tak nazywał się właściciel - nie przywiązywał zbyt wielkiej wagi do szczegółów, a do takiej kategorii zaliczał także ten camping. Jego uwaga i czas skierowane były na zakwaterowaniu i wyżywieniu robotników zatrudnionych przy unowocześnianiu pobliskiej elektrowni wodnej. Jak wyznał, zajęcie to było o wiele bardziej opłacalne niż goszczenie nawet kilkudziesięciu zagranicznych turystów dziennie. Telefon dzwonił do Kira nieprzerwanie, a my z każdą chwilą nabieraliśmy przekonania, że jego przyjazd na camping jest raczej przysługą niż czymkolwiek związanym z zarobkiem. Utwierdziliśmy się w tym przeświadczeniu, gdy Kiri zapowiedział, że możemy zostawić samochód na campingu na czas wyprawy, a potem pozostać tu tak długo, jak chcemy. Jedyne koszt jaki mielibyśmy ponieść to taksówka wodna, która przywiezie nas z powrotem po zakończeniu wędrówki (trasa nie będąc pętlą, kończył się ok. 15 km od miejsca startu i 20 km od campingu, a najłatwiej było wrócić przez jezioro).
Kiri zapytał nas, o której powinna zjawić się łódź. Gdy zaproponowaliśmy godzinę 19.00 kolejnego dnia, poprosił abyśmy postarali się być na miejscu jednak wcześniej. W związku z tym, że koniec naszej wędrówki miał przypaść akurat na wieczór wigilijny, pokornie przyjęliśmy prośbę, pomimo, że wywołało to w nas dodatkowo presję. Postanowiliśmy bowiem zrobić trasę nieco szybciej niż sugerowały to przewodniki i ludzie, skracając czas z 4 do 2 dni. (Opis całej trasy znajduje się na stronie:http://www.doc.govt.nz/parks-and-recreation/tracks-and-walks/east-coast/te-urewera/lake-waikaremoana-great-walk/track-description/)
Pomimo, że pierwszego dnia jezioro nie ujawniło przed nami całego piękna i tak było się czym zachwycać. Spotkaliśmy na trasie maoryskie rodzeństwo, które postanowiło pierwszy raz w życiu przejść wokół jeziora, którego byli współwłaścicielami. Powtarzali z dumą : This is our land. Kobieta, po pięćdziesiątce, przyznała, że nigdy nie przypuszczała, że jezioro jest tak wielkie!
Jezioro rzeczywiście było wielkie, jednak dzięki dobremu tempu, które utrzymaliśmy przez cały czas, na miejsce na którym miała czekać na nas kolejnego dnia taksówka wodna przybyliśmy kilka godzin za wcześnie. I dopiero wtedy uświadomiliśmy sobie, że prośba, abyśmy byli na miejscu wcześniej niż przed 19.00 była dość nieprecyzyjna... No to czekaliśmy nie mając pojęcia jak długo to potrwa.
Oboje uznaliśmy jednak, iż czas oczekiwania nad brzegiem przepięknego jeziora, w ten wigilijny dzień, a potem wieczór, był dla nas niezwykłym przeżyciem. A do tego każdy z nas robił to, na co miał ochotę...
Na zdjęciu z ptakami - teraz nie wiem, czy to tak dobrze widoczne - pływa sobie polujący częściowo pod wodą łabędź.
| Komentarze: | ilość: 3 | punkty: 3 |
| Suma | 3 | 3 |
| Zobacz jak naliczane są punkty | ||
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.