Nowa Zelandia 22 XII

10 styczeń 2012
Nowa Zelandia 22 XII

Dziś naszym celem jest Rotorua, czyli centrum wód termalnych, leczniczych błot i gejzerów - jednym z najbardziej znanych jest Lady Knox.



Jego erupcja dokonuje się (a poniekąd dokonywana jest przez sztuczne wywoływanie jej wrzuceniem doń mydła) każdego dnia, punktualnie o godzinie 10.15 i trwa około godziny.

Termalną atmosferę miasta można wyczuć już przy samym wjeździe, gdzie wita zapach siarki.




Rotorua uznawana jest także za stolicę sportów ekstremalnych, do których zachęcają spektakularne klipy w centrum informacji. W pobliżu można także doświadczyć kultury maoryskiej w pigułce, odwiedzając - za opłatą - którąś z pokazowych wiosek. Miasto szczyci się też bogactwem jezior w okolicy (aż 16) i szeroką ofertą sportów wodnych. To wszystko czyni z niego turystyczną stolicę północnej wyspy, zatłoczoną w sezonie po brzegi. Jest też azylem, do którego z każdej strony zjeżdżają turyści, gdy nad północną wyspą roztaczają się deszczowe chmury, a wtedy na prawie każdym budynku widnieje napis „no vacancy”.

My jednak wybraliśmy odwrotny kierunek. Nie wytrzymaliśmy tej turystycznej atmosfery i nadmiaru ofert zorganizowania nam czasu.

Po załatwieniu wszystkich formalności związanych z następną wyprawą uciekliśmy z Rotoruy, kusząc się jedynie na kąpiel w wodach termalnych. Jeszcze tylko ostatnie kosmetyczne poprawki... i możemy wyruszać do Te Urewera National Park.


I rzeczywiście, rozgrzewająca kąpiel była dobrym pomysłem przed trwającą cztery godziny jazdą samochodem. Do pokonania mieliśmy zaledwie 150 km. Jednak kręta, żwirowa, a czasami bardzo wąska droga zdała się trwać w nieskończoność. Na szczęście Australia przyzwyczaiła nas do takich tras. I na szczęście była to droga przez piękny, deszczowy las. Gęstwina najróżniejszych drzew, stanowiąca wariację na temat koloru zielonego, była ptasim rajem. Dawało to nam niepowtarzalne poczuciu, że znajdujemy się w naprawdę dzikim i nieskażonym ingerencją człowieka miejscu. Do czasu. Paradoksalnie, im bliżej było do celu, czyli jeziora Waikaremoana, tym częściej zaczęły pojawiać się zabudowania, gęstniejące do wiosek. Dominowała w nich ludność tubylcza. Las przeszedł w pola i pastwiska. Cała przestrzeń skrupulatnie podzielona została między ludzi. Płoty bezlitośnie wyznaczały granicę własności, ignorując granice naturalne - ogrodzenia przebiegały nawet wzdłuż szczytów.


Po drodze biegały konie, niektóre wychudzone i trochę płochliwe. Jak się potem dowiedzieliśmy nie były dzikie. Maorysi zwykli puszczać wolno swoje konie. Równie dużym zaskoczeniem były całe chmary zardzewiałych samochodów porzucone na podwórkach, poboczach - niedbale, od niechcenia. Jakby zostały w miejscu, w którym zakończyły swoją ostatnią jazdę.

Około 20:00 dotarliśmy na miejsce - Big Bush Caravan Park. Tym razem z wyprzedzeniem zarezerwowaliśmy nocleg na polu namiotowym, wiedząc że w tak odosobnionej części Nowej Zelandii lepiej nie liczyć na szczęśliwe przypadki. Właściciel obiecał czekać na nas, abyśmy mogli umówić się, o której kolejnego dnia zawiezie nas na szlak (było to zaledwie 5 km, jednak ze względu na bardzo długą trasę, którą zaplanowaliśmy na ten dzień, nie chcieliśmy tracić czasu na odcinek zwykłej drogi).
Jednak nie czekał. Uznaliśmy, że odbyta z nim kilka godzin wcześniej rozmowa telefoniczna uprawnia nas do tego, aby wjechać na teren jego campingu, na którym jak się okazało, byliśmy jedynymi gośćmi. Trochę dziwne jak na miejsce polecane przez jeden z popularniejszych przewodników. Brak alternatywy musiał rozwiać wszelkie wątpliwości. Pokręciliśmy się jeszcze trochę po posesji, odkrywając to i owo. Jak się okazało na jej terenie znajdowała się urocza restauracja. Chociaż nieczynna, jej drzwi były otwarte. Po trawie hasały konie i ... pies, który -  jak się szybko przekonaliśmy - nie pełnił funkcji obronnej. Syntetyzując wszystkie przesłanki doszliśmy do wniosku, że właściciel to zrelaksowany, nie przywiązujący wagi do drobiazgów człowiek, a my nie ładujemy się w żadne tarapaty. Pewnie przekonamy się wkrótce.

  • Tagi:
  •  

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2012-01-11 20:32

    Chętna do zobaczenia maoryskiej wkurzonej twarzy :)

boruska

  • 0/5
  • Ranga: Początkujący odkrywca
  • Fotograf:Nowicjusz

Aktywności użytkownika

Komentarze: ilość: 3 punkty: 3
Suma 3 3
Zobacz jak naliczane są punkty

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się