Jak już wielokrotnie wspominałem, bycie zachodnim turystą w Egipcie, po pierwsze, rzuca się w oczy i tego w żaden sposób nie przeskoczymy (a i sami się wystawiamy na cel, nosząc krótkie spodenki, robiąc co chwilę zdjęcia i głośno komentując wszystko w ojczystym języku). Po drugie natomiast, stanowi podstawowe źródło dochodu dla wielu Egipcjan, co ci skrzętnie wykorzystują i chcą wykorzystać moment i wyeksploatować nas jak tylko się da. Jak więc przedstawia się status turysty i co robią kairczycy, gdy wyczują potencjalną zdobycz?
(Część z tego, co za chwilę napiszę, już pojawiło się w pierwszej notce, ale mimo to parę informacji powtórzę, a także nieco to rozszerzę, aby pokazać szerszą perspektywę.)
Oczywiście podstawą na kairskiej ulicy, i tyczy się to przede wszystkim Śródmieścia, jest krzyk "Welcome to Egypt!". Usłyszałem to już tak wiele razy, że nawet przestałem na to zwracać uwagę, ale też muszę przyznać, że liczba takich powitań znacznie się zmniejszyła od pierwszego tygodnia mojego pobytu. Nie wiem, czy to kwestia tego, że faktycznie to ignoruję i wypieram ze świadomości, czy też nabrałem wyglądu kogoś, dla kogo nie jest to już taki obcy świat (co akurat ma niewiele wspólnego z prawdą). W każdym razie od początkowego zmęczenia i irytacji nachalnością Egipcjan, doszedłem do etapu, w którym to nawet na swój sposób ma jakiś taki ciekawy orientalny koloryt. Żeby jednak nie było tak kolorowo, wątpię by kobiety, a szczególnie blondynki, mogłyby powiedzieć to samo, ponieważ posiadaczka dwóch chromosomów X pochodząca z Zachodu nie ma tu łatwo. A jeśli jeszcze ma jasne włosy, czeka ją prawdziwy dramat. Nie tylko stanowi ona kuriozum, ale i wyzwala w niektórych kairczykach, zwłaszcza nastoletnich, dość pierwotne instynkty. Do rękoczynów nie dochodzi, od razu wyjaśniam, ale komentarze bywają naprawdę niewybredne, a do tego panie muszą także znosić natarczywe gapienie się (bo to już nawet nie jest patrzenie). I w przeciwieństwie do Polski, gdy damy do zrozumienia, że czujemy czyjś wzrok na sobie, Egipcjanin wcale nie musi odwrócić oczu, a przynajmniej nie całkowicie. A wszystko to obok gwizdów, bliżej nieokreślonych krzyków, czy cmokania. Stereotypowi polscy budowlańcy wyrastają przy tym na mistrzów ogłady. Na szczęście większość ogranicza się "tylko" do rzucenia długiego spojrzenia, ale dotyczy to także i kobiet i jest to chyba silniejsze od nich, ale kto wie - może Murzyni po przejściu się po ulicy w polskim mieście, mają takie same odczucia? Zawsze to, co inne i wyróżniające się, przyciąga wzrok (vide "Brzydkie kaczątko").
Wracając jednak na kairską ulicę. Do ekstremalnych przykładów zaczepiania obcokrajowców dochodzi statystycznie rzadko i z reguły po pierwszym "Welcome to Egypt!" następuje pytanie "Where are you from?". Bardzo żałuję, że nie znam reakcji Egipcjan na inne narodowości, bowiem, jeśli tak bogate są w przypadku Polaków, jak wyglądają w przypadku większych i bogatszych państw? W każdym razie, po usłyszeniu "Bulanda" lub "Poland", odpowiadali z dużym entuzjazmem - "Poland. I love Poland!" albo "Aaa, Poland, great people", a także trafiali się i tacy, którzy zaczynali opowiadać jak to pracowali w Sharm el-Sheikh i tam spotkali Polaków. Nie tak dawno z kolei spotkaliśmy starszego mężczyznę, który mówił, że odwiedził nasz kraj, a żeby nam to udowodnić, jego żona wyjęła z portfela banknot, który okazał się być polską dziesięciozłotówką. Wielu jest i takich, którzy na informację o naszej narodowości, mówią m. in. "Jak sze masz?", "Dobsze dobsze?", "Doda Elektroda", a także tytułowe "Mucha rucha karalucha", które okazuje się być zdaniem, jakie poznają od naszych rodaków w Sharm el-Sheikh. (Naprawdę, Polacy? Tego uczymy obcokrajowców w naszym języku?) Nie obywa się także bez rzucanych słów po rosyjsku lub niemiecku, bo Polak czy Niemiec - co za różnica? Jednym z podstawowych pytań, jakie jeszcze słyszę, jest "Hulanda?", ale to już chyba klasyka, z jaką muszą się zmierzyć nasi krajanie w każdym kraju. Musiałem nawet raz tłumaczyć, że Polska i Holandia to nie "siostry" (jakkolwiek to tłumaczyć), nie graniczą ze sobą i generalnie mają ze sobą mało wspólnego. Zasadniczo natomiast, reakcja jest zawsze pozytywna na wieści o naszym pochodzeniu, ale z pewnością byłaby identyczna, gdybyśmy powiedzieli, że pochodzimy z Narnii. Podejrzewam, że tylko słowo Izrael sprawiłoby jakąś zmianę w zachowaniu Egipcjan w stosunku do nas; bez żydowskiego pochodzenia lub proizraelskich przekonań trudno ich do siebie zrazić.
Po tym jak już wyjawimy nasze pochodzenie, następuje część właściwa żerowania na turystach. To wtedy kairczycy zmieniają się w niezwykle elokwentnych, uprzejmych, kulturalnych i uczynnych ludzi, których jedynym celem wydaje się być udzielenie nam pomocy i zaprzyjaźnienie się z nami. To, że przy okazji sprzedają perfumy, papirus, pamiątki, czy mogą pomóc w zorganizowaniu wycieczki poza Kair (a bywa i tak, że wszystko naraz), jest zupełnym przypadkiem. Należy być przygotowanym na całe tyrady dotyczące rodziny, życia codziennego, turystów, Egiptu, bardzo często przy oparach dymu papierosowego i przy szklance herbaty, po czym mniej lub bardziej subtelnie następuje zachwalanie własnego towaru. Ten zaś jest naturalnie najwyższej klasy, najlepszy i najtańszy w okolicy, produkowany przez rodzinę naszego gospodarza od pokoleń i co najmniej porównywalny z piramidami pod względem wspaniałości. Trzeba się też liczyć z tym, że kairczyk nie przyjmuje "nie" za odpowiedź i żadne zapewnienia, że tego nie potrzebujemy, nie mamy pieniędzy, już coś takiego mamy, mogą nie wystarczyć i ani trochę nie przekonać sprzedawcy, który jedynie jeszcze gorliwiej będzie wychwalać produkty. Zdaję sobie sprawę, że trochę głupio wypić u kogoś trzy szklanki herbaty, spędzić z nim ponad godzinę na dyskusji po czym wyjść z pustymi rękami ze sklepu, ale jeśli faktycznie danego towaru nie potrzebowaliśmy, a przede wszystkim był nieproporcjonalnie drogi, myślę, że nie ma, co się czuć z tym źle. Jeśli natomiast widzimy jakiś w miarę tani drobiazg, można go kupić, odpłacając tym samym za gościnę (wprawdzie połączona z interesami, ale zawsze to gościna). Oczywiście cała ta sytuacja dotyczy tylko tych przypadków, gdy faktycznie damy się zaprosić na tę symboliczną herbatę do sklepu, ale i sama odmowa takiego zaproszenia czasem wymaga albo daru oratorskiego albo szybkiego tempa marszu i umiejętności ignorowania ludzi.
Z kairskimi sprzedawcami związane są dwa podstawowe problemy. Pierwszy to wspomniana już nachalność i trudność wytłumaczenia, że tego, co nam oferuje, nie chcemy i nie kupimy. W dodatku ciężko się pozbyć Egipcjanina na ulicy, jeśli ten sobie nas upatrzył. Muszę przyznać, że kairska ulica to prawdziwy test naszego charakteru, tzn. jak wiele potrafimy znieść i jak długo umiemy odmawiać, nie uciekając się do szorstkości, a wręcz nieuprzejmości, a przekroczyć pewną granicę wcale nie jest trudno. Drugi problem natomiast to postrzeganie ludzi z Zachodu jako dolary na nogach. Nieważne, co powiemy, jak się będziemy zachowywać i ile będziemy mieć aktualnie pieniędzy w portfelu, dla Egipcjan zawsze będziemy bogatymi turystami, dla których wydanie 50, 100, czy 150 funtów to żadna strata dla naszego budżetu. To przekonanie jednak wychodzi od samej góry, od władz, bowiem np. wejście do Muzeum Egipskiego dla mnie kosztuje 30 funtów (60 bez zniżki studenckiej). Dla obywateli kraju faraonów natomiast to już tylko... 3 funty. I z tego co wiem, takie dysproporcje cenowe obecne są także w innych miejscach turystycznych. Rozumiem, że Egipt robi, co może, aby turyści zostawili w nim jak najwięcej pieniędzy, bo bez nich wyglądałby ekonomicznie jeszcze gorzej niż obecnie, ale prawie siedemnastokrotne przebicie ceny dla obcokrajowca? W dodatku 60 funtów za wejście do muzeum wcale nie jest jakąś super rozsądną kwotą, zwłaszcza, że, aby zobaczyć specjalną salę z mumiami, należy jeszcze zapłacić dodatkowe 100 funtów (50 dla studentów)! Około 80 zł, żeby odwiedzić jedno muzeum, a przecież w Kairze jest masa innych miejsc i zabytków, które nie tylko powinno się, a wręcz trzeba zobaczyć. Tak więc pod względem turystycznym Egipt to rzeczywiście raj, ale raj, który bardzo mocno uderza po kieszeni, czy tego chcemy, czy nie (a jeszcze weźmy pod uwagę, że zwykli turyści z reguły wszędzie biorą taksówki, a więc z portfela znikają kolejne funty).
Ostatnią cechą charakterystyczną, jaką zaobserwowałem w zachowaniu kairczyków względem obcokrajowców, jest traktowanie ich z jednej strony z pełnym szacunkiem, czasem niemal uniżonością, a z drugiej, jesteśmy dla nich trochę jak upośledzeni. I tak np. w przypadku nas, stypendystów, zdarzają się rozmowy, w których my mówimy, czy raczej próbujemy mówić, tylko po arabsku, a nasi adwersarze tylko po angielsku, bo mimo wszystko dla nich to trochę abstrakcyjne, aby biały mówił w ich języku. Nawet, jeśli rzucą btakallam il-carabiya kuweyyis ("Świetnie mówisz po arabsku"). Wiąże się z tym także to, że czasem tłumaczą mi coś, co doskonale wiem i nie chcą zrozumieć podstawowych próśb i zdań. Wiem, że nie mówię w tym języku idealnie, ale naprawdę niewiele wysiłku potrzeba, aby domyślić się, o co mi chodzi, gdy np. proszę o kilka bułek. Tak jak powiedziałem, Egipcjanie są bardzo uczynni - będą chcieli nam pomóc zawsze i wszędzie, mimo, że nie zawsze będą mogli; to ich jednak zniechęci. I nieważne, czy chcemy się napić, znaleźć mieszkanie, czy meble - w Śródmieściu niemal każdy jeden mijany kairczyk się tym zajmie albo zna kogoś, kto jest za to odpowiedzialny (i były momenty, że miałem wrażenie, że w Śródmieściu wszyscy się znają i nawzajem napędzają sobie klientów). Najlepiej wyraża to zresztą firma, która reklamuje się krótkim "We buy every thing" - idealne podsumowanie arabskiej przedsiębiorczości. Cała ta uczynność jednak bywa ślepa i głucha. Naprawdę trudno wytłumaczyć, że poradzimy sobie sami albo, że nie potrzebujemy aż takiej uwagi i troski. Wtedy właśnie ujawnia się traktowanie nas jako niezdolnych do podejmowania samodzielnych decyzji i do życia bez nich. Oni przecież wiedzą lepiej, czego chcemy i co jest nam potrzebne do szczęścia.
Turysta w Egipcie nie ma lekko. Może zapomnieć o tym, że wtopi się w otoczenie i w spokoju będzie zwiedzał kraj faraonów. Prędzej czy później doświadczy, co to znaczy "wyróżniać się z tłumu" i podejrzewam, że raczej w sposób nie do końca pozytywny. Jak do wszystkiego, można się do tego przyzwyczaić, choć wydaje mi się, że standardowe dwa tygodnie turnusu do tego nie wystarczą. Z drugiej jednak strony, w ten sposób poznajemy wszystkie aspekty pobytu nad Nilem, bo ten to nie tylko leżenie nad Morzem Czerwonym, chyba że, oczywiście, kogoś to w pełni satysfakcjonuje. Jeśli jednak nie, uważam, że warto się trochę pomęczyć w kairskim Śródmieściu, bo nic tak bardzo nie da nam wglądu w kulturę i życie codzienne Egipcjan. Nawet jeśli okaże się nie tak atrakcyjne jak w folderach biur podróży.
| Prenumeraty: | punkty: 200 | |
| Suma | 0 | 200 |
| Zobacz jak naliczane są punkty | ||
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.