Punktualnie, zgodnie z umową o 8.30 jesteśmy przy rzece Shiripuno. Czeka na nas Raul, jeszcze jeden chłopak, którego wczoraj tu nie wiedzieliśmy i chłopak z agencji. Motor zostawiamy pod budką policyjną, a 5 galonów wody, makarony, sosy pomidorowe i cebule zabieramy ze sobą. Nie wiem jak pójdzie nam z polowaniem, a coś musimy przez tych kilka dni jeść.
Wsiadamy do łódki. Tutaj woda nie ma niebieskiego odcienia, jest mętna o błotnistym kolorze.
- Są tu piranie albo kajmany? – pytam Raula
- Piranii nie ma. Kajmany są, ale malutkie. Nie są groźne. Można się kąpać.
Na co drugiej gałęzi wystającej z rzeki stoją małe żółwie, które śmiesznie wskakują do wody, jeden za drugim, gdy tylko zobaczą intruza. W tym przypadku nas. Raula zatrzymuje łódź i pokazuje nam małego orła siedzącego na gałęzi. Słychać też ptaki cara cara. Po 40 minutach dopływamy do wioski Noneno. Tutaj jest dom Raula. My zostajemy w łodzi, a Raul biegnie po coś do wioski. Niektórzy z mieszkańców wyszli na brzeg zobaczyć kto przypłynął. Głównie dzieciaki umorusane od stóp do głów, biegające jedynie w majtkach, albo i bez nich. Na osłoniętym liśćmi palmy dachu siedzi przepiękna, niebiesko – żółta papuga. Jest też małpa, która w towarzystwie dwóch psów przechadza się po wiosce.
- Lubię małpy – mówię.
- Ja też. Matkę zjedliśmy, jak ta jeszcze była mała. Nie nadawała się do jedzenia i jakoś tak u nas została – mówi Raul.
Oj, chyba się z Raulem nie zrozumieliśmy, miałam na myśli, że lubię się im przyglądać, a nie je zjadać.
Płyniemy dalej. Krajobraz ten sam, czyli pięknie nieoswojony, wręcz dziki. Po dwóch godzinach dopływamy na miejsce. Widzimy unoszący się dym. Wita nas prawie nagi Indianin z wielkimi dziurami w uszach. Dom gospodarzy to klepisko, nad którym zbudowany jest wysoki dach pokryty liśćmi palmy. W środku jest palenisko, wokół którego leżą zielone liście bananowca. To niesamowite, ludzie naprawdę tak żyją. Bez ścian w domu, bo po co skoro zawsze jest ciepło. Bez łóżka, krzeseł stołu. Jedzą przy ognisku, rozmawiają przy ognisku i śpią przy ognisku na liściach bananowca rzuconych na ziemię. Rozbijamy namiot w pobliżu domu Matih i jej męża Gaby, którzy jak się okazuje są rodzicami Raula. Gaba nie mówi po hiszpańsku, jedynie Matih zna kilka słów. W sumie tak jak my. To się pewnie dogadamy.
Huaorani nazywani są również Waorani, a także Auca. Jednak to drugie określenie jest dla nich obraźliwe, ponieważ w języku kichwa (używany przez największą grupę rdzennych Ekwadorczyków) oznacza „dziki”. Jednak koncernom naftowym nie przeszkadzało to by drogę nazwać „Via Auca”. W języku Huaorani, nazwa plemienia oznacza „ludzi”. W tej chwili ich społeczność to mniej niż 2000 osób, a ze względu na ingerencję czynników zewnętrznych w ich terytorium, niestety nie mają szansy przetrwać.
Raul i jego kuzyn Luis zabierają nas na krótki spacer po lesie. Dostajemy czarne gumowiaczki z żółtą podeszwą, które ochronią nas przed błotem, a także wężami. Wszystkie drzewa, krzaki plączą się między sobą szczelnie odcinając nas od słońca. Mamy wrażenie jakby wszystko wokół nas się poruszało. Raul daje nam do spróbowania dziwne owoce, pokazuje lecznicze krzewy i rośliny, tłumacząc, że używają ich jako mydła czy szamponu. Czasem chłopak zamiera w kompletnej ciszy, podnosi głowę do góry, rozgląda się i zaczyna wydawać różne dźwięki przywołując ptaki. Przylatuje tukan, innym razem wielka czerwona papuga.
Dopiero co zdążyliśmy wrócić, kiedy nagle zaczyna strasznie lać. Chowamy się pod daszek zrobiony z czarnej foli, gdzie na honorowym miejscu stoi CB Radio. Chłopaki gadają z inną wioską, my nic nie rozumiemy. Gdy tak słucham języka Huaorani to mam wrażenie, że to zbiór krótkich dźwięków, wykrzykiwanych prosto z gardła. Bez akcentów, bez znaków zapytania, wszystko w jednym tonie. I jak dla mnie nie do powtórzenia.
Powoli się ściemnia. Raul popłynął do domu. Został z nami Luis. Wszyscy siedzą przy ognisku. Oprócz nas, bo nikt nas nie zaprosił, a nie chcemy się narzucać. Nie wiemy jak mamy się zachować. Nikt nie nalega na rozmowę z nami. Nie wiemy jakie mają zwyczaje, czy obcym wolno przekroczyć próg, siąść przy jednym ognisku. Dzisiaj jeszcze może lepiej będzie zachować dystans. Nie ładnie tak pchać się komuś z buciorami do domu. Zwłaszcza, że nie wiesz do końca, czy przypadkiem nie wejdziesz na czyjeś łóżko lub stół jadalny.
Jesteśmy lekko niepoprawni, czasem nienormalni, momentami zabawni, zazwyczaj pozytywni, niekiedy niepohamowani, nigdy nie zaspokojeni, zawsze szaleni, na ogół średnio zorganizowani, w marzeń spełnianiu zdeterminowani. Lubimy poznawać, odkrywać, doznawać, doświadczać, przeżywać, kosztować, smakować i czasem leniuchować.
Magda i Tomek
www.magda-tomek.com
Zainteresowania: Historia, Kultura, Fotografia, Podróże
| Komentarze: | ilość: 1 | punkty: 1 |
| Konkursy: | ilość: 1 | punkty: 50 |
| Relacje z podróży: | ilość: 1 | punkty: 30 |
| Suma | 3 | 81 |
| Zobacz jak naliczane są punkty | ||
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.