Otóż, kiedy to zajechaliśmy 18 lipca (8 dnia podróży), o 16:36 (czasu Tureckiego) na granicę Turecko-Irańską w Bazargan wszystko toczyło się przez pierwsze 2 godziny jak po maśle. Ubrani na jednak dość kolorowo wyglądaliśmy bardziej egzotycznie niż biegający naokoło nas, w czarnych szatach, Syryjscy pielgrzymi. O 18:30 przejechaliśmy na Irańską stronę, wizy Tureckie przestały być ważne, a po dłuższej chwili podbito nam i te Irańskie (jednowjazdówki). I wtedy okazało się, że jest… problem. Jaki? Nasza dzielna Beza! Prowadzenie konwersacji z celnikami było dość utrudnione, szef mówił bardzo bardzo słabą angielszczyzną – pomogli nam ochotniczy i bardzo mili Irańczycy przekraczający granicę. Młody chłopak mówiący po angielsku, potem jeszcze ze dwóch panów i bardzo piękna, elegancka pani mówiąca po niemiecku. Niektórzy z nich trochę się dziwili, że tak bardzo chcemy do Iranu, proponowali inne miejsca świata. Dla nich nasza rozpaczliwa chęć wjazdu do ich kraju, z którego im samym tak trudno jest się wydostać, choćby na wycieczkę do Stambułu, była nie tyle egzotyczna co… niezrozumiała. Bo Iran… „może i piękny, ale…”. :) Okazało się, że nie mamy wymaganej dla samochodu „żółtej karty” (Carnet du passage) i że bez niej – auto ani rusz. Bardzo serdecznie zapraszano nas samych, proponowano przeróżne rozwiązania. Najbardziej rozbroił nas pan, który zaproponował by tata zostawił familię w hotelu, w miasteczku, a sam pojechał/poleciał do Polski załatwić formalności (bo przecież Polska jest tak blisko). Prześmieszny brak wyobraźni o umiejscowieniu Polski na mapie :) Postanowiliśmy się jednak nie poddawać. Skontaktowaliśmy się między innymi…
· ze znajomym, który już kilkukrotnie był w Iranie – poszukał kontaktów i informacji; dowiedział się, że byli tacy, którym się udało bez owego „carnetu” i że najdłużej koczująca drużyna spędziła na granicy 2 doby;
· z ambasadą Irańską w Warszawie – po angielsku wytłumaczono nam, że… to nie ich biznes i że nie rozumieją o co chodzi, a najlepiej to żebyśmy zadzwonili poźniej;
· z ambasadą Polską w Teheranie, a następnie z przemiłym panem Konsulem – bardzo dziękujemy za udzieloną pomoc :)
Krótko mówiąc – międzynarodowa burza mózgów. Ładnie tata wyglądał, jak potem rachunek za telefon oglądał :) W międzyczasie dzieci odegrały kilka partii w Dixita (bardzo polecamy grę), na rozłożonych na dworze karimatach i powoli zapadła noc. Do tego doszło nam jeszcze przestawienie czasu o jedyne 1,5 godziny! Około 22 (jeszcze starego czasu) zniknął nasz szef celników – poszedł spać. Po północy czasu właściwego przyszedł do nas pan policjant z nocnej zmiany – mówiący swoją drogą piękną angielszczyzną – wypytał o wszystko raz jeszcze, powiedział, że coś się wymyśli i zaproponował nam kilka godzin odpoczynku (kilkoro z nas już odpadło) w granicznej… sali modlitw! Panie udały się do żeńskiej, panowie do męskiej. To było przeżycie… W nocy dołączyły do nas jeszcze inne (już miejscowe) podróżniczki. Przed świtem zrobiło się tłoczno – muezin wzywał na modlitwy. Zostałyśmy dość delikatnie obudzone – stopniowo przesuwano nas bardziej w kąt, postanowiłyśmy się zmyć. Niektóre panie wcale się nie przejęły – spały dalej, ale nam było jakoś głupio. Nastąpiła krótka drzemka w aucie – do rana. I znowu negocjacje. Co byśmy zrobili bez pana z biura turystycznego, który pojawił się rano? Nie mam pojęcia. Jego angielszczyzna była… powalająca (przepraszam :). A propos – granicę najlepiej przekraczać rano – prawie nikogo nie było, pustki.
Mogłabym pisać i pisać… W każdym bądź razie grunt, że… Padły kolejne propozycje, do sprawy zaangażowali się dwaj ambasadorzy, konsul, wszyscy możliwi szefowie celników (w tym i ten najgłówniejszy), panowie z firmy transportowej, pan od informacji turystycznej, lekarz. I cały czas – uśmiechali się do nas wszyscy i byli naprawdę (z ręką na sercu) przemili. Mimo to były momenty takie, że chcieliśmy się wycofać dając za wygraną. Stopniowo oswoiliśmy się z sytuacją, aż w końcu - po terminalu łaziliśmy jak po swoim. Padły konkretne propozycje:
· albo depozyt za auto – jedyne 20 tysięcy dolarów amerykańskich, stargowane do 10;
· albo odpowiednio opłacony tranzyt do któregoś z krajów ościennych.
Opcja 1 rzecz jasna odpadła, została nam 2, ale przecież – należałoby mieć wizę do owego kraju ościennego, a takowej nie posiadaliśmy. I wtedy wpadłyśmy z mamą na genialny, aczkolwiek ryzykowny, plan – ARMENIA! Tam można kupić wizy na granicy, był tylko jeden szkopuł – z miejsca, w którym się znajdowaliśmy jechało by się tam maksymalnie… 3/4 dni (mocno naciągając). Na szczęście dostaliśmy błogosławieństwo od naszego Konsula – poręczył za nas u szefa szefów celników, ten natomiast na wychodnym powiedział tacie: „Przyjacielu – szerokiej drogi, niech Allach was prowadzi, jedźcie zwiedzać Iran, to piękny kraj, zwiedzajcie, róbcie sobie piknik – jedźcie gdzie chcecie!” Był tylko trochę zły na swoich podwładnych, że nie potrafią sobie sami w takich sytuacjach radzić ;) Poinformowano nas, RZECZ JASNA NIEOFICJALNIE, że najbezpieczniej będzie się zamknąć w 10 dniach, jak chcemy możemy „ryzykować” 20, ale nie powinno być większego problemu. Tylko żeby owej liczby dni nie przekraczać, bo tylko tyle wolno przebywać w kraju na swoich (nieirańskich) rejestracjach. Spotkaliśmy JEDEN samochód na obcej rejestracji (w Pasargade) – NIEMIECKIEJ :) niestety za późno się zorientowaliśmy żeby się dało nawiązać kontakt, a szkoda.
Tak więc dokonaliśmy opłat… za tranzyt do Nordus (granica z Armenią), dolę dla firmy przewozowej i zakupiliśmy kartę na paliwo. Schowali poświadczenie konsula do kieszeni i – pajechali! Na granicy spędziliśmy jedyne… 23 godziny.
W Iranie z policją mieliśmy do czynienia kilka razy i były to lekkie momenty zgrozy, ale wszystkie – zupełnie nieszkodliwe i wyolbrzymione jedynie przez własną wyobraźnię. Ponieśliśmy ZERO konsekwencji. Policzyłam…
1) posterunek w środku niczego – panom się nudziło i chcieli pogadać z turystami, obejrzeć zdjęcia w paszportach, najbardziej spodobała im się Zosia i naklejki na samochodzie;
2) późną nocą dwóch bardzo eleganckich policjantów zaczęło nas wypytywać – co my tu właściwie robimy i że przecież nie wolno nam przebywać w Iranie na nie-irańskich rejestracjach – wybawił nas Czarny Anioł – pan ratownik medyczny, cała przygoda trwała z 5 minut;
3) przejazd przez Teheran – TAJNIAK – tata wysiadł spytać o drogę, a tu elegancki pan z samochodu „how can I help You my friend?”. Tata tłumaczy, a ten nagle łapy do „pedałki” taty i przegrzebuje – „drugs? Weapon? Heroin?” – kiedy dowiedział się i zobaczył, że NO – pokazał grzecznie legitymację, wskazał drogę i się pożegnał;
4) TAJNIACY – zwiedzaliśmy młyny wodne oprowadzani przez emerytowanego nauczyciela. Ni stąd ni zowąd pojawili się panowie z „informacji turystycznej” wypytujący dokładnie o wszystko. A wypytywali tak, że zrobiło się nam nieprzyjemnie i mama pyta: „Police?” – „Eee, no, yes, well… don’t be scared!” – pan nauczyciel uspokoił, powiedział, że to faktycznie tajniacy, ale że nic nam nie grozi, poradził odpowiedzieć na resztę pytań i podpisał protokół spotkania – obyło się bez zgrozy;
5) SEPAH – umundurowani religijni – ale to już był przypadek i czepialstwo, w Sanandji, Czeska fotografowała jakieś reklamy na słupku i podbiegł żołnierz z drugiej strony ulicy – pogroził palcem, że ma nie fotografować siedziby Sepah, ona mu pokazała co zrobiła a on co prawda z groźną miną, ale poszedł sobie. Śmiesznie… ową siedzibę obfotografowaliśmy wieczór wcześniej nie wiedząc wtedy jeszcze – czym jest. ;)
Tyle. I właściwie... nie zaliczylibyśmy tych spotkań do kategorii... "nieprzyjemnych" :)
A na wyjeździe z Iranu… spędziliśmy równo godzinę, głównie czekając w kolejce i obserwując skorpiona spacerującego po parkingu. Nikt nas nie pytał o carnet du passage. Bardziej zadziwiła nas granica Armeńska gdzie… spędziliśmy godzin 5, zostaliśmy dokładnie przetrzepani, a przywitali nas rosyjski celnik i ogromna ROSYJSKA FLAGA. Życie bywa… zaskakujące.
Minimum nadmiernych wygód i maximum przygód i świata, to nasze motto ;)
ZAPRASZAMY WKRÓTCE (październik/listopad 2009) NA: http://juiran09.wordpress.com/
A JUŻ NA: http://jutherejuhere.wordpress.com/funny-stuff/ - śmieszne teksty z podróży Syria&Jordania 2007.
Sitem płynęli, po morzu płynęli,
Sitem płynęli po morzu.
Mimo przyjaciół uwag i rad,
W burzliwy, wietrzny, niebezpieczny świat
Sitem płynęli po morzu.
A gdy odbili od brzegu w swym sicie,
Wszyscy krzyknęli: "Wy się potopicie!"
A oni: "Płyniemy na wiatry i burze.
Co tam, że sito nasze nie jest duże,
My sitem płyniemy po morzu." :)
Zainteresowania: Kultura, Fotografia, Podróże
| Komentarze: | ilość: 51 | punkty: 51 |
| Publikacje: | ilość: 1 | punkty: 30 |
| Prenumeraty: | punkty: 200 | |
| Suma | 52 | 281 |
| Zobacz jak naliczane są punkty | ||
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.